poniedziałek, 13 października 2014

Piesio i Katia & Niki



Minęły kolejne tygodnie i moje kotki mają już ok. 5 miesięcy. Katia niewiele się zmieniła – wszędzie jej pełno. Uważa, że jeśli można biegać to nie ma potrzeby chodzić. Niki jest nadal powolniejszy, ale już wskakuje na blat kuchenny i wyjada, co tam znajdzie. Ostatnio była to pierś z kurczaka, tydzień wcześniej rozmarzająca pierś indycza. Muszę pilnować, co zostawiam na wierzchu.

Piesio jest w kolejnym stadium uczuć do kotów – ignoruje je (a może nawet unika). Koty dostają po skórze, gdy zaczepiają Piesia. One znają tylko domowego pieska i Dropsik sąsiadów i chyba mają wyobrażenia, że są zwycięskie. Któregoś dnia Katia wyszła na drogę i natknęła się na pana Jurka z Dropsem. Katia wystawiła pazury, a biedny psina minął ją w odległości ponad metra. Napuszona, ale dumna wróciła do domu. A ja się boję, że może natrafić na psa-zabójcę, który nie da jej nawet czasu na wyciągnięcie pazurków, albo się ich nie przestraszy i w sekundę będzie po mojej dzielnej małej kici.
Generalnie są dzielne. Łaziły mi już po rynnach, po blaszanym dachu. Kilka tygodni temu Niki spadł lub zeskoczył z górnego tarasu i zamiauczał pod frontowymi drzwiami.

Niki jest włóczykijem i niemal codziennie wychodzi poza ogrodzenie z tyłu domu. Na polu są pewnie małe myszki i mnóstwo innych ciekawostek, ale on jest dość powolny i gdyby jakiś zabłąkany pies go pogonił, to nie da rady uciec na tych swoich krótkich łapkach. Bo mimo, że Kitulek nadgonił wzrostem siostrę, ma kształty normalnego kociaka, a Katia przypomina mi trochę Alissę II; też ma długie łapki i ADHD.
Wspinają się już po drzewach, na razie na wysokość ok. 2 m. i nie robią tego bardzo sprawnie. Może, gdyby im groziło jakieś niebezpieczeństwo, to szybciej by zmykały…

Kitulek jest nadal spokojniejszy, a Katia czasem nie wie, co ma ze sobą zrobić. Ostatnio spacerowała po moim lustrze od przedwojennej toaletki, potem zawiesiła się na lambrekinie, w końcu ją podsadziłam na moją starą szafę. Spoglądała tęsknie na moją lampę wiszącą, ale chyba stwierdziła, że nie doskoczy. Za trzecim pobytem na szafie sama z niej zeskoczyła (ok. 2 m.). Moja dzielna mała kicia. Jest przy tym taką pieszczochą. Gdy piszę na komputerze, albo siedzę, wskakuje mi na kolana i przytula łepuniek , żeby ją głaskać i po kociemu mruży oczy. Puszcza też od razu swojego mruka i niech mi ktoś powie, że koty się stresują głaskaniem (jacyś naukowcy angielscy po 20 latach badań doszli ponoć do takich wniosków !!!!).
Niki, jak to chłopak, nie garnie się na rączki. Trzeba go złapać i przytrzymać, żeby można było pogłaskać jego futerko. Często, gdy siedzę wieczorem na łóżku, a Piesio leży obok, Niki układa się niedaleko i ugniata łapkami moją wełnianą kołdrę. Katia czasem kładzie się na moment obok niego, ale za chwilę się zrywa  na nogi i gna przed siebie. Wieczorem, gdy już idę spać, przenoszę moje kitelki do pokoju wschodniego. Niki śpi w ich posłaniu, Katia najczęściej na ostatnim piętrze drapaka.

Nawet gusta kulinarne mają odmienne: Katia woli suche jedzenie, ale jada niewiele,  a Niki  lubi mokre i to on na dobre zajada 4 torebki dziennie. Oprócz tego Niki bardzo lubi mleko, co potwierdza moją teorię o graniastych kotach mlekopijach.

W pogodne weekendy i w ciągu tygodnia, gdy wrócę z pracy wypuszczam moje kotki do ogrodu, a sama siedzę na ławeczce na dolnym tarasie, popijam kawę lub herbatę i palę 2 -3 papierosy.
Przez 17 lat mieszkania tutaj, nie wysiedziałam się tyle na moich tarasach, co teraz, odkąd moje kociaki wychodzą do ogrodu !!!!!

W ostatnią niedzielę wyszłam z Piesiem ok. 8:00 rano na spacer i koło starych wierzb w polach zobaczyłam nieznanego czarnego psa. Wzięłam Piesia na smycz. Gdy pies się zbliżył, zorientowałam się, że to suka i chyba Stafford; w każdym razie z jednej z tych groźnych ras. Czarnula bez uprzedzenie skoczyła Piesiowi na kark i wpiła się zębami. Mój Piesynek zaczął skamleć, więc rzuciłam się na kolana, złapałam napastnika  za obrożę, puściłam smycz i jakoś udało mi się rozdzielić psy. Piesio oddalił się po angielsku, a ja trzymając obroże lewą ręką, prawą złapałam psa za mordę i zaczęłam walić jego nosem o ziemię. ‘Zabiję cię kurwo’ – warczałam . Potem jeszcze przyłożyłam kilka pięści po nosie.  W tym momencie wyłonił się zza krzaków właściciel i krzyknął, żebym ‘jej’ nie biła.
‘To bydle rzuciło się na mojego psa’ – wykrzyczałam.
‘Ona chciała się bawić’ – powiedział głupio mężczyzna.
‘Dziękuję za taką zabawę. Pies tej rasy nie powinien biegać luzem. Chociaż jest szczepiona?’ – zapytałam
‘Tak, tak’  - zapewnił gorliwie. ‘Ja ją tutaj w polach puszczam luzem, żeby sobie pobiegała. ‘O, proszę zobaczyć, Kaja przeprasza’ – wskazał na sukę, która trzymana na smyczy stawała na tylnych łapach.
Moim zdaniem wyglądało to bardziej na chęć wyrwania się  ze smyczy, niż przeprosiny, a w każdym razie moje psice inaczej okazywały skruchę.
‘Następnym razem, kiedy spotkamy się w takich okolicznościach, natychmiast dzwonię po Straż Miejską i nie czekam na ciąg dalszy.
Wzięłam z ziemi smycz z Piesiem i zaczęłyśmy się oddalać.
Mężczyzna jeszcze wykrzykiwał przeprosiny i w końcu zawołał „Co ja mam zrobić ???’
‘Uśpić w cholerę’ – doradziłam słodko.

I pomaszerowałyśmy z Piesiem do domu. Obejrzałam moją sunię, ale nie ma żadnych ranek. W nagrodę za dzielną postawę dostała dodatkowego smakołyka.

A tak w ogóle zastanawiam się, czy to nie był właściciel tej watahy psów, które opadły Piesia zimą. Tamten mężczyzna też wołał ‘Kaja’. Chociaż Piesia pogryzła wtedy jakaś kundlica, ale tamten człowiek miał 4 sztuki i jedną z nich mogła być ta staffordka.

W każdym razie obiecałam sobie, że znowu uzbroję się  na polne spaceru w babciną laskę i z rozkoszą przywalę między oczy.


poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Piesio i Katia & Niki



Katia jest zwinniejsza od Nikiego. Jest żywym srebrem, wszędzie jej pełno. Niki na początku był taki nieruchawy, nawet ćwiczyłam z nim kilka razy wędką, żeby nabrał szybszych ruchów i kociej zwinności. Tak sobie myślałam, że Niki jest trochę jak opóźnione dziecko, z którym trzeba pracować.
Teraz już Niki jest zwinniejszy i ładnie się bawią obydwoje, chociaż Katia nadal jest szybsza i w pogoni do zabawek zawsze wyprzedza mojego malutkiego Nikusia.
Katia ma dłuższe nogi i z niewielkim wsparciem potrafi wskoczyć na blat kuchenny. Niki siada pod blatem i czeka, żeby go podsadzić, co zawsze robię, chociaż zdaję sobie sprawę, że w ten sposób może stać się wygodnicki i kiedyś, gdy zajdzie potrzeba może sobie nie poradzić. Muszę z nimi poćwiczyć wspinaczki na drzewa, żeby wiedziały, że w razie niebezpieczeństwa mogą się schronić wysoko.
Gdy je wypuszczam na zewnątrz, Niki jest odważniejszy, zawsze pierwszy podąża w nowym kierunku. Katia porusza się z większą rezerwą. Niemniej ładnie eksplorują nowe tereny i każda roślinka służy im za zabawkę.
Bardzo się boję je wypuszczać na podwórze, bo sztachety ogrodzenia na froncie i od południa są na tyle szerokie, że mogą wyjść na zewnątrz; już zdarzało mi się wciągać Nikiego za ogon zza ogrodzenia frontowego.
Kilka razy bawiły się na górnym tarasie. Przeżywam za każdym razie dużo strachu, bo kitki biegają w najlepsze na zewnątrz balustrady, a Katia nawet chodzi po rynnach. Ale ładnie się bawią gałązkami glicynii i z przyjemnością je obserwuję. Spacery te nie są długie; trwają ok. 15 – 20 minut i kosztują mnie sporo nerwów.
Piesio już zaakceptował kotki, powiedziałabym nawet, że je aprobuje, gdyż zdobył się na sposób i opróżnia ich miseczki. Wydaje mi się, że się zaokrąglił i ograniczyłam mu śniadania. Staram się także stawiać niedojedzone jedzenie kocie wysoko. Z Agisem i Misią nie było problemów, gdyż miały swoją jadalnię na parapecie. Niki jest jednak jeszcze za mały, żeby tak skakać.
Zakupiłam WC Kici i usiłuję nauczyć moje koty korzystania z tego wynalazku. Katia już kilka razy nasiusiała do nowej toalety, ale wczoraj zmieniłam żwirek na ekologiczny i kicia ma jakieś obiekcje. Generalnie jest bardzo ciekawska i uważnie mnie obserwuje, kiedy jestem w łazience. Chciałabym, żeby obydwoje moich kociąt korzystało z WC Kici, bo mam dość ciągłego zamiatania żwirku porozrzucanego po mojej łazience. Moje poprzednie koty załatwiały swoje potrzeby na zewnątrz, więc od lat już nie miałam problemu z kuwetami itp.  Ten ciągły bałagan mnie denerwuje, chociaż nie jestem pedantką.

czwartek, 24 lipca 2014

Piesio - c.d.







Któregoś dnia w trakcie spaceru z Piesiem, Pani Beata ze Smoczej poinformowała mnie, że już są małe kotki w  Andzie. Zawitałam tam więc w jakiś weekendowy dzień, żeby je sobie pooglądać. Była cała kocia rodzina: kotka i chyba 6 małych (bez tatusiów) w sporej klatce, ale nie na taką dużą rodzinę. Kotki malutkie – wielkości dłoni. Na mój widok czarny kotek zaczął się wspinać na klatkę i wyciągać łapki do mnie. Okazało się, że to dziewczynka. Zgłosiłam akces na czarną kicię. Dano mi ją wziąć w ręce i wtedy zauważyłam, że na brzuszku, na wysokości tylnych łapek ma białą literkę ‘V’.
Po jakimś czasie w Lecznicy pojawiła się następna kotka z małymi – trochę większymi i pomyślałam, że ponieważ mnie nie ma 11 godzin w domu, to czarna kicia się zanudzi i warto dać jej kocie towarzystwo, np. któregoś z większych kotków.
………………………
Od 27 czerwca 2014 jestem właścicielką 2 kociąt, chyba niespełna 2-miesięcznych. Suma sumarum wzięłam czarną kicię i jej najmniejszego, najsłabszego braciszka, bo tylko on został z tych małych kotków i szkoda mi się go zrobiło, że zostanie sam jeden.
Dziewczynkę nazwałam Katia, a chłopczyka Nikita, zdrobniale Niki.
Gdy Piesio po raz pierwszy zobaczył kotki, które były wielkości chomików, stanął jak wryty. Kicia wysunęła łapkę z pazurkami w stronę stwora; dzielna mała kicia. Niki przydreptał na swoich malutkich łapkach do Piesia i wyciągnął pysio do góry, jakby do pocałunku. Piesio zrobił taki ruch „aaam’, jakby chciał kiciulka zjeść, więc dostał po pyszczku. Powtórzyło się to jeszcze raz następnego dnia, z tym samym skutkiem.
Przez pierwsze dni nie zostawiałam mojej trójki bez baczenia, bo nie wiedziałam, co Piesio może tym maluchom zrobić, w końcu nigdy nie był matką i może je skrzywdzić niechcący.
Po 2 tygodniach zwierzęta się ze sobą oswoiły, to znaczy kotki chyba się trochę obawiają Piesia, a on sprawia czasem wrażenie, jakby chciał się z nimi bawić: łazi za nimi – nawet pod moje łóżko wszedł, co mu się nigdy nie zdarzało, merda ogonem (aczkolwiek wiem, że to nie zawsze sympatie może oznaczać), stoi nad nimi i dyszy z emocji (a one pewnie myślą, że to smok ziejący ogniem),  biegnie do nich, gdy Niki zamiauczy (a dość często to robi, bo Katia to łobuziak i mu dokucza). Słowem, czasem wydaje mi się, że Piesio zgłupiał przez kotki.
Staram się nie ranić mojego Piesynku, ciągle go karcąc, bo zawsze mnie to wkurzało u rodziców, którzy dorobili się drugiego dziecka i ciągle strofują starsze: ‘nie dotykaj go’, nie przeszkadzaj mu’ itp. Zdarza mi się nerwowo zareagować, jak wczoraj, kiedy Piesio złapał zębami Katię za łapkę, nie sądzę żeby mocno, ale ona zapiszczała, prawdopodobnie ze strachu. Krzyknęłam i wyrzuciłam Piesia do mojej sypialni.
Generalnie jednak kociaki odmłodziły Piesia, bo już stawał się stateczną panną Piesią, a teraz znowu jest pełnym życia Piesynkiem z błyskiem w oku.
Oceniam to pozytywnie, tym bardziej, że kilka dni przed pojawieniem się kociaków w naszym domu straciliśmy Bariego, kumpla Piesia.
W trakcie remontu, który odbywał się przez kilka dni mojego urlopu, Bari zawsze przychodził do nas ok. 9:00 rano, kładł się na korze w ogródku i nikomu nie wadząc spał do 17:00. PO południu wychodziliśmy na spacer i Bari odchodził swoją drogą. Pojawiły się jednak skargi na biednego huskiego, bo wędrować czasem do Lecznicy i obszczekiwał wychodzące psy (podejrzewam, że głownie takie, co rozpoczynały jazgot na jego widok). Kilkakrotnie wzywano Straż Miejską, która karała mandatem właściciela psa. Na naszej drodze zawsze się ścierali z Dropsikiem, który – jak każdy mały piesek – jest bardzo szczekliwy i antagonizuje duże psy. Bari, który mijał obojętnie psy w trakcie polnych spacerów, na widok szalejącego z wściekłości Dropsa, też zaczynał warczeć. Pani Henia bała się, że Bari zagryzie jej pupila, przyłączyła się do oponentów huskiego i wydzwaniała również do Straży Miejskiej. W końcu właściciele odesłali Bariego, nie wiem gdzie. Pamiętam, że tamtej nocy mi się przyśnił: widziałam go jakby przez szybę i nie mogłam, jak to we śnie, mu pomóc, a zbliżał się do niego jakiś hycel z pętlą w ręku. Bari rozglądał się za możliwością ucieczki, a ja się obudziłam przerażona. Następnego dnia w trakcie spaceru z Piesiem podeszliśmy do Zajazdu, żeby się dowiedzieć, co z huskim. Właściciel rzucił ostro: ‘Uśpiliśmy go’, a gdy się żachnęłam i zawołałam: „O Boże, on mi się w nocy przyśnił’, mężczyzna dodał: ‘Nie, odesłaliśmy go, bo już miałem dość tych mandatów. Pani sąsiadka też dołożyła kamyczek do tego ogródka’.
Ja mu na to: ‘To nie tylko kwestia naszej ulicy. Bari chodził też do Lecznicy i obszczekiwał tamtejsze psy. A swoją drogą, jeśli ktoś się decyduje na takiego psa, to musi być przygotowany na kilkugodzinne spacery na rowerze, bo te zwierzęta zostały do biegania wyhodowane. To nie wystarczy wyjść 100 metrów w jedną stronę i 100 metrów w drugą, jak robiła jego właścicielka’.

I co z tego, że mam rację; Bariego nie ma i bardzo nam z Piesiem przykro z tego powodu.
Jakie smutne będą jesienne i zimowe spacery bez mojego błękitnookiego huskiego…

Daję słowo honoru, że gdybym była już na emeryturze i miała więcej czasu, popertraktowałabym z właścicielami Bariego jego odkupienie. Chodzilibyśmy na spacery, jak on lubi. Kupiłabym sobie rower, żeby nadążyć za nim. On już nie jest młodzikiem, więc może nie potrzebowałby aż tyle włóczęgi; w końcu spędzał całe dnie u mnie na działce i nie chciał uciekać. Ale w tej sytuacji nie ma szans. Czuję się tylko, że go jakoś zawiodłam. Mój piękny Bari.

piątek, 23 maja 2014

Piesio - c.d.








Wiele lat temu, kiedy Piesio był jeszcze szczeniakiem, pani Teresa – sąsiadka, która znalazła go błąkającego się przy pętli autobusowej, poinformowała mnie, że jeżdżąc rowerem do pracy, widziała na jednej z ulic konstancińskich bardzo podobnego psa. Zupełnie jak mój Piesio. Ponieważ zależało mi na dogrzebaniu się do korzeni Piesiowych, pojechaliśmy z moim skarbem w tamtą stronę. Rzeczywiście,  zobaczyłam dwie kobiety około półwieczne ze spasioną suką o maści bardzo zbliżonej do mojego Piesynka. Wysiadłam z limuzyny i zaczęłam przepytywać te panie. Nie wiem, czy sądziły, że chcę im szczeniaka wcisnąć z powrotem, czy z innych powodów, ale zarzekały się jak żaba błota, jakoby Piesio mógł mieć coś wspólnego z ich Sabiną. ‘Ona od lat nie miała szczeniaków’ – twierdziły. Na mój gust suka miała wyciągnięte sutki po niedawno wykarmionych potomkach. Ale skoro nie przyznawały się do Piesynka, to ich strata.
Może zresztą mieszkają jeszcze w pobliżu jacyś krewni Piesia, bo tuż po śmierci Alissy II widziałam w Lecznicy zdjęcie szczeniaka do adopcji o maści i łapkach zupełnie identycznych jak mojej małej suni. Łebka nie widziałam, bo zdjęcie nie było wyraźne; poza tym był na czyichś rękach, więc i nie był w całości widoczny. Chciałam go zobaczyć, ale przebywał z innymi szczeniakami w psiarni, a ja się w końcu przestraszyłam, że jak zobaczę małego Piesia, to zgłupieję i go wezmę…. A wtedy jeszcze byłam wykończona fizycznie, psychicznie i finansowo po Alissie. Teraz czasem nachodzi mnie chęć, żeby dowiedzieć się kto go adoptował i złożyć wizytę tym ludziom. Tak z ciekawości, bo przecież nie odbierałabym im pieska. Teraz już musi mieć ponad pół roku.

Pomimo, że już maj, jest zimno i deszczowo i Piesio nadal przebywa w domu, gdy jestem w pracy. Jeszcze w kwietniu, gdy było kilka ładnych, ciepłych dni, pani Henia kilkakrotnie wypuszczała małą, żeby sobie pobiegała po ogródku i poleżała na słoneczku. Może w końcu ta ciepła wiosna nadejdzie.
Póki co, Piesio wychodzi, po staremu, na poranne spacerki na jakieś 20 minut. Jeśli nie pada. W przeciwnym razie odmawia wyjścia nawet do ogródka. Chwalić Boga, ma mocne zawory i wytrzymuje do mojego powrotu.
Czasem wraca z porannego spaceru w towarzystwie Bariego. To taki husky wolno-chodzący, w rzeczywistości wabiący się Paco, ale dla mnie takie imię dla psa eskimoskiego to szczyt pretensjonalności. Jesienią i zimą, kiedy chodziłyśmy z Piesiem na wieczorne spacery po oświetlonych ulicach na pograniczu z Konstancinem, Bari do nas dołączał. Piesio się czuł z nim dobrze, ja też bezpieczniej. Kilka razy dzwoniłam do zajazdu, w którym Bari mieszka i prosiłam o zgodę na zabranie go na spacer. Potem się zorientowałam, że ten pies nawet zamknięty, gdy zechce wyjść, to wyjdzie. Nie wiem, czy przeskakuje przez ogrodzenie, czy ma jakąś dziurę w płocie, ale zawsze do nas potrafił dołączyć.
Kilkakrotnie Bari przychodził po spacerach do nas i dostawał kawałek kabanosa (byle czego nie jada). W największe mrozy zimy polegiwał czasem u nas ze dwie godziny (w salonie) i gdy pora było się zbierać spać, Piesio schodził z góry i ‘wyszczekiwał’ huskiego za drzwi.
Kiedyś wieczorem spotkałyśmy Bariego z jego panią. Taka młoda bezmyślna kobieta, która wzięła psa dla urody, bez zastanowienia się, czy będzie mogła sprostać oczekiwaniom tej rasy. Zaczęła mnie opieprzać, że wabię jej psa i zatrzymuję na noc. Wyjaśniłam jej, że jako samotne białogłowy, nie tolerujemy męskiego towarzystwa na noc, ale nie wiem, czy uwierzyła. Pospacerowała z huskim ze 20 minut i zaczęła gwizdać na niego do powrotu. Ja tam nie gwizdałam, tylko skręciłam w naszą uliczkę i się obejrzałam na psa. Poszedł za nami, a ja miałam wielką satysfakcję, że głupia pinda została z niczym. Powinna mi raczej podziękować, że zabieram jej psa na spacer, kiedy ona nie ma czasu.
Teraz Bari też czasem przychodzi. Jeśli jestem w domu i wybieramy się na spacer, to idziemy razem. Z przyjemnością go obserwuję jak biega po polach. Cudna rasa. Kiedyś bardzo chorowałam na huskiego, ale znajomy mi wyperswadował ten krok: ‘On będzie ci uciekał przez ogrodzenie, a ty będziesz traciła nerwy chodząc i szukając go’. Doradził mi wtedy łajkę, ale ta rasa nie jest chyba hodowana w Polsce. Ale tak, na dochodne, Bari jest wspaniałym kompanem.
Kilka dni temu znów zawitał do nas z rana. Dostał kabanosa i byłam pewna, że wyjdzie, gdy będę wyjeżdżać do pracy. Ale Bari ani myślał wyjść. Gdy chciałam go wypłoszyć mopem, zaczął bawić się ze mną i ganiać wokół samochodu Pawła. Stwierdziłam, że jak nie to nie i pojechałam. Piesio został na zewnątrz, bo zrobiło się już dostatecznie ciepło.
Byłam pewna, że Bari wyjdzie z Pawłem, nawet dzwoniłam, żeby się dopytać, czy wypuszczał huskiego. Zaprzeczył, żeby go widział, a ja się zaczęłam zastanawiać, czy Bari przesadził nasze ogrodzenie. Po powrocie ok. 17:00 Piesio i Bari powitali mnie w najlepszej komitywie u bramy. Bari  zjadł znów kawałek kabanosa, schłodził się nieco w salonie i odszedł huskim truchtem. Nawet już nie czekał na spacer z nami.  No cóż, pospał sobie psina u nas w spokoju i ciszy.

 
 



sobota, 3 maja 2014

Piesio - c.d.





Na początku października miałam z pracy wyjazdowe szkolenie i martwiłam się, kto się zajmie moim Piesynkiem i Agisem pod moją nieobecność.
Całe szczęście moja uczynna sąsiadka podjęła się tego zadania. Naszykowałam wszystko dla mojej menażerii, żeby Pani Henia nie musiała już tracić czasu na przygotowania. Wydaje mi się, że obie strony nie miały powodów do narzekań. Zwierzęta były zadbane, a sądzę, że nie dały się we znaki swojej opiekunce.

W połowie listopada uśpiłam Agisa. Ten przeklęty guz zamorzył go, jakby powiedziała moja Babcia. Był tak wychudzony, że gdyby go zmoczyć, wyglądałby jak szkielet powleczony zmatowiałym futerkiem i z tym guzem wielkości mojej całej dłoni za łopatką. Miał już takie zmęczone, smutne oczy.
Piesio oczywiście nie  odczuł odejścia naszego kota. Nigdy nie był sentymentalny. Pławił się i nadal się pławi w pozycji jedynaczki.

Sylwestra spędziłyśmy w swoim towarzystwie i dobrze, że byłam w domu. Piesio nigdy nie reagował na fajerwerki, w odróżnieniu do obydwóch dużych suń.  Zawsze stawiałam go jako przykład dostojnego zachowania. Może to obecność większych psów działała na Piesia uspokajająco ???? Nie wiem. W każdym razie Sylwester 2013 był ciężkim egzaminem dla mojego małego Piesynka. Nie dość, że hołota zaczęła kanonadę już koło 15:00 i waliła równo cały czas, to tuż przed północą i przez prawie godzinę po północku miało się wrażenie, że wybuchy są na naszym podwórzu. Było bardzo głośno. Gdy wychodziłam na papierosa,  Piesio bał się zostać sam w domu, a z kolei na zewnątrz trwała kanonada. Około 1:30 poszłyśmy spać i moja dziewczynka przytulona do mnie pod kołdrą, wreszcie się uspokoiła i zasnęła.

Zaczęłam na serio rozmyślać nad separacją od łoża z Piesiem. Tak się rozpycha i cała pościel oraz moja piżama są powleczone futerkiem… Zakupiłam mu legowisko przed Wielkanocą, ale dotarło dopiero po Świętach.
Wymierzałam fotel, na którym poleguje moje zwierzątko i wydawało mi się, że 60 cm x 55 cm mu wystarczy. Ale gdy rozpakowałam łóżeczko i umieściłam tam Piesia, to tak jakby….. po 10 cm więcej  z każdej strony by nie zawadziło. 
Ale nie wymieniałam legowiska na większy egzemplarz. Piesio nie chce słyszeć o innym legowisku, a obawiam się, że w wieku 10 lat odzwyczajać moją małą sunię od mojego łoża (które ona uważa pewnie za swoje, użyczane mi łaskawie na kilka godzin nocnych), to trochę poroniony pomysł.
Pomyślałam również, że może kiedyś będę miała kota, to się przyda.
I właśnie….
Byłyśmy z Piesiem 2 tygodnie temu w Lecznicy, bo chciałam, żeby pierwsza miłość Piesia – Doktor Małgosia go zobaczyła; Pani Doktor wróciła po swoich urlopach do pracy. 
Na wejściu zważyłam Piesia i okazało się, że tylko 14 kilo, wiec na widok Doktor Danuty zakrzyknęłam: ‘Pani Doktor, Piesio waży tylko 14 kilo’. ‘Właśnie widzę, że ma takie wcięcie w talii’ – odparła uprzejmie Pani Doktor.
Po czym zaczęłyśmy rozmowę o zwierzakach. Pani Doktor zauważyła, że mizerny ten mój dobytek  aktualnie, bo tylko Piesio  i ona myśli nad wzbogaceniem mojego stanu posiadania. ‘Pani Doktor – ja na to – Agis tak mi się dał we znaki w trakcie swoich ostatnich miesięcy, że mam dość kotów na jakiś czas. Jeśli chodzi o psy, to chciałabym dużego psa, ale mnie nie ma 11 godzin w domu i po śmierci mojej Cioci, ten zwierzak byłby sam tyle czasu. Pomyślałam, że za 4 lata, gdy przejdę na emeryturę i będę na chodzie, to jakąś następczynię moich Alissek sobie wezmę’.
‘Rzeczywiście, gdy Cioci już nie ma, to z psem byłby kłopot – Pani Doktor na to. – Ale jakiś kot przydałby się Pani. Ja będę miała za 2 miesiące małe koty. Bo teraz jest jeden rudy dziki i ten szary  (wskazała na zdjęcie na tablicy ogłoszeń), też pół dziki. A ja bym Pani dobrała coś szczególnego’.
‘Ja w czerwcu będę miała urlop, to mogłabym go w tym czasie przyuczyć’ – powiedziałam, już rozmyślając o nowym zwierzątku.
‘A ja mogłabym go trochę potrzymać tutaj, aby się nauczył korzystać z kuwety’ – stwierdziła Pani Doktor.  ‘Wie Pani, one w tych niewielkich klatkach bardzo szybko się uczą’.
‘No to zobaczymy’ – stwierdziłam. ‘Wolałabym dziewczynkę, bo są mądrzejsze’
‘Ludzi na ogół wolą koty, więc dziewczynek nie zabraknie’ – pocieszyła Doktor Danuta na odchodnym.
No i myślę, już zupełnie na serio nad małym kotem. Kociaki są takie słodkie, tylko niestety za szybko rosną. Ale trudno. Mam nadzieję, że nie trafi mi się taki biegający po firankach.
Piesio jeszcze nic o moich planach nie wie. I po co ma się denerwować zawczasu.


Piesio - c.d.


W marcu 2013 u Alissy II pojawił się pierwszy atak padaczki. Choroba była od początku pod kontrolą VET-ów i leczona, ale ataki pojawiały się mniej więcej co 3 tygodnie i były to tzw. ataki  gromadne. Moim zdaniem były zbyt częste i takiegoż zdania byli weterynarze. Ciągle pracowaliśmy nad wydłużeniem czasu między atakami zwiększając dawki leku i wprowadzając nowe leki.
W trakcie pierwszego ataku Piesio był przerażony i najwidoczniej szukał mojej pomocy, bo przybiegł po mnie. Z czasem jednak ataki mu spowszedniały, a nawet zaczęły budzić w mojej łagodnej psinie jakieś wrogie uczucia, bo jakoś w czerwcu, gdy duża sunia leżała w drgawkach na ziemi, Piesio rzucił się na jedną z jej tylnych nóg i zaczął gryźć. Dostał klapsa, ale po chwili ponowił akcję. W trakcie następnego ataku, w lipcu, sytuacja się powtórzyła.
Pytałam VET-ów, co taka reakcja może oznaczać,  ale nie potrafili mi odpowiedzieć. Usiłowałam sobie tłumaczyć, że może nie rozumiejąc powodu drgawek Alissy, chciał ją obudzić z jej transu….
Po dziś dzień nie wiem, co to miało znaczyć.
Gdy ataki się powtarzały, a ja ruszałam na ratunek Alissy i faszerowałam ją lekami i aplikowałam wlewki z relsedu, Piesio nauczył się już nie pętać mi pod nogami i często się zwijał w kłębek i spał.

Lato 2013 upłynęło nam w cieniu ataków padaczki i operacji Agisa (mojego rudego kota), u którego stwierdzono złośliwego guza po łopatką. Biedny kocina był krojony 2 razy i to kurewstwo za każdym razem odrastało; w końcu lipca miał już nacieki na płucach.

Jedyny Piesio, który trzymał mi się zdrowo i cało i niech tak pozostanie.
Piesio urodził się w 2005, więc żyje na świecie już kilka lat, ale ponieważ jest bardzo żywy i zachowuje się jak szczeniak, często zapominam, że jest on już stateczną panią. Tylko po ślepkach widać, że nie są już oczkami młodego psiaka. Często, gdy układamy się do snu i patrzę na tą szaro-czarną mordkę, mówię do mojego Piesynka: ’Nie zostawiaj mnie Piesiu, bo mi serce pęknie, gdyby miało ciebie zabraknąć’.  I naprawdę tak myślę, bo bardzo kocham mojego Piesia.

Dekolt miał Piesio zawsze jakiś taki pomarszczony i często żartowałyśmy z Ceci, że powinien używać dobrych kosmetyków.
Gdy siedzi, np. w samochodzie, dumnie wyprostowany z klatką piersiową wysuniętą do przodu, wygląda trochę jak WC Peaker. Piesio jest w ogóle rasistą i uważa kundle za gatunek gorszy od niego, niewart nawet spojrzenia. Kiedyś dokarmiałam takiego opuszczonego przez pana psiaka na Piaskowej; pan zjawiał się raz w tygodniu i zostawiał jakieś byle żarcie, a wszyscy sąsiedzi z całej ulicy utrzymywali Miśka w międzyczasie. Kiedyś tam pojechałam z Piesiem, biedny Misiek machał ogonem i okazywał zainteresowanie moim pasażerem, a ten siedział, właśnie jak WC Peaker i nawet wzrok mu nie powędrował w stronę zabiedzonego kundla zza bramy.
Taki to mały szowinista.

niedziela, 6 kwietnia 2014

Piesio - c.d.



Piesio, jako małe stworzenie jest szczekliwy i hałaśliwy, ale to tylko pozory. Wystarczy, aby mój gość usiadł na kanapie i Piesio już się zaczyna podlizywać, szturchać łapką, aby go głaskano i pieszczono. Tylko szuka okazji, aby dostać się pod pachę i poprzytulać. Najwidoczniej uważa,  że ludzie przychodzą w odwiedziny, żeby jemu było przyjemnie. Na wyścigi z Alissą adorowały zawsze moich gości, ale wystarczył jeden krok w kierunku drzwi czy furtki i rozpoczynał się harmider.  W salonie było to prawie nie do wytrzymania.

Nie wiem, czy to zabieganie o ludzkie pieszczoty to cecha wszystkich psiaków, czy jest ona zwłaszcza rozwinięta u takich, które były bezpańskie przez jakiś czas, jak moje dziewczynki. Kilka miesięcy temu sąsiadka na winklu, od której kiedyś Piesio przydreptał do mnie, a której pies Prezes odszedł w zeszłym roku po ukąszeniu kleszcza, sprawiła sobie czarną sunię. Przybłędę. Spojrzałam na psiaka, trochę większego od lisa i stwierdziłam, że ma za małe ślepka i moje wszystkie dziewczynki były urodziwsze. I pewnego wieczora, gdy szłam z Piesiem na spacer, a psinka nas gorliwie obszczekiwała, wsadziłam rękę w rękawiczce pomiędzy sztachetami ogrodzenie, a ona przywarła mordką do mojej dłoni …..  Tak mi przypomniała moją Alissę, do której przecież absolutnie nie jest bpodobna z wyglądu, ale ta jej prośba o akceptację. Zdobyła moje serce i chociaż uważam, że imię ma bardzo pretensjonalne (Tina!!!!!), zawsze, gdy przejeżdżam, zatrzymuję się obok i gładzę ją po łebku i daję kawałek kabanosa. Wykształcił się u Tinki odruch Pawłowa i gdy słyszy mój samochód – biegnie i już się oblizuje.  

Ale wybiegłam za daleko do przodu.
Całe lato 2013 upływało nam od jednego ataku padaczki Alissy do następnego. W tym czasie psica zrobiła się bardziej agresywna w stosunku do Piesia. O ile wcześniej ładnie się bawiły w domu i na podwórzu, a tylko na spacerach Alissa na niby atakowała Piesia i zachęcała go do zabawy, teraz odnosiłam wrażenie, że chce go zaatakować naprawdę. Już się nie zatrzymywała przed nim, ale zwalała go z nóg i przebiegała po moim małym Piesynku. Alissa była ponad dwukrotnie cięższa od Piesia; po lekach przeciwpadaczkowych miała apetyt i przytyła trochę.  Piesio był jak takie zahukane dziecko; już nie biegał na boki między drzewa, tylko biegł prosto przed siebie naszą stałą dróżką.
We wrześniu 2013 odeszła moja Alissa II w ataku padaczki. Sunia, po ostatnich atakach, które nie ustąpiły do końca, przebywała w Lecznicy i tam serce jej przestało bić; sądzę, że nie wytrzymało tych wszystkich napięć i leków. Miała tylko 5 lat, w tym 3 u mnie.
Pani Doktor Agata powiadomiła mnie o tym, gdy jechałam samochodem do domu, więc od razu podjechałam do Lecznicy. Pani  Doktor mówiła, jak jej przykro, a do mnie to nie docierało. Zaczęłam ją pocieszać, powiedziałam, że przyjadę zabrać Alissę później i dopiero, gdy siedziałam już w samochodzie, zrozumiałam, że Alissy już nie ma i zaczęłam płakać.  
Gdy dotarłam do domu, okazało się, że Piesio, który tylko 2 razy w życiu jako szczeniak nasiusiał w przedpokoju, bo nikt nie słyszał jego powarkiwań, nabrudził w mojej sypialni i to w kilku miejscach. Nie wiem, czy zwierzęta mają telepatię. Pomyślałam, że może Piesio wyczuł, że coś złego się stało z Alisską... 
Posprzątałam i  poszłam do ogrodu wykopać grób dla suni.
Potem wzięłam Piesia na spacer.  W drodze powrotnej spotkałam Mariusza, syna sąsiadki i poprosiłam o pomoc w pochowaniu Alissy, gdy ją przywiozę.
Nie wiem, jak zwierzęta żegnają swoich kompanów. Gdy odeszła Alissa I, Piesio siedział w domu i nigdy później nie wydawało mi się, żeby odczuwał jej brak.
Teraz, gdy Alissa II leżała owinięta w koc nad grobek, Piesio podszedł, obwąchał jaj głowę i szczeknął. Nie wiem, czy to oznaczało pożegnanie. Tak jak w przypadku poprzedniej psicy, tak i tę, wydaje się, natychmiast zapomniał. Gdy chodziłam na grób Alissy, Piesio podchodził ze mną, ale nie węszył i nie szukał jej.  Po ostatnich miesiącach psicowych prześladowań, raczej trudno było oczekiwać po Piesiu wielkiej rozpaczy. To ja płakałam i to przez wiele, wiele miesięcy.

środa, 26 marca 2014

Piesio - c.d.




W marcu 2013 u Alissy II pojawił się pierwszy atak padaczki. Choroba była od początku pod kontrolą VET-ów i leczona, ale ataki pojawiały się mniej więcej co 3 tygodnie i były to tzw. ataki  gromadne. Moim zdaniem były zbyt częste i takiegoż zdania byli weterynarze. Ciągle pracowaliśmy nad wydłużeniem czasu między atakami zwiększając dawki leku i wprowadzając nowe leki. 
W trakcie pierwszego ataku Piesio był przerażony i najwidoczniej szukał mojej pomocy, bo przybiegł po mnie. Z czasem jednak ataki mu spowszedniały, a nawet zaczęły budzić w mojej łagodnej psinie jakieś wrogie uczucia, bo jakoś w czerwcu, gdy duża sunia leżała w drgawkach na ziemi, Piesio rzucił się na jedną z jej tylnych nóg i zaczął gryźć. Dostał klapsa, ale po chwili ponowił akcję. W trakcie następnego ataku, w lipcu, sytuacja się powtórzyła.
Pytałam VET-ów, co taka reakcja może oznaczać,  ale nie potrafili mi odpowiedzieć. Usiłowałam sobie tłumaczyć, że może nie rozumiejąc powodu drgawek Alissy, chciał ją obudzić z jej transu….
Po dziś dzień nie wiem, co to miało znaczyć.
Gdy ataki się powtarzały, a ja ruszałam na ratunek Alissy i faszerowałam ją lekami i aplikowałam wlewki z relsedu, Piesio nauczył się już nie pętać mi pod nogami i często się zwijał w kłębek i spał.

Lato 2013 upłynęło nam w cieniu ataków padaczki i operacji Agisa (mojego rudego kota), u którego stwierdzono złośliwego guza pod łopatką. Biedny kocina był krojony 2 razy i to kurewstwo za każdym razem odrastało; w końcu lipca miał już nacieki na płucach.

Jedyny Piesio, który trzymał mi się zdrowo i cało i niech tak pozostanie.
Piesio urodził się w 2005, więc żyje na świecie już kilka lat, ale ponieważ jest bardzo żywy i zachowuje się jak szczeniak, często zapominam, że jest on już stateczną panią. Tylko po ślepkach widać, że nie są już oczkami młodego psiaka. Często, gdy układamy się do snu i patrzę na tą szaro-czarną mordkę, mówię do mojego Piesynka: ’Nie zostawiaj mnie Piesiu, bo mi serce pęknie, gdyby miało ciebie zabraknąć’.  I naprawdę tak myślę, bo bardzo kocham mojego Piesia.

Któregoś letniego poranku, gdy wypuściłam moje dziewczynki na samotny spacer, Alissa wróciła po pewnym czasie na moje wołanie, a Piesia nie było widać, ani słychać. Zdenerwowana, nawoływałam coraz głośniej. W końcu Piesio wrócił, ale wlokąc za sobą tylne łapki. Serce mi stanęło w piersi z przerażenia. Złapałam go na ręce (pomimo 15 kilogramów wagi) i zaniosłam do domu. Tam zaczęłam go oglądać. Nic nie zauważyłam, żadnego skaleczenia. Pomimo 5:30 rano zadzwoniłam do Lecznicy i sumitując się Doktor Danucie, wyjaśniłam, co się dzieje. Spytałam o całodobową klinikę dla zwierzaków. Pani Doktor podała adres na Puławskiej, ale niezbyt dokładny. Wsadziłam Piesia do dryndy i pojechałyśmy. Nie bardzo wiedziałam, gdzie tej kliniki mam szukać, więc parę razy zawracałam. Zadzwoniłam jeszcze raz do Doktor Danuty i prawie ją opieprzyłam, że nie zna dokładnego adresu... Mam fatalne maniery i w zdenerwowaniu schodzi ze mnie ta lekka politura ogłady,  jaką udało się moim rodzicom mi zaszczepić.
W końcu znalazłam poszukiwaną klinikę. W międzyczasie zadzwoniłam do szefowej w pracy i poinformowałam, że 'mojej małej  coś się stało i jadę z nią do lekarza'.  Spoglądając na tylne siedzenia na Piesia, zauważyłam, że może już poruszać tylnymi łapkami, ale chciałam, żeby go przebadał lekarz. Zasapałam się niosąc mój ciężki skarb do kliniki. Pani doktor obejrzała Piesynka i stwierdziła, że przypuszczalnie go coś ukąsiło i jad spowodował chwilowy paraliż tylnych łapek. Teraz już nie było żadnych oznak niedowładu.
Tytułem przeprosin dla Doktor Danuty za moje grubiaństwo zaniosłam małą bombonierkę.

Dekolt miał Piesio zawsze jakiś taki pomarszczony i często żartowałyśmy z Ceci, że powinien używać dobrych kosmetyków.
Gdy siedzi, np. w samochodzie, dumnie wyprostowany z klatką piersiową wysuniętą do przodu, wygląda trochę jak WC Peaker. Piesio jest w ogóle rasistą i uważa kundle za gatunek gorszy od niego, niewart nawet spojrzenia. Kiedyś dokarmiałam takiego opuszczonego przez pana psiaka na Piaskowej; pan zjawiał się raz w tygodniu i zostawiał jakieś byle żarcie, a wszyscy sąsiedzi z całej ulicy utrzymywali Miśka w międzyczasie. Kiedyś tam pojechałam z Piesiem, biedny Misiek machał ogonem i okazywał zainteresowanie moim pasażerem, a ten siedział, właśnie jak WC Peaker i nawet wzrok mu nie powędrował w stronę zabiedzonego kundla zza bramy.
Taki to mały szowinista.

niedziela, 16 marca 2014

Piesio - c.d.






W sierpniu 2010 odeszła Ceci i moje zwierzaki zostawały same na 10 godzin, a kiedy zaczęłam dojeżdżać kolejką do pracy, zrobiło się prawie 11 godzin. Piesiowi to za bardzo nie przeszkadzało – po prostu rozkładał się spać na słoneczku lub wchodził do swojej budki na werandzie, kiedy pogoda mniej dopisywała.
Alissa II była bardziej nieszczęśliwa. Ona miała ADHD i ją po prostu nosiło, a Piesio tylko czasem miał ochotę na wspólne harce.
W październiku w mieszkaniu Ceci zamieszkała zaprzyjaźniona para ukraińska. Na początku obydwoje rano wychodzili do pracy, ale z czasem Wołodia coraz to rzadziej pracował i jedyny plus tego był taki, że moje zwierzaki miały towarzystwo.  Wołodia najczęściej oglądał telewizję, Piesio wylegiwał się pod jego kołdrą i świata bożego nie widział i  nie słyszał. Kiedyś po powrocie z pracy wołałam  go na spacer z Alissą, ale nie reagował. Poszłyśmy więc z panna psicą same i zauważyłam, że zupełnie inaczej, normalnie Alissa się zachowuje, gdy jest tą jedyną.

Jakoś jesienią wyjeżdżałam służbowo na 2 dni i Markiz przyjechał, żeby nakarmić wieczorem moje zwierzaki. Luda dokładnie patrzyła, jak przygotowuje im kolację i następnego dnia, gdy długo nie wracałam, sama nakarmiła moją menażerię.

W międzyczasie nadeszła już ostra zima i duża psica zamieszkała z nami w domu, bo Wołodia ciągle powtarzał,  że ‘Alissa chce do chaty’. Ostatni powód wyższości Piesia nad Alissą zniknął tym sposobem.
Dotychczas Piesio spał noc na fotelu, ale z czasem zaczął  mnie nawiedzać w moim  łóżku w weekendy, kiedy dłużej się wylegiwałam. Ponieważ nie protestowałam – zaczęłam go odnajdować w moich piernatach, gdy w nocy wracałam z łazienki. Aż w końcu nadszedł ten wieczór, kiedy Piesio skierował swoje kroki do mojej sypialni i tylko mnie obserwował spod oka.
Nie zaprotestowałam i tak Piesio po dziś dzień dzieli moje łoże, co jest cudowne w zimie (zwłaszcza, że ja nie ogrzewam sypialni), ale w upalną letnią noc chętnie zrezygnowałabym z tego ciepłego futerka przyklejonego do mnie.

czwartek, 13 lutego 2014

Piesio - c.d.









Piesio w okresie letnim cały czas wykopywał jakieś dołki. Pracowicie je zasypywałam, ale z dołkami psimi jakoś tak bywa, że jakby człowiek się nie starał, nigdy w całości go nie zakopie i zawsze ziemi zabraknie. W pewnym czasie uparł się na kopanie jamek pod jałowcem przy studni. Alissa też czasem jamy kopała, ale ona w celu ochłodzenia się w wilgotnej ziemi w upalne dnia. Jaki był cel Piesia, to tylko on wiedział.
Zakupiłam jakiś poradnik w Internecie zatytułowany ‘Posłuszny pies’, w którym była cała masa mądrości na temat wychowywania psów i jeden fragment mi podpasował, właśnie taki o kopaniu dołków. Poradnik radził, aby w dołku zakopać psie odchody. Spróbowałam i poskutkowało.
Potem poradnik przekazałam koleżance, której córka nabyła zwariowanego yorka. Nie wiem, czy jakieś cenne rady wykorzystała. Zgodnie z ostatnimi wieściami, jaki mam o Diego, jest on nieodmiennie zwariowany.

Nie wiem, jak odczuwają psy. Nieraz czytałam, że pies tęsknił za zmarłym panem, czy innym zwierzęciem.
Nie wiem, jak to wygląda u Piesia, gdyż nie wydaje mi się specjalnie sentymentalny.
W lutym 2008 odszedł mój Tata, którego Piesio bardzo lubił. Nieraz pakował się Papie pod pachę na kanapie i wpatrywał w niego jak mała wnuczka zasłuchana w opowiadającego bajkę dziadka; rzec by można, że spijał każde słowo z jego ust. I naraz Tata przestał przyjeżdżać i Piesio ….nic. Pamiętam, jak wieczorem po śmierci Taty siedziałam na werandzie i paląc papierosy płakałam i skarżyłam się Piesiowi: ‘Papki już nie ma, już nie wróci’, a on tylko lizał mnie po twarzy, ale nie sądzę, żeby rozumiał i podzielał moją stratę.
W maju tego samego roku odeszła Misia. Miała FIV-a, koci odpowiednik HIV i po półtora roku leczenia i walki o jej życie, musiałam skapitulować wobec kompletnego braku odporności mojej kici, kiedy pięć kolejnych antybiotyków nie pomagało jej. Nie chciała jeść ani pić. Nie było już możliwości dalej walczyć i ją męczyć. Trzeba było podjąć decyzje o eutanazji.
Piesio nie był specjalnym fanem moich kotów, więc zniknięcie Misi też go nie obeszło. 



W 2008 co pewien czas wychodził Piesiowi na lewym oku tzw. gruczoł trzeciej powieki; wychodziła mu w wewnętrznym kąciku oka taka różowa kula, która po pewnym czasie się wchłaniała, ale dopóki to nie nastąpiła (kilka godzin), ślepek nie wyglądał specjalnie ładnie. Przepisano Piesiowi krople Decortinef i zapuszczałam mu codziennie. W grudniu 2008 gruczoł wyszedł znowu i nie chciał się schować. Zatelefonowałam do ANDY i tam stwierdzono, że trzeba Piesiowe  oczko zoperować. Wypadło na Wigilię; zawiozłam sunię do Lecznicy przed pracą, a Agnieszka ją odebrała, gdy jechała do nas. Do dziś czasem wychodzi gruczoł na drugim ślepku, ale na ogół szybko się wchłania.
 
W kolejnych latach straciliśmy Alissę I (luty 2010) i powiedziałabym, że Piesiowi prawie skrzydła urosły. Jak dumnie paradował na spacerach przede mną. Jak głośno szczekał, gdy wieczorem wychodziłam na werandę na papierosa. Wszyscy musieli słyszeć, że dzielny Piesio czuwa.
Tylko ja niewdzięczna, nie czułam się zbyt pewnie tylko z Piesiem, gdy Ceci coraz częściej przebywała w szpitalu.  Na działce pojawił się więc maju nowy nabytek – Alissa II, dwuletnia mieszanka owczarka niemieckiego z dogiem (chyba, bo była bardzo wysoka i smukła) po przejściach, a Piesio uznał to za osobistą obrazę. Przywitał biedną sunię szczekaniem i warczeniem.  Z premedytacją pokazywał, że on jest domowym pieskiem, podczas, gdy Alissa pozostawała na zewnątrz. Gdy wychodziłyśmy na spacery, po staremu przejmował przywództwo naszej grupy. Alissa na razie była zbyt niepewna, aby walczyć o palmę pierwszeństwa; nawet nie szczekała przez pierwszy tydzień. Po tygodniu, czy dwóch, sunia nabrała pewności i to ona biegała jako pierwsza, a mały Piesynek musiał zadowolić się drugim miejscem, czasem tylko udawało mu się wysforować na czoło.
W trakcie pierwszych dni obie dziewczynki raz starły się ze sobą, bo Alissa zazdrościła Piesiowi budy na werandzie i usiłowała się do niej dostać. Skończyło się na warczeniu i szczekaniu; nie wiem, czy zęby też nie były w robocie, ale krew się nie polała. Sunia była po prostu za duża na Piesiową budę i tylko kawałek progu budy się odłamał.
Po jakiś czasie Piesio uznał prymat Alissy i nawet fajnie się bawiły na werandzie, tak jak poprzednio z jej poprzedniczką.
Gdy rano wypuszczałam je o godz. 5-tej na samotny spacer, to Piesio przejmował przywództwo, jako ten bardziej bywały, a Alissa podążała za nim.  Ona też raczej zaganiała go powrotem do domu, gdy je wołałam lub gwizdałam na nie.

niedziela, 9 lutego 2014

Piesio - c.d.







Jako się rzekło, mój Piesio jest w prostej linii potomkiem niebieskiego psa gończego z Gaskonii i ma nawyki psa myśliwskiego. Poza tropieniem bażantów w zaroślach, przepięknie nosi smycz w pysiu, jakby to była upolowana i wyłowiona z wody kuropatwa. Potrafi tak, z dumnie uniesionym łebkiem i łupem, tzn. smyczą, biec kilkadziesiąt metrów. Niestety, nie jest stały w swoich zamiarach i po pewnym czasie upuszcza łup i jego pańcia musi się schylić  i go podnieść.

Każdy ruch sygnalizujący perspektywę spaceru jest powodem do radosnego skowytu i poszczekiwania. Wszystkie moje psice tak reagowały, obie Alissy i Piesio także. Żeby móc się spokojnie ubrać w zimie, muszę Piesiowi założyć kolczatkę i dać mu w zęby smycz, którą natychmiast zaczyna gryźć. Nie wiem, ile smyczy pogryzł już od chwili, gdy zawitał w moje progi.
Nie tylko smycze; kiedyś Ceci tak mnie postraszyła, że wożę Piesia na tylnym siedzeniu bez zabezpieczenia, a w przypadku hamowania może mu się przytrafić nieszczęście, że kupiłam mu szeleczki, żeby go przymocowywać do kanapy. Nie pamiętam już ile razy miał je na sobie, nim je pogryzł; podejrzewam, że palców jednej ręki by mi starczyło do tych rachunków.

Z Piesiowych zniszczeń mogę wyliczyć: mój jeden but, kapcie Markiza, mój palcat (szpicruta, pamiątka po moich wyczynach jeździeckich), kilka egzemplarzy różnych złączek i szybko-złączek do węża ogrodowego i narożnik mojego dywanu we wschodnim pokoju (ale tylko 1 centymetr). Dodatkowo jeszcze kabel do ładowarki do telefonu, ale tutaj muszę go usprawiedliwić, że chyba mu się kabelki pomyliły, bo dałam mu do rozpracowania przepalone lampki choinkowe, a obok leżała na podłodze ładowarka; mógł się kilkumiesięczny psina pomylić, prawda?

W pierwszym roku pobytu Piesia u nas był on dużym łobuziakiem. Nudził się, więc kopał, gryzł i najwidoczniej oczekiwał pochwał, bo zawsze z niesłabnącym entuzjazmem witał się ze mną po moim powrocie z pracy. A ja tylko obchodziłam posesję i patrzyłam, co tego dnia narozrabiał. Z perspektywy czasu te wszystkie przewinienia nie wydają się takie wielkie, ale wówczas byłam zdesperowana wielokrotnie. Kiedyś zamknęłam Piesia na czas mojego pobytu w pracy w małej zagrodzie przy garażu (ok. 4 m2), wyposażając go w wodę do picia i jakiś chodniczek do leżenia.  Po powrocie przywitał mnie cały radosny, bo wyciągnął sobie ze stojącego tam regału kawałek pniaka do kominka i go obrabiał ząbkami cały dzień.
Najgorsze było to, że sama się uparłam na zaadoptowanie Piesia i nie wypadało się skarżyć. A Piesio był po prostu młodym, pełnym energii szczeniakiem i, skoro mu nie zapewniono bony do opieki, chciał sobie jakoś czas zorganizować.

sobota, 8 lutego 2014

Piesio - c.d.



Mój Tata nazywał Piesia ‘Kundek’; zdrobnienie od niemieckiego ‘kunde’ – pies.
Nieraz, gdy odwoziłam Tatę i Marylę po pobycie u nas do Metra Wilanowska, Piesio oczywiście musiał jechać z nami. Tata siadywał na miejscu pasażera, Maryla z tyłu, a Piesio stojąc tylnymi łapkami na kanapie, wspinał się przednimi na ramię mojego rodzica i wylizywał mu łysinkę. Po pewnym czasie Tata komenderował: ‘Kundek, spokój’ i Piesio zwijał się w kłębek obok Maryli i zasypiał.
Piesio, jak pisałam, uwielbiał jazdę samochodem. Kiedyś wyjeżdżałyśmy z Ceci na kilka godzin w sobotę i Piesio wpakował nam się do samochodu. Załatwiałyśmy wiele spraw i Piesio spędził w samochodzie ok. 7 godzin. Gdy wracałyśmy, siedział już bardzo zmęczony i znudzony na tylnym siedzeniu i nawet przez okno nie chciało mu się wyglądać. Zupełnie jak małe zmęczone dziecko.
Sądziłyśmy, że jego entuzjazm do motoryzacji minie po tej wyprawie, ale nie. Przy następnym wyjeździe był gotów nam znów towarzyszyć.
Piesio miał zasadę (nadal ją ma): do pracy mogę jechać sama, ale każdy wyjazd poza pracą musi być w jego towarzystwie. Nieraz jadąc coś załatwić w upalny dzień i wiedząc, że zamęczyłby się w samochodzie, tłumaczyłam mu, że nie może jechać i w ostateczności – wyrzucałam z samochodu, ale zawsze było mi go żal. Zawsze wtedy obszczekiwał mnie przez ogrodzenie i miał, podobno, łzy w ślepkach, jak twierdziła Ceci.

Kiedy nadeszło znowu lato, wydumałam sobie, że zabiorę moje dziewczyny na glinianki. Obydwie z lubością pławiły się w bajorze na Niesieble i oczami wyobraźni widziałam moje psice taplające się w czystej wodzie.
Ponieważ Alissa I nie jeździła samochodem, wybraliśmy się na piechotę wraz z Kumplem. Był to poroniony pomysł.  To ok. 5 km i szliśmy jakoś na okrągło, bo nie znałam dokładnie drogi. Alissa nie chodziła najlepiej i była zmęczona, Kumpel też ledwo doszedł. Gdy tam wreszcie dotarliśmy, Kumpel nawet nie zszedł nad wodę, a duża psica położyła się na brzegu i moczyła futro. Piesio trochę pobrodził po wodzie, ale nie pływał jak rok wcześniej nad jeziorami.
Później zabierałam czasem tylko Piesia samochodem i nawet rzucałam mu jakieś zabawki do wody, ale bał się pływać i sama musiałam podwijać nogawki i odławiać moje fanty.  Drogę powrotną Piesio odbywał na moich kolanach, moszcząc się na nich wygodnie mokrym zadkiem i brudząc mi spodnie.

Którejś soboty odwiedziła nas córka Maryli mieszkająca na stałe we Francji i jej dzieci. Chłopcy byli zachwyceni Piesiem i szaleli z nim w strugach wody ze zraszacza, którą im załączyłam dla ochłody w upalny dzień.  Po jakimś czasie Piesio zniknął. Gdy już goście odjechali, zaczęłyśmy nawoływać naszego psiaka i dopiero po dłuższym czasie znalazłyśmy go zmęczonego i śpiącego z kamieniem pod łebkiem. Francuscy kuzyni zupełnie go wykończyli.

 Jak już pisałam wielokrotnie, Piesio był żarłokiem i w po pewnym czasie zorientowałyśmy się, że zaczął podjadać kocie chrupki, które stały zawsze dostępne dla naszych tygrysków.  Rezultatem tego odkrycia było przeniesienie kociej jadalni na parapet w kuchni, gdyż apele o potrzebie dbałości o figurę nie przemawiały do naszego małego łakomczucha. Chwalić Boga, Piesio nie sięga tak wysoko.

Piesio, jak większość małych piesków jest dziamgotliwy. Trzeba to zawsze mieć na względzie wychodząc z nim na spacer, bo swoim ujadaniem antagonizuje napotkane psy, a właściwie suki (jakoś zwierzaki tej samej płci nie przepadają za sobą).  Markiz, zabierający Piesia na spacery z Julią, niejednokrotnie musiał salwować go na swoich rękach, gdy jakaś rozzłoszczona psica chciała naszego Piesia nauczyć moresu.  
Chociaż ostatnio się zdarzyło, że jakaś kundelka z 4-osobnikowej sfory nieopanowanej przez właściciela, z którą sobie obwąchiwały nosy, rzuciła się jak furia na mojego Piesio i nim ją odpędziłam razami smyczy, zdołała go zranić na grzbieciku i policzku. Następnego dnia uzbroiłam się w babciną laskę na spacer i marzyłam, że przy spotkaniu z tymi psiskami, wypałuję i sukę, co mi Piesia pogryzła i jej głupiego właściciela. Nie spotkałyśmy ich tamtego wieczora, ale nie tracę nadziei. Zemsta podobno najlepiej smakuje na zimno, a ja jestem pamiętliwa.

Piesio ma jeszcze jeden głupi nawyk, wyuczony od Alissy I, a mianowicie, rzuca się ze szczekaniem na jadące samochody. Wielokrotnie już zamykałam oczy, oczekując z trwogą pisku opon i ostatniego skowytu… Kilkakrotnie samochody hamowały i kajałam się za głupotę mojego zwierzaka (a właściwie moją).  Jeśli psiak idzie przy mnie, chwytam za kolczatkę na widok samochodu.  Gorzej, jeśli mnie wyprzedza i po swojemu, nie reaguje na wołanie.
Ten głupi nawyk Piesio z kolei przekazał Alissie II i kiedyś tylko dzięki bystrości kierowcy i dobrym hamulcom, duża psica zatrzymała się na masce, a nie wylądowała pod samochodem. Adrenalinka…