niedziela, 29 grudnia 2013

Alissa I - przez tęczowy most





Kochany Markiz pocieszył mnie, że pokryje koszty rezonansu mojej suni, więc trochę odetchnęłam.

Po powrocie z Bemowa spytałam pana Jurka, czy gdyby Alissie wykryto nieoperowalnego guza i trzeba będzie ją uśpić, czy pomoże mi ja pochować. ‘Tamtą pochowałem to i tą pochowam’ – odparł.

Jeszcze w niedzielę rozmawiałam z Panią Doktor Danutą na temat planowanego rezonansu. Sunia miała być przygotowana w Lecznicy do transportu (dozwolone leki miały być uzgodnione z Doktorem Sobczyńskim) i po badaniu miała trafić z powrotem do Lecznicy na wybudzenie z narkozy.
We wtorek chciałam ją zabrać do domu. Wymyśliłam sobie, że jeśli ją zamknę w garażu i usunę stamtąd wszystko, o co mogłaby się uderzyć błądząc na ślepo, będzie miała ponad 20 m2 do swojej dyspozycji, spokój, gdyż nasza droga nie jest specjalnie uczęszczana. A jeśli jeszcze zamknę Piesia w domu, nie będzie jej dziamał nad głową. Liczyłam, że w ten sposób sunia wydobrzeje w ciągu tygodnia.

W poniedziałek po pracy zawiozłam Alissie kolację i umówiłam się na 20:30 na jej odbiór na badanie. Byłam nawet wcześniej. Alissa była podsypiająca. Zapakowaliśmy ją do samochodu na kocu, przymocowałam ją pasami, żeby mi nie spadła. Zamykając tylne drzwi przycięłam sobie palec; do dzisiaj mam bordowo-brązową plamę pod paznokciem kciuka.
Przed samym odjazdem spod Lecznicy, zadzwonił Doktor Sobczyński, że się spóźni trochę, więc nie spieszyłam się, jechałam 40 km/godz., żeby nie budzić śpiącej psicy.

Do przychodni wnieśliśmy Alissę na kocu. Została zbadana i podano jej kolejnego głupiego Jasia, żeby się nie ruszała w trakcie rezonansu. Gdy oczekiwałyśmy na korytarzu na działanie nasennika, sunia chodziła trochę, wprawdzie chwiejnie i opierając się na mojej nodze, ale chodziła. I widać było teraz wyraźnie, że nie widzi. Jej oczy były wielkie i głębokie, ale ślepe.
Badanie rozpoczęło się ok. 22:00. Po badaniu, gdy sunia sobie jeszcze spała, zaproszono mnie do środka, żeby pokazać zawartość klisz. Nie było guza, dzięki Bogu.
Pan Doktor pokazał mi opuchniętą część mózgu suni, która odpowiadała za jej przejściową ślepotę i niezborne ruchy i potwierdził, że po tygodniu objawy te powinny ustąpić, jeśli zapewni się psicy spokój i ciszę. Poinformowałam go o moich planach względem Alissy na najbliższe dni i on je zaaprobował.
Zapakowaliśmy sunię do samochodu i ruszyłam do Lecznicy. Byłyśmy prawie o północku, aż mi było głupio wobec Pani Doktor Danuty. Wypakowałyśmy sunię we dwie i ułożyłyśmy w sali operacyjnej, gdzie do tej pory polegiwała. Nadal spała.

Następnego dnia miałam jakieś spotkanie i nie zabrałam mojej komórki ze sobą. Wracając do domu, odebrałam zamówiony brom dla Alissy z apteki.
Po drodze zadzwonił telefon; zdenerwowana Pani Doktor Agatka informowała, że ma taka nieprzyjemną wiadomość, że Alissa dostała ataku padaczki i go nie przeżyła. Jakoś nie zaskoczyłam. Powiedziałam, że będę za chwilę u nich i porozmawiamy. Gdy dojechałam, Pani Doktor wyszła do mnie i łamiącym się głosem zaczęła opowiadać, że rano Alissa dobrze się czuła, trochę chodziła, a potem dostała silnego ataku i mimo, że ją ratowano… odeszła.
Nadal nie bardzo pojmując, zaczęłam ją gładzić po ręce i uspokajać, mówiąc: ‘Pani Doktor, ja wiem, że zrobiliście wszystko, co można było. Proszę się uspokoić…’
Pani Doktor spytała, czy chcę sunię teraz zobaczyć, ale nie wiem, dlaczego (!!!), odparłam, że przyjadę po nią później.
Dopiero, gdy ujechałam kilkadziesiąt metrów od Lecznicy dotarło do mnie, że mojej suni już nie ma i zaczęłam płakać jadąc do domu.

Po kilku papierosach, gdy doszłam do siebie zaczęłam przygotowywać grób dla Alissy. Sąsiedzi wyjechali na działkę i trzeba było się tym zająć osobiście.
Wykopałam dół, który moim zdaniem mógł ją pomieścić i poszłam na spacer z Piesiem. W drodze powrotnej spotkałam syna sąsiadów i powiedziałam o śmierci Alissy. Spytałam, czy mógłby pomóc mi ja przenieść do grobu, jak ją przywiozę, gdyż nie chciałam jej ciągnąć po kostce brukowej i trawie za łapy. Odpowiedział, że nie ma sprawy i umówiliśmy się za pół godziny.

Zabrałam dla suni czysty koc bawełniany i czyste prześcieradło.
Nie wiem, czy Pani Doktor Agatka sądziła, że nie chcę jej martwej oglądać, że chcę ją zapamiętać żywą, bo owinęła Alissę w koc jak pakunek i nawet zabezpieczyła taśma klejącą, tak, że tylko jej kształt widziałam. I tak psicę zapakowałyśmy do samochodu na kołderce z Lecznicy.
Zawiozłam Alissę do domu. W chwilę później zjawił się Mariusz z żoną i razem przenieśliśmy sunię nad wykopany grób. Miała wyciągnięte łapy i Mariusz musiał poszerzyć wykop, żeby się zmieściła. Na moment podbiegł do nas Piesio, obwąchał pakunek i kilka razy szczeknął; nie wiem, czy to było psie pożegnanie. Kilka razy przymierzaliśmy, aż wreszcie wysłałam grób czystym białym, pogłaskałam ją po zawiniętym kocem łebku, wyszeptałam kilka słów pożegnania i złożyliśmy Alissę na jej wieczny spoczynek. Postaliśmy chwilę nad otwartym grobem; byłam wdzięczna moim towarzyszom za ich zrozumienie i współczucie. Wrzuciłam suni do grobu jej smycz i obrożę. Był już półmrok, gdy zakopywaliśmy mogiłę.
Następnego dnia przypomniałam sobie o jej ulubionej zabawce i zrobiłam dziurę w mogile, aby wrzucić jej tam jeszcze Łosia Leosia.

Przez pierwsze dni ciągle mi się wydawało, że Alissa nadal jest: słyszałam ją jak biega po schodach, słyszałam, jak pije wodę; gdy wieczorem siadałam czytać książkę, wydawało mi się, że leży obok mnie.

Nie jestem specjalnie pobożna. Wierzę w Istotę Najwyższą, ale nie kościół.  Po wielu latach zaczęłam się modlić po śmierci Ceci o wieczny odpoczynek dla niej, potem dołączyłam do moich modłów moich Rodziców, krewnych Taty i Mamy.
W ostatnich miesiącach modliłam się, żeby moje zwierzęta były zachowane w zdrowiu i żeby nigdy nie zabrakło mi środków na opiekę nad nimi i ich utrzymanie.
Pan Bóg ma przewrotne nieco poczucie humoru – zabrał mi Alissę, żeby mi było łatwiej finansowo.
Może to pogaństwo, ale teraz modlę się również o moją sunie, żeby pozwolono jej biegać po ogrodach i łąkach niebieskich, ścigać się z wiatrem, rozbryzgiwać wodę w strumykach, stawach i kałużach, taplać w wodzie i błocie, tarzać po trawie i wygrzewać na słońcu. I żeby nie gniewano się, że kopie dołki, wykopuje i niszczy rośliny i brudzi trawę.
Żeby moja Alissa przebywała tam w zaświatach pod opieką moich Rodziców, chodziła na spacery z Tatą, żeby Mama gładziła ją po łebku i obdarzała karesami.
Żeby sunia wiedziała, że jest pańskim psem i jest zawsze mile widziana, kochana i potrzebna.
Żeby miała to wszystko, czym mogła tak krótko cieszyć się tutaj na ziemi.

*******************************************************************************




11 września 2014.
Wczoraj minął rok od odejścia Alissy.
To sporo czasu, a ja nadal nie mogę się pogodzić z moją stratą.
Ktoś powie: to tylko pies, ale ja zawsze uważałam, że zwierzęta są dużo więcej warte od ludzi, a moja sunia była po prostu wyjątkowa.
Już nie słyszę jej kroków na schodach, jak w tych pierwszych dniach i tygodniach, ale często spacerując z Piesiem po polach, mam wrażenie, że Alissa nam towarzyszy. Widzę ją biegnącą kłusem przed nami (jak zwykle) z falującym ogonem.
Gdy padał deszcz i na ugorze kuzynki jest ta długa kałuża – sunia wpada w nią z wysokimi bryzgami wody i przemierza kilkakrotnie, ciesząc się pędem i spadającymi kroplami.
Gdy zbliżamy się do Niesiebła – Alissa biegnie do bajora i stojąc w nim na tylnych łapach, wali przednimi o wodę, zupełnie jak małe dziecko cieszące się morskimi falami.
Moja kochana, niezapomniana Alissa….. Tak bardzo chciałabym, żeby mi się przyśniła szczęśliwa i radosna, tyle razy ją prosiłam, żeby odwiedziła mnie we śnie....
Była mi kumpelą i towarzyszyła przy wszystkich pracach, pchając swój ciekawski nos gdzie popadnie.  I teraz bardzo mi jej brakuje, chociaż mam Piesia i małe kotki.

 

2 tygodnie temu odebrałam tabliczkę na grób Alissy, zwykłą brązowo-czarną:

Alissa II
2008 – 2013
i postawiłam pod krzewiastym cisem, który posadziłam kilka miesięcy temu. Gdy cis się rozrośnie, sunia powinna mieć tam ładnie. Niestety, żadne kwiatki nie chcą rosnąc pod iglakami.


Wczoraj zapaliłam świecę zapachową w salonie dla uczczenia pamięci mojej suni. Paliła się całą noc i zgasła ok. 5:30 rano.

1 listopada zapaliłam, jak zawsze, lampki na grobach wszystkich moich zwierzaków. Może to głupie, ale dla mnie moje czworonogi zawsze były jak rodzina, a może i bardziej.
 



 

Alissa II - c.d.







Przy moich nasiennikach dotychczas spałam tak mocno, że nie słyszałam nocnych grzmotów.  Podczas choroby Alissy zaczęłam spać jak przysłowiowy ‘zając pod miedzą’; wystarczyło, że się poruszyła spinając do ataku padaczki, a ja się zrywałam na nogi i natychmiast aplikowałam jej leki. Byłam non stop zmęczona, zasypiałam zmęczona i tak samo zmęczona i śpiąca się budziłam rano.

W dniu 4 sierpnia pojechałyśmy z Alissą do neurologa do Kliniki na Bemowie. Ponieważ nie znam Warszawy poza moimi stałymi szlakami, ciągnęłyśmy się przez centrum i dalej ulicą Górczewską. Było gorąco i sunia się bardzo niepokoiła. Już na Bemowie zaplątała się nogami w smycz, którą była przymocowana do zagłówka i musiałam wysiąść z samochodu, żeby ja uwolnić. Byłam zdenerwowana i dałam jej ze złości smyczą po zadku.
Nie mogłam znaleźć tej kliniki i parę razy zawracam, nim wreszcie ktoś mi wyjaśnił jak dojechać.
Opowiedziałam Panu Doktorowi od początku o życiu Alissy u mnie, o atakach padaczki, zachwianiach równowagi, dotychczasowym leczeniu.
Pan Doktor Sobczyński obejrzał dokładnie Alissę, powiedział, że nie stwierdza żadnych zewnętrznych deficytów, nienormalnych reakcji. Psica zachowywała normalną świadomość, normalne ruchy. Weterynarz brał pod uwagę padaczkę idiomatyczną lekooporną, ewentualnie inne zmiany na terenie mózgowia. Zasugerował badanie rezonansem magnetycznym (PLN 900, których nie miałam).  Do aktualnie pobieranego luminalu kazał dołączyć gabapentynę i ewentualnie kontrole po miesiącu i zmniejszanie luminalu.
W drodze powrotnej sunia była już spokojniejsza.

Następnego dnia przepisano mi nowy lek w Lecznicy. Moim utrapieniem był brak wlewek relsedu w hurtowniach. Jakoś użebrałam kilka zdekompletowanych wlewek relanium i poczułam się bezpieczniej.

8 sierpnia był ten najgorętszy dzień lata i jadąc pociągiem niepokoiłam się o sunię. Ona źle znosiła upały. Gdy przyjechałam do domu wszystko było w porządku. Zabrałam natychmiast Alissę do wychłodzonego salonu, żeby odpoczęła. A potem nagle rozpoczęły się ataki.  Natychmiast zaaplikowałam jej luminal i gabapentynę, ale nie działały od razu. Po 6-tym ataku pojechałyśmy do Lecznicy i tam sunia sobie poleżała 3 godziny pod kroplówką.

Wszyscy z nadzieją oczekiwali na zapowiadane burze, a ja się trochę bałam, bo Alissa bardzo się burz bała.  Pamiętam, że stałyśmy 9 sierpnia na tarasie i patrzyłyśmy na błyskawice w oddali. Na ranem 10 sierpnia Sunia miała kolejne ataki, które uznałam za rezultat burzy. Tym razem było ich tylko 4 pojedyncze, a ponieważ była to sobota, mogłam ją mieć cały dzień na oku.

Bardzo wierzyłam, że gabapentyna pomoże Alissie i oczekiwałam jak zbawienia upływu tych 2 – 3 tygodni, kiedy nowy lek zacznie działać. Wydawało się, że jest jakaś poprawa, bo minęły 3 tygodnie, po których w miarę regularnie miewała ataki i żaden nowy atak się nie pojawiał.

Alissa II - c.d.




Przy moich nasiennikach dotychczas spałam tak mocno, że nie słyszałam nocnych grzmotów.  Podczas choroby Alissy zaczęłam spać jak przysłowiowy ‘zając pod miedzą’; wystarczyło, że się poruszyła spinając do ataku padaczki, a ja się zrywałam na nogi i natychmiast aplikowałam jej leki. Byłam non stop zmęczona, zasypiałam zmęczona i tak samo zmęczona i śpiąca się budziłam rano.

W dniu 4 sierpnia pojechałyśmy z Alissą do neurologa do Kliniki na Bemowie. Ponieważ nie znam Warszawy poza moimi stałymi szlakami, ciągnęłyśmy się przez centrum i dalej ulicą Górczewską. Było gorąco i sunia się bardzo niepokoiła. Już na Bemowie zaplątała się nogami w smycz, którą była przymocowana do zagłówka i musiałam wysiąść z samochodu, żeby ja uwolnić. Byłam zdenerwowana i dałam jej ze złości smyczą po zadku.
Nie mogłam znaleźć tej kliniki i parę razy zawracam, nim wreszcie ktoś mi wyjaśnił jak dojechać.
Opowiedziałam Panu Doktorowi od początku o życiu Alissy u mnie, o atakach padaczki, zachwianiach równowagi, dotychczasowym leczeniu.
Pan Doktor Sobczyński obejrzał dokładnie Alissę, powiedział, że nie stwierdza żadnych zewnętrznych deficytów, nienormalnych reakcji. Psica zachowywała normalną świadomość, normalne ruchy. Weterynarz brał pod uwagę padaczkę idiomatyczną lekooporną, ewentualnie inne zmiany na terenie mózgowia. Zasugerował badanie rezonansem magnetycznym (PLN 900, których nie miałam).  Do aktualnie pobieranego luminalu kazał dołączyć gabapentynę i ewentualnie kontrole po miesiącu i zmniejszanie luminalu.
W drodze powrotnej sunia była już spokojniejsza.

Następnego dnia przepisano mi nowy lek w Lecznicy. Moim utrapieniem był brak wlewek relsedu w hurtowniach. Jakoś użebrałam kilka zdekompletowanych wlewek relanium i poczułam się bezpieczniej.

8 sierpnia był ten najgorętszy dzień lata i jadąc pociągiem niepokoiłam się o sunię. Ona źle znosiła upały. Gdy przyjechałam do domu wszystko było w porządku. Zabrałam natychmiast Alissę do wychłodzonego salonu, żeby odpoczęła. A potem nagle rozpoczęły się ataki.  Natychmiast zaaplikowałam jej luminal i gabapentynę, ale nie działały od razu. Po 6-tym ataku pojechałyśmy do Lecznicy i tam sunia sobie poleżała 3 godziny pod kroplówką.

Wszyscy z nadzieją oczekiwali na zapowiadane burze, a ja się trochę bałam, bo Alissa bardzo się burz bała.  Pamiętam, że stałyśmy 9 sierpnia na tarasie i patrzyłyśmy na błyskawice w oddali. Na ranem 10 sierpnia Sunia miała kolejne ataki, które uznałam za rezultat burzy. Tym razem było ich tylko 4 pojedyncze, a ponieważ była to sobota, mogłam ją mieć cały dzień na oku.

Bardzo wierzyłam, że gabapentyna pomoże Alissie i oczekiwałam jak zbawienia upływu tych 2 – 3 tygodni, kiedy nowy lek zacznie działać. Wydawało się, że jest jakaś poprawa, bo minęły 3 tygodnie, po których w miarę regularnie miewała ataki i żaden nowy atak się nie pojawiał.

Alissa II - c.d.







Tak nadszedł maj, chłodny i deszczowy.  Gdy wróciłam do domu z pracy w dniu 7 maja, Alissa wydawała mi się podniecona, taka rozdygotana, ale wtedy jeszcze nie byłam tak wyczulona na te objawy. Napaliłam w kominku, żeby trochę się osuszyło powietrze. Gdy ogień już buzował, Alissie rozpoczął się atak padaczki. Biegała po salonie, a podane szybko leki nie skutkowały jeszcze. Nakręcała się coraz bardziej. W pewnym momencie zaczęła wchodzić na schody i spadła z nich. Aż się skurczyłam oczekując na trzask łamanych kości. Na szczęście nic się jej nie stało i nadal biegała po pokoju. Kilka razy zbliżyła się do kominka i obawiałam się, że poparzy się o rozgrzaną kratę. W końcu, po 4-tym ataku, zadzwoniłam do Lecznicy. Polecono mi przyjechać. Nim się zebrałyśmy, nastąpił kolejny atak, a w Lecznicy jeszcze jeden w trakcie którego się zmoczyła. Położono sunię pod kroplówkę z lekami uspokajającymi i tak ją zostawiłam uśpioną na 3 godziny.  Gdy odbierałam ją przed 22:00 z Lecznicy była już spokojna. Przywiozłam tę moja bidę do domu i położyłam spać.
Później dopiero zaskoczyłam, że tego dnia musiała mieć wcześniej jakieś ataki, gdyż jej futro było zmoczone gdy mnie witała, co oznaczało, że w tej swojej aurze biegała po deszczu.
Następnego dnia była trochę powolna, jakby otępiała, ale nie powtórzył się atak ‘sierocej histerii’ z poprzedniego ataku.

W dniu 27 maja pan Jurek, który był w moim ogrodzie zadzwonił, że z suką coś złego się dzieje.  Gdy opisał mi objawy, poznałam, że to kolejny atak padaczki. Poprosiłam tylko, żeby miał ją na oku i rzeczywiście, cały dzień moi kochani sąsiedzi czuwali nad panną psicą, żeby się nie pokaleczyła o jakieś płoty i nie zaplątała w gałęzie.
Gdy przyjechałam do domu, Alissa była już spokojniejsza. Tego dnia miała 6 ataków.

Moja sąsiadka bardzo była przejęta widokiem suni w ataku, bo naprawdę nie jest to miły widok: z boku wydaje się, że zwierzę ma drgawki agonalne i za chwilę wyzionie ducha.  Po ataku ciężko dyszy, zrywa się do biegu, po chwili znowu pada. I tak wiele, wiele razy. Serce się kraje…
Obawiając się, że suni może się znowu przydarzyć atak, gdy mnie nie będzie w domu (11 godzin), dałam pani Heni fiolkę luminalu, żeby mogła podać Alissie w razie czego.

Następny atak przyszedł w dniu 10 czerwca ok. 5:00 nad ranem. Był to poniedziałek i byłam w domu na urlopie. Poprzedniego dnia miałam gości: kuzynka Taty z Kanady z dziećmi, mój brat z rodziną; w sumie 9 osób, w tym 3 obce i pozostałe nieczęsto widywane. Sunia zawsze była nadpobudliwa i atak ten, tak niedługo po poprzednim, przypisywałam nadmiarowi atrakcji, jakim dla niej był ten rodzinny spęd.
Tym razem skończyło się na 3 atakach, gdyż szybko podałam leki, a podenerwowanie suni udało mi się zneutralizować podając jej wszystkie smaczne kąski, które zostały po uczcie z poprzedniego dnia. Ja myłam talerze i układałam naczynia, a Alissa biegała po salonie w swojej ‘aurze’, od czasu do czasu podjadając jakiś kawałek wędliny.
Gdy po porannej kawie wyszłam z moimi psicami na spacer w pola, Alissa była lekko rozkojarzona i w jakichś chaszczach zgubiła swoją kolczatkę z identyfikatorem i znaczkiem ze szczepienia przeciw wściekliźnie.

Nadszedł gorący lipiec i w nocy 3-go, Alissa o 24:00 obudziła mnie kolejnym atakiem. Ponieważ biegając po moich małych klitkach na piętrze ciągle wpadała na jakiś mebel (w ataku padaczki są zakłócenia zmysłu orientacji), zdecydowałam zejść z nią na parter i wyjść na podwórze. Zaczęłam ją faszerować prochami, wlałam w zadek posiadane wlewki relsedu.
Wtedy po raz pierwszy miała ataki wielokrotne, to znaczy kolejny atak rozpoczynał się, nim skończył poprzedni. Takich ataków wielokrotnych miała co najmniej 3.  Chodziłam za nią, aby jej przytrzymać głowę w trakcie ataku, żeby sobie krzywdy nie zrobiła, uderzając nią o kostkę brukową. Komary mnie gryzły, gdyż zamiast założyć dres, pętałam się w długim szlafroku.  Sunia zawsze wybierała sobie na atak jakąś dziurę, w której ledwo mogłam się obok mnie zmieścić. Powieki mi opadały na oczy, gdyż był to właśnie czas, kiedy moje nasenniki najbardziej działały.
Ok. 1:20 zadzwoniłam do Lecznicy i zbudziłam Doktora Darka, żeby się spytać, ile pastylek luminalu mogę Alissie podać, bez szkody dla jej zdrowia i jak szybko mogą zacząć działać.  Sunia była już wtedy po 11 atakach i 12 pastylkach.
Pan Doktor powiedział, żeby przyjechać do Lecznicy, jeśli jeszcze będzie miała następny atak, a luminal powinien zacząć działać po ok. 1 godzinie. Tak też i było - leki zrobiły swoje, sunia zwalniała, aura ustępowała. Ok. 1:30 podpierając się prawie nosem, zostawiłam Alissę na podwórzu podsypiającą i sama też poszłam spać. Rano, widząc ją leżącą na podwórzu przestraszyłam się, że sunia nie żyje, że jej przedawkowałam leki i nerwowo zaczęłam wołać: ‘Alissa! Alissa!’.  Podniosła się ociężale i weszła do domu na śniadanie.
Następnego dnia zameldowałam się w Lecznicy, aby omówić stan zdrowia mojej psicy. Po raz kolejny zwiększono dawkę luminalu.

Między atakami Alissa była taka jak zawsze: łasucha, zazdrośnica o moje względy i odpychająca Piesia, który też się garnął do mnie, chłopaciara adorująca każdego mężczyznę, który pojawił się w naszym obejściu.
Zmieniła się trochę na spacerach w stosunku do Piesia. Poprzednio zachęcała go do zabawy zatrzymując się przed nim i przypadając na przednie łapy, merdała ogonem. Teraz przechodziła po moim małym piesynku jak czołg.

Miała też większy apetyt, co było normalne przy stosowanych lekach padaczkowych i musiałam pilnować, żeby nie przybrała na wadze, bo przy jej wysokości byłaby naprawdę wielkim psem. Rytm dnia wyznaczały nam porcje luminalu podawane co 12 godzin.

Ataki następowały mniej więcej co 3 tygodnie i chodziło o dobranie dawki, która pozwalałaby na wydłużenie okresu bez ataków do 2 miesięcy.

Któregoś dnia na spacerze zauważyłam, że Alissa się zachwiała. Po kilku minutach znowu i wreszcie siusiając, przewróciła się do tyłu. Były to momenty, ale przestraszyłam się, bo ja suni bym nie uniosła (ważyła ponad 35 kg, a ja ok. 50 kg), w pole nie podjechałabym po nią samochodem. Krzyknęłam: ‘Dziewczynki, do domu biegiem’ i zaczęłyśmy biec. W biegu Alissa zachowywała swój rytm i tak dotarłyśmy do domu.

W dniu 23 lipca nastąpiły kolejne ataki, jak zwykle zupełnie znienacka. Wydaje mi się, że panujące w lipcu upały w niemały sposób przyczyniły się do cierpień mojej psicy. Tym razem znów, po 8 atakach, pojechałyśmy do Lecznicy i sunia poleżała sobie pod kroplówką kilka godzin. Tym razem Doktor Agatka do uspokajaczy dołączyła również tlen, gdyż każdy taki atak powoduje odtlenienie mózgu.
Gdy przyjechałam po 21: 00 po sunię, rozmawiałam z panią Doktor na temat leczenia, możliwości zmiany leku na bardziej skuteczny, jakiegoś badania, które pozwoliłoby postawić dokładniejszą diagnozę. Pani Doktor obiecała skontaktować się ze swoim kolegą, neurologiem i umówić nas z nim na wizytę.



Każdy taki pobyt panny psicy w Lecznicy kosztował ok. 100,00 PLN. Jej leki anty padaczkowe tyleż, gdyż sunia była dużym zwierzem i potrzebowała stosownych dawek. Przy jej normalnych kosztach leczniczej karmy i mięsa do tejże karmy oraz różnych łakoci, dawało to ok. 500,00 miesięcznie. A miałam jeszcze dwa inne czworonogi, wprawdzie trochę mniejsze, ale też wymagające pożywienia. Kot Agis miał złośliwego guza, którego mu operowałam w czerwcu i lipcu (PLN 800). Z moją pensją niezmienioną od roku 2000 zaczynałam się dławić finansowo i coraz częściej defraudowałam pieniądze za czynsz należny Julii za wynajem mieszkania po Ceci, a potem – żeby wyrównać zaległości – sprzedawałam jakąś błyskotkę. W tej sytuacji propozycja Julii i Markiza, żebym zatrzymała sobie sierpniowy czynsz, była prawdziwym darem nieba.
Kiedy rozmawiałam przez Skype z moją zagraniczną krewniaczką Liną i opowiadałam jej o moich problemach, zapytała, dlaczego nie uśpię chorej Alissy? ‘Ona ma dopiero 3 lata!!! (często zapominałam, że sunia przyszła do mnie jako dorosły już pies). Nie uśpię jej tylko dlatego, że jest chora i mnie dużo kosztuje. Ty też masz starego pudla, który już Ci sprawia kłopoty i nadal go trzymasz. Jakoś sobie muszę radzić’. I tak ciągnęłyśmy, z nadzieją na poprawę i ustabilizowanie Alissy.
 

Alissa II - c.d.



Alissa uwielbiała być w pobliżu mnie, gdy coś gotowałam.  To chyba jednak typowe dla psów: Miki z ‘Włoczęg Północy’ Curwooda, asystowanie przy gotowaniu pożywienia stawia na drugim miejscu po jedzeniu. Alissa jednak nie ceniła mojego towarzystwa w nadziei na smaczny kąsek.  Alissa chciała mieć swoją opiekunkę w zasięgu wzroku, czuła się tak bezpieczniej
W marcu  2013 – akurat w sobotę, tydzień przed Wielkanocą, gdy robiłam pasztet, Alissa pętała mi się pod nogami w kuchni. Moja kuchnia ma trochę ponad 5 m2 i wszystkiego 1,2 m x 1,5 m wolnej przestrzenie, więc moja długonoga sunia  zajmowała tę wolną przestrzeń sama i na mnie nie było miejsca. Wygoniłam ją więc z kuchni, położyła się w salonie i mnie obserwowała, a po jakimś czasie stwierdziła, że nigdzie się nie wybieram, więc poszła na piętro i położyła się spać z Piesiem.
Robienie pasztetu w mojej manufakturze z maszynką do mielenia mięsa na korbkę, trwa parę godzin.  Było już wczesne popołudnie, gdy usłyszałam huk na piętrze, jakby coś upadło. Podeszłam do schodów i zobaczyłam Piesia na ich szczycie, najwidoczniej czymś zaaferowanego. Wbiegłam na górę i zobaczyłam Alissę leżącą na boku w przejściu między pokojami, z pianą u pyska, przebierającą łapami – uderzającą tymi  łapami w drzwi, które obijając się o ścianę, były źródłem hałasu. Uklękłam obok psicy i starałam się  jej unieruchomić głowę, żeby nią nie waliła tak o podłogę i  przytrzymać łapy.  Kiedyś byłam świadkiem ludzkiego ataku padaczki i widok wydał mi się podobny. Pamiętam, że ludziom zabezpieczało się język, wkładając jakiś pasek między zęby i zaczęłam się rozglądać za czymś stosownym. W międzyczasie atak minął (ok. 2 min.) i sunia leżała ciężko dysząc. Zmoczyłam papierowy ręcznik i wytarłam jej pianę z mordki.  Zadzwoniłam do Lecznicy VET i spytałam, czy możliwe, żeby pies miała padaczkę. Usłyszałam, że tak i to dość częste przypadki. Opisałam nasz przypadek i spytałam, co mam robić. Pani Doktor wytłumaczyła mi przebieg ataków padaczki, jego fazy i  moje powinności w trakcie ataku. Kazano mi obserwować w jakich okolicznościach ataki następują i zapisywać każdy przypadek, a poza tym zgłosić się po receptę na luminal.
Popołudnie minęło nam spokojnie. Wieczorem siedziałyśmy z Alissą na wersalce; ja czytałam, a ona spała wyciągnięta na całą swoją długość. Po godzinie 20:00 nagle uniosła się na przednie łapy i opadła na bok; rozpoczął się kolejny atak padaczki.  Złapałam ją w ramiona, głaskałam uspokajająco po łebku. Atak nie trwał dłużej niż poprzedni, ale w jego trakcie się zmoczyła.
Wieczorem, kiedy kładłyśmy się spać, Alissa zaczęła się pakować do mojego łóżka; nie wiem, dlaczego uznała, że teraz powinna je dzielić z nami; może czułaby się bardziej bezpieczna ???
Następnego dnia w niedzielę pojechałyśmy z Alissą do Lecznicy.  Tam już lekarz wiedział, że przybył nowy padaczkowy pacjent i musiałam dokładnie opowiedzieć o przebytych atakach. Pani Doktór chciała wiedzieć, czy sunia mogła się czymś zdenerwować, lub przestraszyć. Zgodnie z prawdą informowałam, że zjawiłam się już w trakcie pierwszego ataku, ale  drugi atak nastąpił jako kontynuacje drzemki i poza koszmarem, który by się jej przyśnił, nie było żadnego powodu do zdenerwowania. Zapisano Alissie luminal 2 X 1 pastylka co 12 godzin i kazano obserwować. Dodatkowo dostałam wlewki doodbytnicze, które działają szybciej niż pastylki. Pan Doktor Darek, który się pojawił na chwilę, wysłuchawszy o naszych perypetiach, dał mi niepełne pudełeczko leku, żebym miała dla suni natychmiast. Powiedział, że ataki padaczki są związane z fazami księżyca i czasem się zdarza w jednym czasie wiele ataków u wielu psów, a czasem jest spokój. Pocieszył mnie, że czasem zdarza się tylko jeden atak padaczki u psa i nigdy więcej nie powtarza.
Następnego dnia w pracy wrzuciłam w google.pl: ‘padaczka u psów’ i pogrążyłam się w lekturze. Okazało się, że owczarki niemieckie są jedną z wielu podatnych na padaczkę ras.  Były wpisy właścicieli psów chorych; pisali o leczeniu, jego kosztach, o szkodliwości leków. Któryś stwierdził, że padaczka u jego psa byłą pod kontrolą, ale pies odszedł na wątrobę. Zdenerwowały mnie te informacje.
Z pracy zadzwoniłam do sąsiadów, z prośbą o zerknięcie na Alissę, z uwagi na przebyte przez nią ataki.
Ok. 12:00 zadzwonił mój sąsiad Paweł, informując, że sunia zachowuje się dziwnie i że mu uciekła poza ogrodzenie, gdy wyjeżdżał samochodem i oddaliła się w kierunku pól.
Zadzwoniłam do sąsiada Jurka, żeby się za nią rozejrzał i zwolniłam się z pracy. Trafiłam na ‘czarną dziurę’ w kursowaniu Kolei Mazowieckich, więc jechałam autobusem i nim dotarłam była już 14:00.
Pan Jurek odnalazł w międzyczasie Alissę i obydwoje byli na podwórzu: sąsiad lekko zaniepokojony, a sunia zabłocona, bardzo podniecona, przemierzająca szybkim krokiem podjazd. Zadzwoniłam do Lecznicy pytając, czy mam jej podać lek wcześniej niż 12 godzin po porannym. Pani Doktor Agata wytłumaczyła mi, że psica jest nadal w tzw. ‘aurze’ i jak najbardziej zaleciła podanie leku. Alissa była bardzo głodna, więc zajadała wszystko, co tylko wyjęłam z lodówki.  Zjadła część mojej zupy na obiad i nadal miała apetyt.
Po luminalu sunia się uspokoiła nieco i mogłam obejrzeć dokładnie zniszczenia, jakich dokonała w trakcie mojej nieobecności. Chyba wpadła w jakąś sierocą histerię i chciała koniecznie dostać się do domu, bo obydwie pary drzwi wejściowych były podrapane, mało, były pożłobione jej szponami.
Po kolacji i wieczornych lekach sunia była już wyciszona i następnego dnia było już normalnie.

Obserwowałam Alissę zgodnie z zaleceniami VET-ów, ale też sama chciałam się dowiedzieć jak najwięcej. Ale nic się nie zmieniło. Alissa nadal miała ADHD, gdy wychodziłyśmy na spacery. Nadal bawiła się z Piesiem w domu, nadal mu dokuczała i zachęcała do zabawy poza ogrodzeniem. Była tak samo zazdrosna o okazywane uczucia, zawsze pierwsze po karesy.
Tutaj nic się nie zmieniło.
Jedyną zmianą były dawki luminalu co 12 godzin i tych godzin pilnowałam.
Mijały dni, następny atak nie pojawiał się i powoli zaczęła we mnie wstępować nadzieją, że może już nigdy się nie pojawi, że był to tylko wybryk natury.
Zadzwoniłam nawet do Lecznicy, żeby się podpytać, czy nie mogłybyśmy zejść z tego luminalu, bo pamiętałam ciągle te informacje na temat szkodliwości leków padaczkowych.

wtorek, 17 grudnia 2013

Alissa II - c.d.



Alissa bardzo bała się burzy i w nocy wpełzała pod moje łóżko, gdy tylko usłyszała grzmoty. Możliwe, że wyjątkową wrażliwość na grzmoty zawdzięczała swoim dużym stojącym uszom; jak już pisałam sunia była, moim zdaniem, mieszańcem owczarka niemieckiego i doga angielskiego – po tym drugim miała długie smukłe nogi, szczupły ogon i duże stojące uszy.
Od wielu lat biorę nasenniki, więc najczęściej nie słyszałam nocnych wyładowań, ale zawsze mogłam mieć pewność, że po burzliwej nocy znajdę Alissę rozpłaszczoną pod moim łóżkiem. Na ogół musiałam ją stamtąd wyciągać, bo sama nie mogła się wygramolić; moje legowisko było za nisko zawieszone dla takiego wysokiego czworonoga.

Dropsik moich sąsiadów zawsze miał dużo różnych zabawek: miśki, pieski i inne pluszaki, prawie tak duże jak on sam, które tarmosił na podwórzu w ciągu dnia, a wieczorem wciągał na swoje legowisko i układał się pośród nich do snu.
Moje sunie nie były nigdy zainteresowane takimi zabawkami, ale w grudniu 2012 Weltbilt przysłał mi wraz z zamówionymi książkami Łosia Leosia, pluszową maskotkę ok. 20 cm, wykonaną w Chinach (a gdzie by inaczej), która bardzo przypadła do gustu Alissie. Nosiła się z Leosiem w zębach, lizała go, gryzła, a wieczorem układała łepek do snu na swoim Łosiu.  Piesiowi Leoś też się podobał i często podkradał maskotkę Alissie. Kupiłam mu więc pieska Reksia, potem zorganizowałam ‘pospolite ruszenie’ w rodzinie oraz w pracy i zaapelowałam do młodych matek o przekazanie nieużywanych już maskotek ich dzieci dla moich psic. Otrzymałyśmy kilka ładnych zabawek. Jedną z nich – prosiaczka długości ok. 30 cm i szerokości ok. 20 cm dałam suni do jej jurty, żeby miała towarzystwo, jak będzie sama w ciągu dnia. Nie wiem, co ona z tym prosiakiem zrobiła. Był mocno różowy, więc bym go zauważyła. Był spory, więc go nie zakopała (zresztą wtedy była ziemia zmarznięta). Nie znalazłam go w trakcie żadnych prac ogrodowych. Nie zjadła go raczej, bo nie czuła się źle, a po czymś takim raczej powinna. Nie wiem, po prostu się zdematerializował. Nigdy później nie widziałam go na oczy.
Z pozostałych zabawek 2 – 3 zostawiłam codziennego użytku, a resztę schowałam na później. Nie wiem, co wstąpiło w Piesia, że po kolei pozbawiał oczu wszystkie zabawki. Musiałam upychać do środka tę sztuczną watę, którą były wypchane i zaszywać im dziury po oczach. Biedny Łoś Leoś Alissy też stracił swoje oczy, ale ona i tak go kochała.

niedziela, 15 grudnia 2013

Alissa II - c.d.



Jesienią i zimą grasowały w naszym sąsiedztwie dziki.  Ryły ziemię w poszukiwaniu, nie wiem czego, w odległości niecałych 10 m od naszego ogrodzenia.  W lutym 2012 podczas popołudniowego spaceru z psicami w jakiś wolny od pracy dzień natknęłyśmy się na samca z dwiema lochami (chyba, bo mniejsze były). Alissa biegnąc przodem, jak zawsze, nagle się zatrzymała, za nią Piesio, więc zaczęłam się rozglądać i zobaczyłam to stadko w odległości nie większej niż 15 m. Dziki też się zatrzymały i obie nasze grupy mierzyły się wzrokiem. Przestraszyłam się, że Piesio przypomni sobie, że pochodzi od psów myśliwskich z XV-wiecznej Gaskonii i zacznie ujadać, więc zawróciłam z cichym nawoływaniem: ‘Wracamy dziewczynki, do domu, do domu’. O dziwo, posłuchały. Nie oglądałam się przez ramię, żeby zobaczyć, co zrobiły dziki, ale żadnego tupotu za nami nie słyszałam.
Kilka tygodni później znów się spotkaliśmy. Tym razem Alissa wypatrzyła dziki (chyba tę samą rodzinę) za drzewami na mojej polnej działce, trochę dalej niż poprzednio, ok. 30 m;  tym razem również nie czekałam na konfrontację, tylko zawróciłam moje sunie do domu. Muszę pochwalić moje psice, że okazały rozsądek i nie usiłowały bawić się w polowanie. W stosunku do mniejszej zwierzyny: bażantów, zajęcy i saren, które czasem spotykałyśmy w polach, nie były takie oględne.  One gnały za szarakiem, czy sarenką i znikały mi z oczu, a ja obawiając się, że się zagubią w nieznanym terenie, chodziłam potem po polach i darłam się: ‘Alissaaaa!!!, Piesioooo!!!’ Po jakimś czasie wracały, całe zziajane. Nigdy mi nie przyniosły żadnego trofeum.

Zimą 2012 zmieniałam firmę monitorującą i byłam umówiona w tym samym dniu na wymianę licznika elektrycznego oraz przeniesienie klawiatury systemu alarmowego i przełączenie centralki. Pętając się po działce w oczekiwaniu na w/w służby zwróciłam uwagę na zapach gazu przy gazomierzu i idąc za ciosem, zadzwoniłam na Pogotowie Gazowe, żeby już zupełnie mieć dzień wykorzystany. Gdy przyjechali gazownicy w liczbie 3 chłopa, zamknęłam Alissę w małej zagrodzie, żeby się jej nie bali.  Staliśmy przy gazomierzu i panowie coś mi opowiadali, gdy naraz jeden z nich zawołał: ‘Ooo! ona wyszła!’ i rzeczywiście, zobaczyłam moją dużą sunię, jak prawie tanecznym krokiem przemierza podwórze. Gdy opowiadałam wieczorem bratu o przypadkach owego dnia, zapytał: ‘I co, jeszcze pogotowie wzywałaś dla reanimacji gazowników???’. 
Później zauważyłam, że Alissa zamknięta w małej zagrodzie, dotąd manipulowała łapą przy skoblu, aż go przesuwała i otwierała furtkę. Ciekawa byłam, czy nauczyła się tego na Paluchu i w takim razie, jak ją tam zdołali przetrzymywać w kojcu.
Mała zagroda była jedynym miejscem, w którym mogłam zamknąć sunię, gdy ktoś bał się wejść na działkę na jej widok: ‘Wszyscy mówią, że ich piesek nie gryzie, a ja mam już całe nogi w bliznach’. Alissa była wysokim zwierzęciem i dlatego wzbudzała strach, a jednocześnie jej wzrost i talenty do skoków na wysokość do 1,40 m sprawiały, że wewnętrzne płotki, stawiane pod kątem Alissy I, były zupełnie bezużyteczne.



Alissa była dość brudnym psem, tzn. nie unikała błota, brudu. Nie potrafiła też zasygnalizować, że chce wyjść, tylko załatwiała swoje potrzeby, gdzie popadnie.

W zimie 2012 w trakcie dużych mrozów (ok. -20 stopni) zostawiłam ją  któregoś dnia w domu, żeby nie zmarzła. Wydawało mi się, że jeżeli Piesio wytrzymuje 11 godzin, to i ona wytrzyma. Niestety, po powrocie zastałam zabrudzony w 3 miejscach dywan i trochę mnie wysiłku kosztowało, nim go doczyściłam. Stwierdziłam więc ze złością, że miejscem brudnej suki jest podwórze i od tej pory już urzędowała w ciągu dnia w swojej jurcie.
W czerwcu 2012 wybierałam się na pierwszy od 5 lat urlop i była potrzeba zabezpieczenia dobrostanu mojej menażerii. Udało mi się zbajerować moją bratanicę, Asię, która w asyście swojego chłopaka – Mateusza, miała czuwać nad moimi czworonogami. Wydaję mi się, że zarówno ludzie, jak i zwierzaki były zadowolone ze swojego towarzystwa. Asia i Matej jeździli rowerami po polach i zabierali ze sobą moje psice, tak, więc miały więcej ruchu i zabawy, niż ze mną. Matej miał dobre podejście do psów, bo wychowywał się z wyżłem; wolał stanowczo Alissę niż Piesia. 



Tego samego lata sąsiad poprawiał psi chodnik. Był to ok. 8-mio metrowy i szeroki na 30 cm łuk z kostki ułożony przez Wołodię dla Alissy I, tam gdzie najczęściej biegała po trawie przed swoją budą . Był ułożony tylko na piasku, jak to kostka i nie było potrzeby zabezpieczać go cementem. Pamiętam, że wtedy Trybunał Konstytucyjny wydał jakieś sensowne orzeczenie i Tata nazwał ten chodnik Aleją Trybunału Konstytucyjnego. Alissa I doceniała zaszczyt biegania po takiej sławnej drodze i nie niszczyła jej.
Wszystko się zmieniło, gdy nastała Alissa II z ADHD. Sunia nie potrafiła chodzić, gdy można było biegać, a biegała z takim wigorem, że Aleja Trybunału Konstytucyjnego poszła w rozsypkę. Poprawiony łuk był juz przymocowany cementem do podłoża.
 
We wrześniu tamtego roku w trakcie podłączania wody do mojego pawilonu, patałach koparkowy uszkodził wodociąg i spowodował awarię. Po jej usunięciu wszystko tonęło w glinianej brei i nie można było zakończyć prac. Wykop na drodze został zasypany po kilku dniach, ale ten przy domu nadal był odkryty i ja miałam koszmarne sny, w których widziałam moje psice wpadające do tej dziury w trakcie gonitwy, Alissę usiłującą się wydostać i powodującą gwałtownymi ruchami swoich przednich łap lawinę mokrej gliny, która przygniata je obydwie. Dotąd histeryzowałam, aż sąsiad się ulitował i zasłonił wykop jakimiś płytami drewnianymi.

piątek, 13 grudnia 2013

Alissa II - c.d.




W lecie 2011 doszło do zalania mojej mozaiki w salonie, przez co napuchła (jak to buczyna) i trzeba ją było zdjąć. Moje zmagania z Allianzem o odszkodowanie trwające 7 miesięcy i zakończone pozytywnie dzięki interwencji Rzecznika Ubezpieczonych, to zupełnie inna historia. Ale faktem istotnym dla Alissy było układanie gresu przez sąsiada i radość z przebywania w męskim towarzystwie przez wiele dni. Martwiłam się, że będzie mu przeszkadzała, ale wystarczyło jej tylko obserwowanie go przy pracy.

Od końca sierpnia mieszkanie Ceci w starej części domu zostało wynajęte i Paweł, chwalić Boga, nie obawiał się psów. Wręcz przeciwnie, bardzo lubił moje psice, a zwłaszcza wilczuro-podobną Alissę, gdyż jego ojciec zawsze miał owczarki niemieckie. Kolejny chłop w życiu mojej suni… Zawsze witała go głośnym szczekaniem, gdy przyjeżdżał samochodem i usiłowała wspiąć się na niego, gdy wysiadał. Paweł umiał postępować z psami i posiadał autorytet, toteż sunia wkrótce przestała się przymierzać do niego, ale zawsze została jego wierną wielbicielką.

Alissa była bardzo … zachłanna (to chyba najlepsze określenie) na okazywane uczucia. Zawsze, gdy wracałam do domu w okresie letnim i obie dziewczynki były na zewnątrz, Alissa pierwsza przybiegała do mnie i, kiedy już przestała się wspinać, podsuwała łepek do pogłaskania i nos do pocałunku. Gdy podbiegał Piesio, odpychała go brutalnie, co przy jej masie nie było problemem; była ponad 2 razy większa od mojej małej psinki. Nieraz się złościłam na nią i ją odsuwałam, żeby przywitać się z Piesiem, a ona i tak się wpychała między nas. Był w niej jakiś głód uczucia, akceptacji; chyba podobnie jest u dzieci z sierocińca adoptowanych przez ludzi, że chcą być tymi najważniejszymi, najbardziej kochanymi. Może właśnie dlatego przywiązywałam tak dużą wagę do naszego wieczornego rytuału; chciałam, żeby wiedziała, że ją kocham i czułą się pewnie.
Często, gdy siedziałam, Alissa siadała obok i podawała mi łapę lub kładła mi ją na kolanach. Nie wiem kto i kiedy nauczył ją tego gestu – opiekunowie na Paluchu, czy pierwszy właściciel; przyszła już do mnie z tą umiejętnością. Czasami kładła też łepek na kolanach i patrzyła wiernie w oczy. Cudna, słodka psica.
Nadmienić muszę uczciwie, że nie tylko do mnie taka była. Moje koleżanki, czy sąsiedzi też bywali podmiotem atencji Alissy. Jedna z moich koleżanek stwierdziła, że to dlatego, że ona jest z ‘sierocińca’ i chce sobie zaskarbić uczucia ludzkie, żeby ktoś ją polubił i przygarnął. Może było w tym trochę racji, w końcu Jola studiowała psychologię…

Alissa bardzo ładnie bawiła się z Piesiem w domu. Piesio jest wielkości basseta (basset bleu de Gascogne ze zgrabniejszą główką i krótszymi uszami), a sunia była wysoka – 90 cm w koniuszkach dość dużych uszu (podejrzewam, że była krzyżówką doga z wilczurem), więc w trakcie zabawy kładła się na dywanie lub podłodze i tarzały się podgryzając i warcząc. Piesio często gryzł ją w pięty, ona też nie pozostawała mu dłużna. Bardzo lubiłam je obserwować w trakcie tych pojedynków.
Gdy wychodziłyśmy na spacer w pole nie bawiły się wcale.  Alissa podskakiwała do Piesia, niby go zachęcając do zabawy, niby strasząc, ale Piesio najczęściej tylko warczał na nią.
Alissa miała kilku psich kolegów, z którymi bardzo ładnie się bawiła w trakcie spacerów. Jednym z nich był Nano, w jednej czwartej wilk i wyglądający zupełnie jak ten leśny drapieżnik. Gdy był sam, bardzo fajnie bawił się z sunią; ganiali po polach, ścigali się, czasem tarzali w błocie. Byli zbliżeni wzrostem i posturą i przyjemnie ich było obserwować w trakcie ich igraszek. Potem pani Nano przygarnęła suczkę hasky, którą jakiś skurwiel zostawił przywiązaną do drzewa przy szosie i oba psy utworzyły sforę, której moja biedna sunia nie była w stanie sprostać. Gdy obydwa ją atakowały, była tak sponiewierana, że po pewnym czasie, gdy tylko widziałam te psy w oddali, brałam Alissę na smycz, żeby jej nie męczyły.  Milszym kumplem był Kacper, czarny długowłosy pies (nie potrafię określić rasy, tyle ich teraz jest), nieco niższy od Alissy.  Kacper miał nieco krótsze nogi od mojej suni, ale był bardziej zwrotny. Ich zabawy to była czysta przyjemność dla oka, trzeba było tylko schodzić im z drogi.
Najmłodszym kolegą był Tengo, wyrośnięty szczeniak husky, wyglądający jak srebrno-biała kula, który przejawiał niespożytą chęć do zabawy. Uwielbiał wodę tak samo jak Alissa i czasem razem pławili się w Niesieble, gdyż Tengo pił wodę tylko wówczas, gdy znajdowała się na poziomie jego pysia.
Milo, staruszek wyżeł, już nie miał ochoty na zabawy, ale zawsze chętnie nas witał w polach na spacerze ze swym panem lub panią.
Carlos, piękny czarny długowłosy owczarek niemiecki sąsiada z działki bawił się czasem z sunią, kiedy przyjeżdżał z panem Adamem, ale często był ‘niedysponowany’. Carlos był niestety przerasowiony i miał liczne dolegliwości wynikające z tego faktu.
Najbliższym kolegą był Dropsik, piesek sąsiadów, który z uwagi na małe gabaryty, często dostawał wciry od suni, tak więc, trzeba było pilnować, aby go nie sponiewierała. Dropsik miał wiele dzielnego ducha w sobie i odszczekiwał się Alissie.

wtorek, 10 grudnia 2013

Alissa II - c.d.



W grudniu 2010 zamówiłam dla Alissy legowisko – ponton w kolorze brązowym, na którym sunia miała spać w przedpokoju. Okazało się jednakowoż, że przedpokój był oddalony za bardzo od miejsca spoczynku mojego i Piesia, więc Alissa odmówiła korzystania ze swojego nowego legowiska; ponton więc wylądował w mojej sypialni, a psica na nim.  Od tej pory wytworzył się nam pewien rytuał wieczorny: gdy ja kierowałam się już po wieczornych ablucjach do sypialni, Alissa szła za mną i układała się na swoim posłaniu, na lewym boku, a ja obok na dywanie i gładziłam ja po łebku, mówiąc: ‘Śliczna Alisska, mądra Alisska, pańcia kocha swoją sunię’ i takie tam inne czułości. Ona podnosiła trochę prawą przednią łapę, żebym ją mogła podrapać pod paszką. Potem ją całowałam w jej duży czarny nos i wchodziłam do mojego łóżka, które dzieliłam z Piesiem, o co sunia była trochę zazdrosna. W dni wolne od pracy, kiedy mogłam sobie poleżeć w łożu jak biały człowiek, pozwalałam Alissie do nas dołączyć, co przyjmowała z ukontentowaniem.

W trakcie  tego półrocza, które Alissa spędziła u mnie,  jej wygląd bardzo się poprawił. Przytyła ponad 7 kilo (bliżej 10 kg), co przy jej wzroście 90 cm na czubkach uszu było prawidłową wagą. Nadal była smukła jak modelka, ale już nie wychudzona. Futerko się wygładziło, nabrało połysku. Alissa była tzw. ‘czarna podpalana’, tzn. jej podstawową barwą był beż, na grzbiecie była czarna, uszy jej wpadały w rudy beż, brązowe łagodne oczy były otoczone czarnymi łatami i czarna łata była wokół pyszczka i nosa. W sumie była bardzo przystojna. Generalnie miała smętne spojrzenie, ale kiedy robiła psikusa jarzyły się w jej ślepiach diabelskie ogniki.

Zimą 2011 zauważyłam kilkakrotnie, że miejsce, na którym Alissa leżała jest zamoczone. Na początku sądziłam, że może się przeziębiła; w końcu przebywała po wyjeździe Ludy i Wołodia na zewnątrz przez 11 godzin. W Lecznicy ‘Anda’ przepisano jej jakieś leki i polecono przynieść siuśki do zbadania.  Zabrałam więc pojemniczek na siuśki na spacer i wzięłam sunię na smycz, żeby mi łatwiej było ‘złapać’ drogocenny płyn. Alissa normalnie przysiadała co kilkanaście metrów, ale tym razem przeciągnęła mnie na smyczy z pół kilometra nim udało mi się, padając z poświęceniem na kolana w śniegu, zebrać kilka kropli.
Oddałam moje zbiory w Lecznicy do zbadania i oczekiwałam na wyniki.
Okazało się, że psica cierpi na jakąś chorobę (nazwy nie pamiętam), w wyniku której jej mocz zbija się w kryształki i tamuje moczowody; gdy kryształek się przesunie, sunia się moczy, nie czując tego.
Rozpoczęło się zabezpieczanie kanap i foteli przed zamoczeniem. Na legowisku Alissy rozkładałam podkłady, jakie stosuje się dla osób chorych. Pilnowałam też, aby sunia wieczorem jeszcze wyszła załatwić swoje potrzeby, żeby w jej pęcherzu nie było nadmiaru płynu.
Sunia miała też zaordynowaną karmę specjalistyczną ‘urinary treatment’, w tańszej wersji Hillsa kosztującą PLN 243,00 za 12 kilogramów, co dla mojej dużej suni nie starczało nawet na miesiąc. Sunia nie jadała samej suchej karmy, tylko z dodatkiem uduszonego we własnym sosie wołowego mielonego mięsa zakupionego w hipermarkecie.  Obie moje psice tak jadały, tylko, że Piesio wymaga karmy dla piesków z nadwagą. Miesięczny koszt utrzymania moich czworonogów wynosił ok. PLN 500,00, bo moje dziewczynki lubiły kości cielęce, ciasteczka ze szpikiem i takie tam różności. W sobotę gotowałam dla moich psic ryż na kościach cielęcych, a do tego dodawałam uduszonego mielonego mięsa wołowego.
Zdaję sobie sprawę, że moje psice jadały lepiej, niż niejeden człowiek w tym kraju, ale w końcu osoba odpowiedzialna, a za taką się uważam, decydując się na posiadanie zwierzęcia, powinna mieć świadomość, że zwierzę ma swoje potrzeby. Ja podchodzę do moich obowiązków poważnie i traktuję moje zwierzaki jak członków rodziny.  Prawdę powiedziawszy, są mi może bliższe niż ludzie, bo z nimi przebywam codziennie; one znają moje radości i smutki i tulą się do mnie, kiedy mi przykro i źle. Zdaje się, że Bernard Shaw powiedział: ‘ Im lepiej poznaję ludzi, tym bardziej kocham zwierzęta’ i … ja się z nim zgadzam.
Codziennie od października do kwietnia moje psice otrzymywały po jednej pastylce rutinoscorbinu lub rutinacei, żeby je zabezpieczyć przed przeziębieniem. Tak było od czasu, gdy moja Alissa I przeziębiła się w styczniu 2006 i był kłopot z dostaniem się do Veta, bo ja miałam całą nogę w szynie gipsowej po operacji kolana i nie mogłam iść z nią do Lecznicy (śniegi były głębokie tamtej zimy), a psica nie jeździła samochodem. Od tamtej pory dbam o profilaktykę moich większych czworonogów; Agis był zawsze bardzo trudny do łykania leków, więc jego pomijałam w moich staraniach.

Alissa II - c.d.



Z czasem Wołodia pracował coraz mniej i często Alissa zostawała w domu razem z nim. On najczęściej spał lub leżał w łóżku i oglądał telewizję, a psica rozrabiała: kilka razy zabrała z przedpokoju moje buty na górę, ale obyło się bez zniszczeń.
Luda i Swieta miały mniej szczęścia, bo sunia pogryzła im obcasy przy butach zimowych. Były to wprawdzie jakieś pożyczone buty od koleżanki, ale one ich używały nim kupiły sobie nowe i było mi głupio. One się śmiały tylko i mówiły, że nie szkodzi, a następnej niedzieli poszły na zakupy.

Już nastały pierwsze chłody, kiedy Alissa złapała kleszcza. Nie jadła jednego dnia, co dla niej było dziwne, a kiedy następnego dnia też nie ruszyła kolacji, natychmiast wpakowałam do samochodu i pognałyśmy do Lecznicy. Tam, oczywiście, badanie wykazało babeszi i sunia dostała ten okropny zastrzyk. Po powrocie weszła do jurty i …. zaczęła płakać. Luda zawołała: ‘Pani Jolanta. Takie łzy jej z oczu leciały. Nigdy w życiu nie widziałam, żeby pies płakał’. A Luda jest w końcu weterynarzem z wykształcenia, mimo, że w Polsce sprząta mieszkania. Zadzwoniłam do Lecznicy i opowiadam, że sunia płacze. Pan Doktor mnie pocieszył, że zastrzyk, który dostała to silna trucizna i ona może wymiotować i cierpieć, ale jej powinno niebawem przejść. I przeszło. I chyba nie było żadnych powikłań, ale od tej pory bardzo pilnowałam, żeby na czas zabezpieczyć moje psice przed kleszczami.

Sunia była zawsze żarłokiem, a ponieważ była wysoka, mogła spokojnie ściągnąć smaczne kąski z szafki, czy kuchni. Kiedyś Luda usmażyła wieczorem kotlety mielone (chyba z 10 takich mniejszych) i zostawiła, żeby wystygły w nocy. Rano je widziałam na szafce przy kuchni na talerzyku pod sitkiem. Podobno Wołodia wszedł do kuchni tuż po moim wyjściu i zobaczył już tylko odrzucone sitko i pusty wylizany talerzyk.  Luda zadzwoniła do mnie na komórkę i poinformowała: ‘Pani Jolanta. Alissa zjadła kotlety’.  A ja na to: ‘Strasznie mi przykro. Kupię wam kurczaka z rożna, żebyście mieli na kolację po powrocie. Czy tak w porządku?’.  Luda czym prędzej zaprzeczyła: ‘Ale ja nie dlatego dzwonię. Pani jej nie daje smażonego, więc gdyby się źle czuła, żeby pani wiedziała, co jadła’. Kurczaka kupiłam, a Alissie oczywiście nic po smażonych kotletach nie było.
Innym razem wyjęłam z lodówki duszone mięso dla psic i postawiłam w garnuszku na lepce przy kuchni, żeby się zagrzało.  Gdy przyszła pora kolacji, sięgnęłam machinalnie po garnuszek i moja ręka trafiła w próżnię. Nauczona doświadczenie przeszłam do pokoju obok, a tam sunia rozłożona leniwie na narożniku wylizuje już tylko opróżnione naczynie.
Dłuższy czas już później, w innej kuchni, wyjęłam z zamrażalnika upieczoną pierś indyka i postawiłam na kuchennej szafce, żeby rozmarzła. To w zimie 2011/2012 tuż przed dużymi mrozami i chciałam zabezpieczyć rośliny włókniną. Było już bardzo chłodno i zostawiłam obie psice w domu, żeby nie marzły. Po powrocie zobaczyłam, że Alissa leży na dywanie i coś tam zajada. Spojrzała na mnie przez ramię i wróciła do swojego jedzenia. Dopiero, gdy zauważyłam pusty talerzyk, zorientowałam się, co było łupem Alissy. Wściekłam się na nią i dosłownie wykopałam ją z domu. Poszła do jurty, a ja zaczęłam oglądać resztki indyka, z którego sunia zjadła to, co rozmarzło. Połowa jeszcze dla mnie została po okrojeniu z psich zębów.  Po pewnym czasie ruszyło mnie sumienie i wpuściłam psicę do środka, bo stwierdziłam, że jak się rozchoruje, to tylko kłopot będzie.

Alissa II - c.d.





Ceci zmarła w drugiej połowie sierpnia 2010 i od tej pory moje zwierzaki zostawały same przez 11 godzin, kiedy wychodziłam do pracy. Piesio wygrzewał się na słoneczku lub zwijał w budzie i spał, Agis – jak to kot – chodził własnymi drogami, a biedna Alissa szalała z nudy. Zaczęła mi przekopywać ogród, rozkopywała grób Alissy I i kilka razy dostała w skórę, bo dokopała się już do koca, w którym stara psica była pochowana. Wiedziała, że źle robi, ale po prostu energia ja rozsadzała. To jej ADHD….

We wrześniu miałam 2 tygodnie urlopu i przyszedł zaprzyjaźniony Ukrainiec Wołodia, żeby mi połączyć małe szambo z kanalizacją. Alissa z miejsca się w nim zakochała. On zresztą też ją polubił. Niektóre psy nie lubią ludzi pachnących alkoholem; Wołodia nieraz pachniał piwem, a suni to nie przeszkadzało. Mogłaby go zalizać na śmierć.
Po początkowym strachu przed mężczyznami Alissa okazała się straszną chłopaciarą. Jakikolwiek mężczyzna do mnie przychodził, zawsze go na początku obszczekiwała wraz z Piesiem, a potem, gdy już usiadł, zaczynało się podlizywanie: wchodziła przednimi łapami na kolana i chciała lizać (nie każdy to lubił), podstawiała łepek do głaskania, a już skarcona – najchętniej wchodziła pod ławę i wtedy trzeba było łapać filiżanki, kiedy wstawała z meblem na grzbiecie. Moi najbliżsi sąsiedzi, którzy mi pomagają w różnych domowych i ogrodowych pracach byli zawsze obiektem najżywszego uwielbienia Alissy. Pamiętam, że kiedyś pan Mieczysław coś dłubał przy kontakcie, a sunia się rozwaliła na podłodze i wpatrywała w niego cielęcym wzrokiem. Nieraz mawiałam, że ja się nimi opiekuję, karmię, leczę, chodzę na spacery, ale gdy przyjdzie jakiś chłop, to mnie zupełnie nie zauważają.

W październiku 2010 do mieszkania Ceci sprowadził się Wołodia z żoną. Chciałam, żeby to mieszkanie było wynajęte, bo dom musi zarobić na siebie, a ogrzanie tej powierzchni to był zawsze majątek.  Ja mieszkałam na piętrze, a kuchnię na parterze dzieliliśmy między siebie.

Alissa nadal urzędowała na zewnątrz, ale chciała być w środku, gdzie byli ludzie i nabrała zwyczaju wchodzenia na ławkę pod oknem kuchennym i zaglądania przez okno. Wołodia mówił: ‘Pani Jolanta. Alissa chce do chaty’ i w końcu wpuściłam ją do domu. Jaka zadowolona była, kiedy wieczorem rozłożyła się w fotelu. To ukontentowane westchnienie…

Zaraz rozpoczęła się walka z Agisem o fotel, który poprzednio on zajmował. Alissa po jakimś czasie schodziła z fotela i kładła się na podłodze, gdzie jej było chłodniej i wtedy kot, czym prędzej zajmował wygrzane miejsce.
Na początku Wołodia wychodził rano z Ludą do pracy i wracali wieczorem. Piesio przebywał już cały dzień w domu, bo dla niego było już za zimno na zewnątrz i Alissa spędzała czas sama, różnie go sobie organizując.
W listopadzie, jak zawsze, zbudowałam na werandzie jurtę dla psicy, tzn. otoczyłam dwoma warstwami grubego chodnika nogi okrągłego stołu, między te warstwy dałam cienkie kołderki, a do środka jurty mój gruby wełniany materac kupiony na pokazie pościeli wełnianej, złożony na 3 części. Sunia miała tam ciepło; może nie miała dodatniej temperatury w duże mrozy, ale nie wiało jej i mogła tam sobie nachuchać. Kiedy wracałam z pracy i ona wyłaniała się z jurty i przeciągała po drzemce, była całkiem cieplutka. Lubiła swoją jurtę i każdego roku, jak tylko zaczynałam ją klecić, zawsze się tuż obok kręciła i wchodziła do środka, jak tylko skończyłam, a czasem … nawet wcześniej.