Już
koniec lutego i Bogu dzięki. Ta zima –
poza jednym dużym opadem śniegu nie dała się szczególnie we znaki. Mrozów też
za bardzo nie było. I mam nadzieję, ze będzie coraz cieplej.
Już
jest widniej i po powrocie z pracy mogę, tak od razu z marszu, wyjść z Piesiem
na krótki spacerek w pole. Po drodze zabieram worek chleba z ziarnem dla ptaków
polnych i postruganą marchewkę dla sarenek. Marchew znika, więc mam nadzieję,
że to sarenki, a nie dziki.
Sarenki
wprawdzie gardzą sianem, zdobytym przez moją kuzynkę od sąsiada rolnika, ale
może jeszcze później się skuszą. Na pewno polegiwały na nim trochę, bo jest
lekko ugniecione. Teraz zresztą mają brzozowe gałązki z drzew ściętych przez
syna sąsiadki pod budowę domu; było kilka dni ciepłych, więc drzewa już zaczęły
puszczać młode listki i tak sarenki mają świeżą karmę.
Otwierając
teraz bloga przeczytałam pierwsze strony i dobrze, bo bym przegapiła urodziny
Piesia w dniu 5 marca. Mój Piesynek skończy 11 lat. Jest już stateczną panią,
ale na szczęście nie widać tego po niej. Jest wariat i pieszczoch, jak zawsze.
No i szczekacz straszny. Ale przede wszystkim jest moim kochanym Piesiem.
Któregoś
dnia siedząc już w łożu głaskałam piesiowe łapki; jakie mięciutkie i delikatne
futerko. Jak aksamit.
Jeśli
chodzi o futra, to moje koty, mimo, że rodzeństwo, mają zupełnie różne okrycia.
Katia ma krótsze i jakby ostrzejsze. Futerko Nikiego jest odrobinę dłuższe i
mięciutkie, jak królicze.
Moje
kitulki spędzają teraz dni na dworze i gdy wracam, zmarznięte wpadają do domu.
Niki jest zawsze bardzo głodny, to znaczy, że nie idą mu specjalnie łowy. Katia
jest wybredna; nie wszystkie saszetki lubi. Czasem coś poliże, ale jakby z
łaski. Obydwoje lubią mleko; daję im skondensowane z gorącą wodą, bo łatwiejsze
w obsłudze niż normalne do podgrzania.
Potem
się układają obok siebie i śpią do wieczora. Często chowają sobie nawzajem nosy
w futerku na brzuchu. Fajne są, chociaż Niki nadal jest kocim indywidualistą.
Od
okresu sprzed Świąt po lesie obok Jasnej biega bezpańska suczka. Czarny
kundelek. Na początku było widać jeszcze wyciągnięte po szczeniakach cycuszki. Okazuje się, że to już druga sunia, o której
mi wiadomo, uciekinierka z Andy. Te największe mrozy biedna psina przeżyła na
świeżym powietrzu. A nie ma długiego futerka. Jest już zdziczała i nie daje się
złapać; jakaś kobieta z Andy ponoć na nią polowała. W Lecznicy nie kazali jej karmić, że może się
połaszczy na jakieś ichnie jadło z usypiaczem. Ale się nie połaszczyła i bez pomocy ludzi
dawno by odwaliła kitę. Sama ją dokarmiam, bo ostatnio miała już brzuch pod
krzyżem. Codziennie rano rzucam jej parówki lub kiełbasę. Przez dwa dni ją
widziałam; wczoraj – gdy otwierałam puszkę z mielonką krakowską ażsię
oblizywała. Dziś jej nie było, więc tylko jej rzuciłam kiełbasę pod drzewo. Ale
nie mam pewności, czy to ona zjada, czy sroki, które urzędują w dzień na
drzewach.
Chciałabym,
żeby udało się ją złapać, bo może ktoś ją przygarnie, oswoi. Biedna Lusia, czy
też Lassie (co za imię dla gładkowłosego kundelka z cienkim ogonkiem????).
Martwię
się też o inną sunię – poprzednią uciekinierkę z Andy – Sonię, rudą w typie
owczarka belgijskiego. Też wałęsała się miesiącami po polach, aż wreszcie
sąsiadka – pani Teresa - ją przygarnęła. Tylko jej się pozwoli zbliżyć i vice
versa. Mąż – nie bardzo był zachwycony, bo Sonia przekopuje ogródek, który on
pielęgnuje. Z ichnim psem sunia ma dobre stosunki. Wydawałoby się, że wreszcie
psina pożyje jak Pan Bóg przykazał. Ale nie! Okazuje się, że pani Teresa miała
2 udary, jest w szpitalu i podobno ma raka mózgu… Pamiętam, że jej matka zmarła na raka i ona
sama też chyba coś miała parę lat temu.
Jeśli
coś się stanie z panią Teresą, to pewnie Sonia straci swój dom. Modlę się o
zdrowie dla tej fajnej, dobrej istoty i dla niej samej i dla tej psiny.
Tak
myślałam, że w razie czego może bym ją wzięła, chociaż Sonia warczała na Piesia
w polu. Ach pieskie to życie!


