Któregoś
dnia w trakcie spaceru z Piesiem, Pani Beata ze Smoczej poinformowała mnie, że
już są małe kotki w Andzie. Zawitałam
tam więc w jakiś weekendowy dzień, żeby je sobie pooglądać. Była cała kocia
rodzina: kotka i chyba 6 małych (bez tatusiów) w sporej klatce, ale nie na taką
dużą rodzinę. Kotki malutkie – wielkości dłoni. Na mój widok czarny kotek
zaczął się wspinać na klatkę i wyciągać łapki do mnie. Okazało się, że to
dziewczynka. Zgłosiłam akces na czarną kicię. Dano mi ją wziąć w ręce i wtedy
zauważyłam, że na brzuszku, na wysokości tylnych łapek ma białą literkę ‘V’.
Po
jakimś czasie w Lecznicy pojawiła się następna kotka z małymi – trochę
większymi i pomyślałam, że ponieważ mnie nie ma 11 godzin w domu, to czarna
kicia się zanudzi i warto dać jej kocie towarzystwo, np. któregoś z większych
kotków.
………………………
Od
27 czerwca 2014 jestem właścicielką 2 kociąt, chyba niespełna 2-miesięcznych.
Suma sumarum wzięłam czarną kicię i jej najmniejszego, najsłabszego braciszka,
bo tylko on został z tych małych kotków i szkoda mi się go zrobiło, że zostanie
sam jeden.
Dziewczynkę
nazwałam Katia, a chłopczyka Nikita, zdrobniale Niki.
Gdy
Piesio po raz pierwszy zobaczył kotki, które były wielkości chomików, stanął
jak wryty. Kicia wysunęła łapkę z pazurkami w stronę stwora; dzielna mała
kicia. Niki przydreptał na swoich malutkich łapkach do Piesia i wyciągnął pysio
do góry, jakby do pocałunku. Piesio zrobił taki ruch „aaam’, jakby chciał
kiciulka zjeść, więc dostał po pyszczku. Powtórzyło się to jeszcze raz
następnego dnia, z tym samym skutkiem.
Przez
pierwsze dni nie zostawiałam mojej trójki bez baczenia, bo nie wiedziałam, co
Piesio może tym maluchom zrobić, w końcu nigdy nie był matką i może je
skrzywdzić niechcący.
Po
2 tygodniach zwierzęta się ze sobą oswoiły, to znaczy kotki chyba się trochę
obawiają Piesia, a on sprawia czasem wrażenie, jakby chciał się z nimi bawić:
łazi za nimi – nawet pod moje łóżko wszedł, co mu się nigdy nie zdarzało, merda
ogonem (aczkolwiek wiem, że to nie zawsze sympatie może oznaczać), stoi nad
nimi i dyszy z emocji (a one pewnie myślą, że to smok ziejący ogniem), biegnie do nich, gdy Niki zamiauczy (a dość
często to robi, bo Katia to łobuziak i mu dokucza). Słowem, czasem wydaje mi
się, że Piesio zgłupiał przez kotki.
Staram
się nie ranić mojego Piesynku, ciągle go karcąc, bo zawsze mnie to wkurzało u
rodziców, którzy dorobili się drugiego dziecka i ciągle strofują starsze: ‘nie
dotykaj go’, nie przeszkadzaj mu’ itp. Zdarza mi się nerwowo zareagować, jak
wczoraj, kiedy Piesio złapał zębami Katię za łapkę, nie sądzę żeby mocno, ale
ona zapiszczała, prawdopodobnie ze strachu. Krzyknęłam i wyrzuciłam Piesia do
mojej sypialni.
Generalnie
jednak kociaki odmłodziły Piesia, bo już stawał się stateczną panną Piesią, a
teraz znowu jest pełnym życia Piesynkiem z błyskiem w oku.
Oceniam
to pozytywnie, tym bardziej, że kilka dni przed pojawieniem się kociaków w
naszym domu straciliśmy Bariego, kumpla Piesia.
W
trakcie remontu, który odbywał się przez kilka dni mojego urlopu, Bari zawsze
przychodził do nas ok. 9:00 rano, kładł się na korze w ogródku i nikomu nie
wadząc spał do 17:00. PO południu wychodziliśmy na spacer i Bari odchodził
swoją drogą. Pojawiły się jednak skargi na biednego huskiego, bo wędrować
czasem do Lecznicy i obszczekiwał wychodzące psy (podejrzewam, że głownie
takie, co rozpoczynały jazgot na jego widok). Kilkakrotnie wzywano Straż
Miejską, która karała mandatem właściciela psa. Na naszej drodze zawsze się ścierali
z Dropsikiem, który – jak każdy mały piesek – jest bardzo szczekliwy i
antagonizuje duże psy. Bari, który mijał obojętnie psy w trakcie polnych
spacerów, na widok szalejącego z wściekłości Dropsa, też zaczynał warczeć. Pani
Henia bała się, że Bari zagryzie jej pupila, przyłączyła się do oponentów
huskiego i wydzwaniała również do Straży Miejskiej. W końcu właściciele
odesłali Bariego, nie wiem gdzie. Pamiętam, że tamtej nocy mi się przyśnił:
widziałam go jakby przez szybę i nie mogłam, jak to we śnie, mu pomóc, a
zbliżał się do niego jakiś hycel z pętlą w ręku. Bari rozglądał się za
możliwością ucieczki, a ja się obudziłam przerażona. Następnego dnia w trakcie
spaceru z Piesiem podeszliśmy do Zajazdu, żeby się dowiedzieć, co z huskim.
Właściciel rzucił ostro: ‘Uśpiliśmy go’, a gdy się żachnęłam i zawołałam: „O
Boże, on mi się w nocy przyśnił’, mężczyzna dodał: ‘Nie, odesłaliśmy go, bo już
miałem dość tych mandatów. Pani sąsiadka też dołożyła kamyczek do tego
ogródka’.
Ja
mu na to: ‘To nie tylko kwestia naszej ulicy. Bari chodził też do Lecznicy i
obszczekiwał tamtejsze psy. A swoją drogą, jeśli ktoś się decyduje na takiego
psa, to musi być przygotowany na kilkugodzinne spacery na rowerze, bo te
zwierzęta zostały do biegania wyhodowane. To nie wystarczy wyjść 100 metrów w
jedną stronę i 100 metrów w drugą, jak robiła jego właścicielka’.
I
co z tego, że mam rację; Bariego nie ma i bardzo nam z Piesiem przykro z tego
powodu.
Jakie
smutne będą jesienne i zimowe spacery bez mojego błękitnookiego huskiego…
Daję
słowo honoru, że gdybym była już na emeryturze i miała więcej czasu,
popertraktowałabym z właścicielami Bariego jego odkupienie. Chodzilibyśmy na
spacery, jak on lubi. Kupiłabym sobie rower, żeby nadążyć za nim. On już nie
jest młodzikiem, więc może nie potrzebowałby aż tyle włóczęgi; w końcu spędzał
całe dnie u mnie na działce i nie chciał uciekać. Ale w tej sytuacji nie ma
szans. Czuję się tylko, że go jakoś zawiodłam. Mój piękny Bari.



