Umówiłam
się z panią Agnieszką od Schroniska z Andy, że postaram się zaaplikować Lusi
(Lessie) usypiacz w pokarmie, który jej daję i wtedy powiadomię Lecznicę, żeby
ktoś na nią zapolował. Dostałam 2 strzykawki z lekiem i przyrządziłam mięsko
dla suni. Przez tydzień woziłam je w samochodzie, bo Lusia się nie pojawiała
rano. Wreszcie – w ubiegły poniedziałek, gdy wieczorem wybierałam się na zakupy
– zobaczyłam ją. I trochę bezmyślnie, bo było już ciemno, rzuciłam jej jadło,
które wchłonęła szybko. Położyłam też na ziemi zawartość konserwy mięsnej.
Lusia odbiegła, bo w pobliżu stały jakieś samochody z gadającą młodzieżą.
Pojechałam za nią i zadzwoniłam do Andy. A tam jakaś dziewoja poinformowała
mnie, że doktorostwa nie ma w Lecznicy, ich synów również i nie ma kto po Lusię
przyjść. Po czym zaczęła mnie opieprzać, że nie zadbałam o to by sunia była w
ogrodzeniu i tak bez porozumienia z nimi….. Najbardziej parlamentarne słowa,
które mi się nasuwały, to były: ‘ To rusz babo dupę i sama zapoluj na tę psinę,
która już trzeci miesiąc biega dziko, bo jej pozwoliliście uciec z Lecznicy’.
Ugryzłam się tylko w język, bo nie byłam pewna, czy to nie Doktor Agata; taki
głos podobny.
Następnego
dnia zrelacjonowałam pani Sylwii tę rozmowę; przepraszała mnie za swoją
koleżankę. Podrzuciłam mięsko dla Lusi do Andy, żeby pani Agnieszka spróbowała
za dnia złowić sunię, ale chyba jej się nie udało, bo dziś ją widziałam i nakarmiłam
ostatnią puszką, którą miałam w samochodzie. Podobno kobieta, na której posesji
Lusia podsypią w budzie, nie chciała dawać jej nasennika, żeby sunia sobie źle
jej nie kojarzyła w przyszłości, bo ona ma plany adopcji psiny. I niech
wreszcie ją złapią, zaadaptują i oswajają, bo szkoda Lusi.
Spotkałam
też w ubiegłym tygodniu męża pani Teresy od Soni i poinformował mnie, że żona
ma się lepiej. I dzięki Bogu!
Zaproponowałam
moją pomoc, gdyby nie miał czasu wyprowadzić psiaków, bo będzie się opiekował
połowicą po jej wyjściu ze szpitala. Sonia nadal jest dzikuskiem. Zjada parówki
i kabanoski, które jej rzucam przez ogrodzenie, ale muszę się oddalić na
stosowną odległość, żeby do nich podeszła. Te same zasady obowiązują, gdy się
spotykamy w polu. Biedna skrzywdzona przez ludzi psina. Niech pani Teresa
dochodzi do zdrowia, bo Sonia zmarnieje bez niej. Ale niech dochodzi do zdrowia
także dla siebie i rodziny, bo dobra i wrażliwa z niech istota.
Wczoraj
wykąpałam Piesia, w końcu Święta tuż, tuż. Mój suniczek chyba woli takie mycie
od podwórzowego z konewkami i wiadrami. W łazience pilnuję, żeby woda była
ciepła, mogę jej ładnie wymyć brzuszek (chociaż nie kładzie się na grzbiecie
jak Alisska). Potem wycieram jednym ręcznikiem, drugim, owijam w kocyki i
Piesio wysycha w cieple. Sądzę, że na dworze bywało jej za zimno, mimo, że zawsze
kąpałam moje psice w ciepłe i słoneczne dni. Teraz Piesio ładnie pachnie i ma
miękkie futerko.
Kitulki
urzędują na dworze, chociaż w ubiegłym tygodniu Katia została w domu przez 2
czy 3 dni. Pewnie trochę podmarzła, bo zabalowała którejś nocy, więc po 22:00
poszłam spać i po prostu zapomniałam o niej. Nawet rano się dziwiłam, że tylko
Niki wychodzi na zewnątrz.
Szkoda
mi ich bardzo, bo dni jeszcze chłodne. Najlepiej by było, żeby mogły wracać
około 9:00 i posiedzieć w domu, ale przecież nie będę zawracała głowy sąsiadce
codziennie. Jeszcze parę dni, może 2 tygodnie i powinno się ocieplić.
A
w lecie może wymyśle im jakąś budę ocieplaną, żeby miały na jesienne i zimowe
dni.


