sobota, 5 grudnia 2015

Piesio i Katia & Niki



Parę dni temu moje kotki nie czuły się najlepiej. Niki był osowiały i nie jadł, pomimo swojego normalnego łakomstwa. Katię zaś coś bardzo bolało w okolicach ogona, bo gdy ją wieczorem przenosiłam z fotela w wieży do ich pokoiku i wzięłam ja pod kuper, zaczęła na mnie warczeć. Gdy następnego dnia też tak było, zapakowałam moje futrzaki do kontenera i pojechałam do Lecznicy. Nikiemu sprawdzono temperaturę i zbadano krew. Wyszło za mało płytek i Pani Doktor przypuszczała, przy braku apetytu, że mógł zjeść coś zatrutego. Kazała go obserwować.

Katia nie dała się nawet zbadać; szarpała się i warczała. Podano jej antybiotyk i środek przeciwbólowy i polecono się zjawić następnego dnia. To była sobota; kociczka była trochę mniej obolała, pozwoliła zbadać brzuszek, ale o podniesieniu ogona nie było nawet mowy. Następny antybiotyk i środek przeciwbólowy i wizyta w następnym dniu. Te dwa dni kosztowały mnie już ponad 200 PLN. Nic tylko leczyć zwierzaki, ale przecież wzięłam je na dobre i na złe.

W niedzielę Katia spędziła popołudnie w domu, więc sobie zaplanowałam, że po telefonie Anity pojedziemy do Lecznicy. Ale Panna Kicia bardzo chciała wyjść tuż przed planowanym wyjazdem, więc sądziłam, że musi się wysiusiać i wróci. Nie wróciła. Po 18:00 pojechałam po antybiotyk w syropie dla niej, żeby jej go podawać samodzielnie rano i wieczorem. Katia wróciła dopiero przed 22:00. Wlałam do dzioba antybiotyk i tyle.

Przez następne 5 dni polowałam na nią, żeby podać jej lek. Już się zmądrzyła i kryła się po kątach, gdy tylko widziała mnie z pipetką w dłoni. Uff… Podawanie lekarstw koto to istna katorga. Katia chociaż nie drapie, jak to miały we zwyczaju Agis i Misia. Już ostatnią dawkę w piątek rano jej darowałam. Czuła się widocznie lepiej, miała apetyt. Niki też zaczął się zachowywać normalnie, ze zwykłym łakomstwem połykał kąski Winstona. Moje kotki były zdrowe.

Piesio jest – jak zwykle – strasznym pieszczochem, gdy tylko ktoś się objawi w domu. Ostatnio była agentka od nieruchomości, więc mój suniczek garnął się do niej, jak jakiś psina ze schroniska.
Kilka dni później był ksiądz po Kolendzie. Przyszedł 3 dni później, niż się zapowiadał, ale co tam.
Przygotowałam wodę w miseczce, kropidło, krzyżyk.
Ksiądz Irek lubi zwierzaki i zawsze się z moimi psicami bawił. Tak było i tym razem. Duchowny usiadł na kanapie w salonie, a Piesio tuż obok i szturchał biedaka łapką, żeby go głaskał.  Ksiądz ciągnął Pannę Psicę za łapki i pytał: ’Czyja to łapka’, a Piesio był rozanielony. Najgorliwszy parafianin. Gdyby wszyscy ludzi tak witali księdza, jak mój suniczek, to chyba nie mógłby sobie nic więcej życzyć.
Pod koniec wizyty pomodliliśmy się i ksiądz poświęcił mieszkanie; uprzedziłam, że mam kranówkę, więc odmówił stosowną modlitwę.
Gdy poszedł, stwierdziłam, że woda wyparowała z miseczki. Ale obciach!



czwartek, 29 października 2015

Piesio i Katia & Niki









Pod koniec września gościła u mnie kuzynka z USA z mężem. Nie widziałam Anity ok. 10 lat, tylko konwersujemy przez telefon w niedzielne popołudnia.
Zabrałam moje koty z pokoju wschodniego i przeniosłam do mojej sypialni, żeby nie przeszkadzały gościom. Właziły czasem na ich łóżko, ale na noc zabierałam je do siebie.
Anita rozpieszczała Piesio, bo uwielbia psy. Josh woli koty, więc Katia mizdrzyła się do niego, a i Niki czasem zaszczycił towarzystwem.
W trakcie krótkiego wypadu do Zamościa, nieoceniona Pani Henia zaopiekowała się moimi czworonogami. Nakarmiła, ułożyła w łóżeczkach i zadzwoniła do mnie, żeby zdać relację.

Po wyjeździe Anity i Josha jesień już rozgościła się na dobre. Kilkanaście dni temu,  w końcu tygodnia,  były spore przymrozki w nocy (do minus 5 stopni) i wszystkie moje rośliny liściaste padły. Potem kilka opadów i zmarznięte liście dzikiego wina zamieniły się w mokre żaby.
Moim kotkom takie pogody zdają się nie przeszkadzać. Bywają w domu na zmianę: Niki w nocy, a Katia w dzień. Nie mam pojęcia, gdzie moja mała kitulka spędza noce, gdy nie przychodzi na moje wołanie. Rano, jeśli się zjawi przed moim wyjściem do pracy, nie wydaje się głodna. Pomamle trochę parówki z indyka, dystyngowanie pochłepce mleczka (koniecznie podgrzanego) i wrzucam ją z Piesiem na piętro. Chyba śpią przez cały dzień, a gdy wracam, szybką chcą wyjść z domu. Katia wpadnie jeszcze na chwilę wieczorem i potem znika.
Wołam i gwiżdżę przed 22:00 i pewnie sąsiedzi myślą, że zgłupiałam ze szczętem, ale szkoda mi mojej drobniutkiej kici.

Nikiego staram się nakarmić, nim wyjdzie rano. Potem się wałęsa po polach i wraca dopiero, gdy przyjeżdżam. To znaczy, pewnie w ciągu dnia przychodzi, ale mnie nie ma i biedak idzie znów w pola.

Moim biednym kotom zupełnie się wszystko myli. Rano jeszcze ciemno, po południu już też coraz ciemniej. Za tydzień, po zmianie czasu, będę wychodzić i wracać o ćmoku.
Martwię się o moje kotki, gdy nastaną mrozy i śniegi. Katia jest bystrzejsza i wie, że na werandzie jest budka i miseczka z suchą karmą, ale mój głupiutki Niki…
Pamiętam, że kilka lat temu, jeden z moich warszawskich kotów – Niuniko – zaginął mi właśnie po zmianie czasu, bo pewnie przychodził jeszcze za dnia, a mnie jeszcze nie było i poszedł sobie w świat.
Będę musiała popertraktować z sąsiadką, żeby je wpuszczała do domu, jeśli zobaczy, że się kręcą. Bo trzeba im pomóc przetrwać ten okres nocy i lodu.

Niki nadal jest żarłokiem, chociaż z drugiej strony, jeśli się wypości przez cały dzień, to trudno się dziwić, że rzuca się na jedzenie, gdy już mu je postawią. Niki potwierdza moją opinie o graniastych kotach mlekopijach. Bardzo lubi ciepłe mleczko. Tak głośno je chłepce swoim małym jęzorkiem.
Nadal jest KOTEM, to znaczy nie lubi karesów, mój dotyk znosi na zasadzie: ‘Daje mi jeść, to niech mnie pogłaszcze, jeśli chce’, ale widać, że przyjemności mu to nie sprawia.  Dobrze, że chociaż Katia jest przylepa, chociaż wolałabym, żeby trochę częściej sypiała w domu. Kto to słyszał, taka młoda panienka, żeby się tak szlajała !!!!!

wtorek, 8 września 2015

Piesio i Katia & Niki



Minęły miesiące od ostatniego wpisu. Minęła wiosna i lato. Jest początek września.
W międzyczasie – od końca kwietnia – przechodziłam z jednego remontu w drugi i moje zwierzaki bardzo to przeżywały. Zwłaszcza kitulki.
W trakcie pierwszego etapu – rozdzielenia systemu centralnego ogrzewania, gdy pan Piotr i Tomek hałasowali wiertarkami i młotami w mojej części, kotki weszły do którejś z szaf w pokoju brata w starej części i tam sobie smacznie spały.
Kurz i pył dokuczał nam wszystkim, a dodatkowo Katia ma zwyczaj pchać się pod nogi monterom i roznosi na łapkach wszystko, co tylko sypie się ze ścian.
Piesio był szczęśliwy, bo pan Piotrek uwielbia psy i okazywał mojej suni całe swoje uwielbienie; ze wzajemnością, jak to u Piesia.
Potem wszedł pan Wiesław – malarz rodzinny i znowu był bałagan. Katia parę razy pobrudziła sobie futerko farbą, bo ciągle się o jakieś ściany ocierała.  
Potem były porządki i poprawki, bo niestety, mój mistrz się posunął w latach i zrobił na odpieprz się. Byłam wściekła, bo poza sufitem, to sama bym pomalowała nie gorzej od niego.

W tym całym bałaganie zawsze się starałam, żeby moje futrzaki miały jakieś schludne posłania, żeby mogły się wyspać w czystych łóżeczkach i zawsze, ale to zawsze, zaczynałam porządki we wschodnim pokoju, gdzie spędzają najwięcej czasu.

Czerwiec mieliśmy w miarę spokojny. Kotki – wykorzystując ładną pogodę – często znikały na całe dni, a czasem i noce.
Trochę się obawiałam i nadal obawiam, bo syn pana Adama, sąsiada na działce, nabrał obyczaju przywożenia swoich wilczurów na wybieg. Ponieważ niszczą ich działkę, zaczął je wyprowadzać w pole. Prosiłam go, aby psy biegały w kagańcach, z uwagi na moje koty, które chodzą po naszych polach. Coś mętnie tłumaczył, że niespełna roczny Haker zjadł kaganiec starego Carlosa, ale wydawało mi się, że stać go na nowe akcesoria.  Nic bardziej mylnego. Ciągle słyszałam samochód (wypasiona bryka) wjeżdżający z piskiem opon na naszą drogę i potem nawoływania trzech przygłuchych pokoleń rodziny P.: ‘Haker, no chodź tutaj!’ ‘Carlos, nie ruszaj!’, ‘Haker do nogi!’. A psy niewyszkolone, mają w poważaniu te pokrzykiwania. W końcu ostatniej soboty powiedziałam synowi pana Adama, że nie życzę sobie, żeby jego psy biegały po moich działkach i mam nadzieję, że poskutkuje.

Potem moja ekipa hydrauliczna, w jeden z najupalniejszych dni robiła przyłącze do gazu i na podwórzu był Sajgon. Tylko moje zwierzaki były zadowolone, bo koty w świeżo skopanej ziemi zrobiły sobie kuwetę, a Piesio nabrał obyczaju wylegiwania się na piasku i wygrzewania w słońcu.

W najcieplejsze dni sierpniowe czasem nie widziałam moich kotów i 2 dni. Katia zgubiła 3 obróżki i podejrzewam, że chyba robi to specjalnie, żeby nie płoszyć myszek, na które poluje. Przynosi czasem takie małe myszonki, wielkości małego palca. Żeby chociaż była głodna i je zjadała! Kiedyś przyniosła jakąś większą i chyba chrupała głowę (nie jestem pewna, bo było już ciemno i paliłam papierosa trochę dalej), po czym ‘pojechała do Rygi’, a ja musiałam to wszystko sprzątać. Widać, że takie jadło jej nie służy, więc, po co te morderstwa?

Kilka razy znalazłam w ogrodzeniu zamordowane ptaki; raz młodą srokę, potem młodego bażanta. Ale w tym przypadku raczej nie podejrzewałam moich delikatnych kitulków, tylko wielkie kociska pana Waldka. Zadzwoniłam do niego z apelem, żeby zakupił obróżki z dzwoneczkami, bo mordują ptaki i zostawiają truchła na mojej działce. Nie wiem, czy zakupił, ale następnych zwłok już nie widziałam. To znaczy, był wróbel, ale to raczej dzieło moich drapieżników.

Pisałam, że podejrzewam Katię o celowe gubienie obróżek, a moje podejrzenia bazują na fakcie, że gdy kupuję jej następną (kupiłam w sobotę) i chcę jej założyć na szyję, to ona na sam dźwięk dzwoneczka zaczyna uciekać. W końcu jakoś mi się udaje ją udekorować, ale nie wiem na jak długo. Obróżki są też coraz brzydsze; pierwsza była piękna wiśniowa i kitulka wyglądała w niej jak księżniczka. Potem były dwie – powiedzmy – malinowe. Teraz jest różowa, bo była najmożliwsza. Jak tak dalej pójdzie, to nie wiem, na jakim kolorze skończymy.

Od sierpnia są nowi lokatorzy w części Marka i Julii. Adam – kolega syna pani Heni i Oksana (Ukrainka). Chwalić Boga, lubią zwierzaki, a Piesio ma kogo obszczekiwać, bo Adam jeździ na motorze, a Oksana samochodem.

Zrobiło się chłodno i kotki ostatnie noce spędzają w domu, ale rano wybiegają na dwór i to najczęściej o suchym pysku. Wczoraj Piesio i Niki zostały w domu, a Katia pobiegła w świat, więc dzwoniłam do pani Heni, żeby ją wpuściła, jeśli będzie się kręciła po podwórzu. I całe szczęście.
Piesio wybrał wprawdzie wolność, ale ma trochę więcej cieplika od moich mizernych kociąt.
Chociaż, muszę pochwalić mojego Piesynka, że zeszczuplał przez lato i waży poniżej 14 kilogramów. Moim zdaniem jest w normie.
Wykorzystałam poprzedni ciepły weekend i wykąpałam Piesia na świeżym powietrzu. To raczej ostatnia kąpiel al fresco tego roku. Ewentualnie przed Świętami dokonamy Piesiowych ablucji w brodziku i wysuszymy pod kocykiem, tak jak lubi.



środa, 15 kwietnia 2015

Piesio i Katia & Niki






Minął już miesiąc od przygody Katii.
Nadal trzyma się domu i nie oddala poza działkę mojego brata. Ale jest sfrustrowana, bo Niki, którego jej wzięłam do towarzystwa, zrobił się strasznym włóczykijem i często nie wraca z porannego spaceru i zostaje al fresco na całe 11 godzin, które spędzam poza domem.
Gdzieś w polach zgubił już dwie obróżki z dzwoneczkiem, które mu zakupiłam. Kilka dni temu kupiłam następną i więcej nie będzie. Jeśli chce być polnym kotem, to jego sprawa. Tylko on jest jeszcze taki nieporadny, a przynajmniej mi się taki wydaje. Boję się, że jakiś duży kocur może mu spuścić lanie, a mnie nie będzie, żeby go obronić.
Gdy wracam, kitulek biegnie kłusem pod drzwi, wielce zgłodniały (nie jadł z miseczki, którą mu zostawiałam przy studni, więc nie zostawiam) i pochłania łakomie naszykowane jedzenie. Nie liże języczkiem, jak na kota przystało, tylko porywa całe kęsy. Potem się układa na godzinkę w wieży, żeby zregenerować siły i znów wychodzi. Chociaż dobrze, że wraca na noc.
Biedna Katia błąka się w tym czasie po domu i miaukoli znudzona, albo siada na pufie i siedzi jak kupka nieszczęścia. Jeśli wychodzi, to tylko na trochę i wraca. Ona jest nadal szczuplutka i nie ma naturalnego cieplika. Gdy Niki wraca, witają się i obwąchują, ale już im przeszedł okres zabaw. A szkoda.
Na skutek stresu, Katia zaczęła mi brudzić po kątach; na razie na terakotę w korytarzu, ale i tak kilka razy umoczyłam jej nos w siuśkach i dałam po kuprze. Pani Doktor Agata powiedziała, że można jej będzie zakupić obróżkę z feromonami na poprawę nastroju. Na razie poprzestałam na wstawieniu z powrotem kuwety do łazienki i jakimś odstraszającym sprayu, który rozpylam u wlotu korytarza. Na razie działa, ale ja naprawdę nie chcę kuwety w mojej nowej ślicznej łazience!!!

Kilka razy męczyły jakąś mysz. Raz,  Katia mi przyniosła żywy łup do domu i to przed moim wyjściem do pracy. Całe szczęście, że myszka była trochę otumaniona, a moje meble przylegają do ściany, więc nie mogła nigdzie umknąć. Udało mi się ją złapać przez ściereczkę i wyrzuciłam przez płot, na działkę brata.
Raz dostałam martwą myszkę; to podobno wyraz wdzięczności za opiekę. Chyba od Nikity. Też ją wyrzuciłam. Może powinnam ją jakoś przygotować i dać moim łownym kotom????

Dzisiaj Niki wrócił, o dziwo, z porannego spaceru; pewnie mu cztery litery zmarzły w poniedziałek i wtorek. Ale natychmiast po poczęstunku zażądał wyjścia i nie ma go od 2 godzin.  Dzisiaj jest trochę cieplej, ale wiosna nie może się wykluć. Gdyby rano było ok. 15 stopni, zostawiałabym cały zwierzyniec na zewnątrz, jak w dawnym czasach. A w tej sytuacji szkoda mi ich, zwłaszcza mojego ciepłolubnego Piesia. Dla Panny Psicy jest po prostu za zimno. Żeby już było ciepło, żeby już było ciepło!!!
Wieczorem kotki zasypiają razem,  obok siebie. Nie jestem pewna, czy Katia później wchodzi na najwyższe piętro drapaka, jak miała we zwyczaju dawniej. Chyba jednak tak, bo gdy rano otwieram drzwi do ich pokoju, to wita mnie stojąc na szafce.
Chciałabym, żeby Niki więcej czasu spędzał ze swoją siostrą, bo byłaby bardziej zadowolona. Jeśli nadal będzie taka markotna, to zafunduję jej tę obróżkę. Chciałabym, żeby moja kitulka była wesoła i dzielna, jak przed tą nieszczęsną przygodą na sośnie.

środa, 18 marca 2015

Piesio i Katia & Niki






Moja mała kitulka jest uratowana.
Poszłam do niej przed 6:00. Nadal siedziała na drzewie i miauczała na mój widok.
Zadzwoniłam do Straży Pożarnej, zgłaszając, że kicia nadal jest na swoim miejscu. Pan polecił zadzwonić ok. 8:00. Wróciłam do chaty, napiłam się czegoś ciepłego i poszłam z Piesiem na spacer.
O 7:30 znów byłam na moim posterunku przy Katii. Tym razem pojechałam już moją gablotą i zabrałam kontenerem.
Jakieś wrony latały nad jej głową i bałam się, że ją skaleczą, lub – gdy będzie chciała się obronić – spadnie z drzewa, a pod nim kostka granitowa. Zaczęłam płoszyć ptaszydła. Katia miauczała żałośnie. Zauważyłam, że podpełzła trochę wyżej i usadowiła się w rozgałęzieniu sosny, więc już chociaż nie wisiała.
Przed 8:00 zadzwoniłam do właścicieli posesji i spytałam, czy zezwolą Straży Pożarnej zdjąć kicię z ich drzewa. Pan się zgodził i poinformował mnie, że są w domu do 9:00 – 9:30.
Zadzwoniłam do Straży Pożarnej i przyjęto ode mnie zgłoszenie. Prosiłam, żeby byli do 9:00, bo właściciele działki, na której urzęduje moja kicia, wyjadą potem do pracy. Pan jakoś mnie spławił, ale po chwili zadzwonił i wypytał o imię, nazwisko oraz numer posesji. Obiecał, że postarają się być do 9:00.
Trochę spacerowałam, a jak zmarzłam, wchodziłam do samochodu.
Przez poprzedni dzień i noc wypaliłam półtorej paczki papierosów i mnie mdliło.
Przed 9:00 przyjechał wóz strażacki. Młodzi chłopcy zaczęli żartować, że pewnie podałam kotu kwaśne mleko, skoro uciekł tak wysoko. Poinformowali, że zaraz przyjedzie podnośnik. I czekaliśmy.
Wreszcie zjawił się podnośnik na sygnale. Trochę trwały przygotowania do operacji i wreszcie 2 strażaków wsiadło do gondoli i ramię podnośnika zaczęło się unosić.
Nad Katią było jeszcze parę metrów sosny i bałam się, że przerażone zwierzątko da dyla w górę. Ale moja malutka, chyba zrozumiała, że chcemy jej pomóc, bo dała się zdjąć z sosny bez walki. Gdy gondola była nad ziemią, podałam kontenerem i strażak trzymający kicię, włożył ją do środka. Wtedy dopiero się rozdarła.
Zaniosłam ją szybko do samochodu, a strażacy w międzyczasie odjechali i nawet nie zdążyłam im podziękować. Zrobię to w piątek, gdy znów będą na dyżurze. Podziękowałam tylko panom z podnośnika.
Zawiozłam Katię do domu i dałam jeść. Była bardzo wygłodzona.
Niki oszalał z radości na jej widok. Ona też była szczęśliwa, obwąchiwała wszystko.
Potem wpakowałam znów do kontenerka i pojechaliśmy z nią i Piesiem (do towarzystwa) do Lecznicy na oględziny.
Ranka po sterylizacji goi się ładnie. Futerko już porasta na brzuszku. Gorączki  nie stwierdzono, ale kazano ją obserwować.
Po powrocie do domu Katia znów zjadła; tym razem pierś z kurczaka, której część zjadł Niki w poniedziałek i która leżała w lodówce. Normalnie – nawet nie ruszyłaby tak ‘starego’ mięsa.
Następnie kotki ułożyłam we wschodnim pokoiku i dałam im pospać.
Katia miała jeszcze w tym dniu jakby lekki strach przed zeskakiwaniem z kuchennego blatu. Ona, która w wieku 2 miesięcy śmigała po szafkach.
Teraz jest bardziej wyciszona i nie oddala się zanadto od domu. I niech tak pozostanie.
Dla Piesia – tytułem podziękowania za towarzystwo w poszukiwaniu Katii – zakupiłam nową obróżkę przeciw-kleszczową. Szarą ‘Foresto’ – będzie pasować do szarego futerka.


Piesio i Katia & Niki








Jest już marzec. Katia zaczęła miaukolić w końcu lutego i zadzwoniłam do ANDY, żeby zapytać o sterylizację. Poinformowano mnie, że jak skończy ruikę, należy odczekać 2 tygodnie i dopiero wtedy przyjść. Uprzedzono jednocześnie, że może się zdarzyć, że kitulka pomiauczy, przestanie i znów zacznie i żeby wtedy ją wypuścić ‘na koty’. Jeśli znajdzie swoje szczęście, to najwyżej się wykona wczesną aborcję.
Tak też zrobiłam. Po którejś nocy Katia wróciła bardzo zadowolona. Rozłożyła się na dywanie w salonie i przeciągała rozkosznie. Wyglądała zupełnie jak Scarlett z ‘Przeminęło z wiatrem’ po nocy spędzonej z Rettem. Moja mała kitulka.
Wychodziła jeszcze na dwór i wracała nocą, po kilku godzinach. Lepiej stanowczo się czuła po ciemku.
W ubiegły czwartek, 12 marca, zawiozłam ją do Lecznicy. Zabieg miał być o 12:00, ale pojechałam wcześniej, bo miałam sprawę w sądzie i nie wiedziałam, jak długo potrwa. Odebrałam ok. 17:00 w ubranku zabezpieczającym brzuszek. Po powrocie z rehabilitacji ok. 20:00 Katia powitała mnie golutka, jak ja Pan Bóg stworzył; nawet opatrunek po wenflonie sobie zdjęła. Ubrałam ją znów na noc, chociaż nie widziałam, żeby sobie brzuszek wylizywała.
Wychodziła trochę na dwór – zawsze bez fartuszka, żeby jej było wygodniej, bo kitelek jest jakby za mało wycięty na udka i ją krępuje. Może za mały kupiłam, ale chciałam, żeby jej było ładnie i wybrałam malinowy w jakieś łapki.
W poniedziałek miałam z nią jechać na oględziny do ANDY. Chciałam wtedy spytać, czy miała w sobie jakieś maleństwa.
W niedzielę wieczorem Katia i Niki wyszli na dwór. Myślałam, że chcą załatwić swoje potrzeby, bo WC Kici nie bardzo im nadal pasuje. Niki wrócił w nocy; wpuściłam go chyba ok. 4:00 nad ranem. A kitulki ani śladu.
Prosiłam Nikiego, żeby poszedł poszukać Katii, jak kiedyś Misia Agisa, ale on mnie nie rozumie.
Mam grypę i dostałam zwolnienie. Pomimo tego, chodziłam po polach i nawoływałam mojej Katii. Obeszłam wszystkie dziury i chaszcze. Po południu chodziłam po uliczkach leśnych i nadal wołałam przy wszystkich opuszczonych działkach.
Miałam nadzieję, że jak się ściemni, to kitulka się zjawi. Około 19:00 wyszłam z Piesiem na spacer oświetlonymi uliczkami leśnymi i nadal się darłam. Przy jednym z eleganckich domów przy Piaskowej, usłyszałam cichutki miaukot i gdy poświeciłam latarką, zobaczyłam moją bidę na sośnie, ok. 10 m nad ziemią. Sosna ma poobcinane wszystkie dolne gałęzie i nie ma jak się tam dostać. Zadzwoniłam na posesję i wyjaśniłam, że moja kicia jest u nich na drzewie. Pan mnie wpuścił do środka, ale Katia tylko się rozmiauczała i ani myślała zejść. Po jakimś czasie przyjechała pani domu, dość oschła, jak mi się wydawało. Poradziła, żebym kicię zostawiła, to sama zejdzie.
Opuściłam posesję. Z ulicy zadzwoniłam na telefon ‘112’, ale mnie spławili, mówiąc, że są od ratowania życia ludzkiego. Poradzili zadzwonić do Straży Miejskiej, co uczyniłam. Tam mnie przesłali do Straży Pożarnej. Strażak poradził, żeby postawić jakieś jedzenie pod drzewem, a jeśli kicia nie zejdzie, to jutro przyjadą.
Może i miał rację; zrobiło się już ciemno. Ale Katia ma takie cieniutkie łapki i nie wiem jak długo siedzi już na tym drzewie, a noce są jeszcze chłodne. Do tego ona ma gojącą się rankę po sterylizacji na brzuszku, więc może ją boleć, jak taka przytulona do chropowatej kory sosnowej…
Chodziłam do niej jeszcze kilka razy, w nadziei, że się odważy zejść. Boję się, że wtedy może się znowu spłoszyć i uciec nie wiadomo gdzie.
Nastawiłam budzik na 3:30 i poszłam do Katii. Ona nadal siedzi na tej przeklętej sośnie i rozpaczliwie miauczy, gdy mnie zobaczy. OK. 6:00 zamierzam dzwonić do Straży Pożarnej, bo obawiam się, że właściciele posesji wyjadą do pracy i nie będzie się można dostać do środka. A małe łapeczki Katii w końcu nie wytrzymają i zleci z drzewa. A koty nie zawsze spadają na cztery łapy.