Minął
już miesiąc od przygody Katii.
Nadal
trzyma się domu i nie oddala poza działkę mojego brata. Ale jest sfrustrowana,
bo Niki, którego jej wzięłam do towarzystwa, zrobił się strasznym włóczykijem i
często nie wraca z porannego spaceru i zostaje al fresco na całe 11 godzin,
które spędzam poza domem.
Gdzieś
w polach zgubił już dwie obróżki z dzwoneczkiem, które mu zakupiłam. Kilka dni
temu kupiłam następną i więcej nie będzie. Jeśli chce być polnym kotem, to jego
sprawa. Tylko on jest jeszcze taki nieporadny, a przynajmniej mi się taki
wydaje. Boję się, że jakiś duży kocur może mu spuścić lanie, a mnie nie będzie,
żeby go obronić.
Gdy
wracam, kitulek biegnie kłusem pod drzwi, wielce zgłodniały (nie jadł z
miseczki, którą mu zostawiałam przy studni, więc nie zostawiam) i pochłania
łakomie naszykowane jedzenie. Nie liże języczkiem, jak na kota przystało, tylko
porywa całe kęsy. Potem się układa na godzinkę w wieży, żeby zregenerować siły
i znów wychodzi. Chociaż dobrze, że wraca na noc.
Biedna
Katia błąka się w tym czasie po domu i miaukoli znudzona, albo siada na pufie i
siedzi jak kupka nieszczęścia. Jeśli wychodzi, to tylko na trochę i wraca. Ona
jest nadal szczuplutka i nie ma naturalnego cieplika. Gdy Niki wraca, witają
się i obwąchują, ale już im przeszedł okres zabaw. A szkoda.
Na
skutek stresu, Katia zaczęła mi brudzić po kątach; na razie na terakotę w
korytarzu, ale i tak kilka razy umoczyłam jej nos w siuśkach i dałam po kuprze.
Pani Doktor Agata powiedziała, że można jej będzie zakupić obróżkę z feromonami
na poprawę nastroju. Na razie poprzestałam na wstawieniu z powrotem kuwety do łazienki
i jakimś odstraszającym sprayu, który rozpylam u wlotu korytarza. Na razie
działa, ale ja naprawdę nie chcę kuwety w mojej nowej ślicznej łazience!!!
Kilka
razy męczyły jakąś mysz. Raz, Katia mi
przyniosła żywy łup do domu i to przed moim wyjściem do pracy. Całe szczęście,
że myszka była trochę otumaniona, a moje meble przylegają do ściany, więc nie
mogła nigdzie umknąć. Udało mi się ją złapać przez ściereczkę i wyrzuciłam
przez płot, na działkę brata.
Raz
dostałam martwą myszkę; to podobno wyraz wdzięczności za opiekę. Chyba od
Nikity. Też ją wyrzuciłam. Może powinnam ją jakoś przygotować i dać moim łownym
kotom????
Dzisiaj
Niki wrócił, o dziwo, z porannego spaceru; pewnie mu cztery litery zmarzły w
poniedziałek i wtorek. Ale natychmiast po poczęstunku zażądał wyjścia i nie ma
go od 2 godzin. Dzisiaj jest trochę
cieplej, ale wiosna nie może się wykluć. Gdyby rano było ok. 15 stopni,
zostawiałabym cały zwierzyniec na zewnątrz, jak w dawnym czasach. A w tej sytuacji
szkoda mi ich, zwłaszcza mojego ciepłolubnego Piesia. Dla Panny Psicy jest po
prostu za zimno. Żeby już było ciepło, żeby już było ciepło!!!
Wieczorem
kotki zasypiają razem, obok siebie. Nie
jestem pewna, czy Katia później wchodzi na najwyższe piętro drapaka, jak miała
we zwyczaju dawniej. Chyba jednak tak, bo gdy rano otwieram drzwi do ich
pokoju, to wita mnie stojąc na szafce.
Chciałabym,
żeby Niki więcej czasu spędzał ze swoją siostrą, bo byłaby bardziej zadowolona.
Jeśli nadal będzie taka markotna, to zafunduję jej tę obróżkę. Chciałabym, żeby
moja kitulka była wesoła i dzielna, jak przed tą nieszczęsną przygodą na
sośnie.

