Parę
dni temu moje kotki nie czuły się najlepiej. Niki był osowiały i nie jadł,
pomimo swojego normalnego łakomstwa. Katię zaś coś bardzo bolało w okolicach
ogona, bo gdy ją wieczorem przenosiłam z fotela w wieży do ich pokoiku i
wzięłam ja pod kuper, zaczęła na mnie warczeć. Gdy następnego dnia też tak
było, zapakowałam moje futrzaki do kontenera i pojechałam do Lecznicy. Nikiemu
sprawdzono temperaturę i zbadano krew. Wyszło za mało płytek i Pani Doktor
przypuszczała, przy braku apetytu, że mógł zjeść coś zatrutego. Kazała go
obserwować.
Katia
nie dała się nawet zbadać; szarpała się i warczała. Podano jej antybiotyk i
środek przeciwbólowy i polecono się zjawić następnego dnia. To była sobota;
kociczka była trochę mniej obolała, pozwoliła zbadać brzuszek, ale o
podniesieniu ogona nie było nawet mowy. Następny antybiotyk i środek
przeciwbólowy i wizyta w następnym dniu. Te dwa dni kosztowały mnie już ponad
200 PLN. Nic tylko leczyć zwierzaki, ale przecież wzięłam je na dobre i na złe.
W
niedzielę Katia spędziła popołudnie w domu, więc sobie zaplanowałam, że po
telefonie Anity pojedziemy do Lecznicy. Ale Panna Kicia bardzo chciała wyjść tuż
przed planowanym wyjazdem, więc sądziłam, że musi się wysiusiać i wróci. Nie
wróciła. Po 18:00 pojechałam po antybiotyk w syropie dla niej, żeby jej go
podawać samodzielnie rano i wieczorem. Katia wróciła dopiero przed 22:00.
Wlałam do dzioba antybiotyk i tyle.
Przez
następne 5 dni polowałam na nią, żeby podać jej lek. Już się zmądrzyła i kryła
się po kątach, gdy tylko widziała mnie z pipetką w dłoni. Uff… Podawanie lekarstw
koto to istna katorga. Katia chociaż nie drapie, jak to miały we zwyczaju Agis
i Misia. Już ostatnią dawkę w piątek rano jej darowałam. Czuła się widocznie
lepiej, miała apetyt. Niki też zaczął się zachowywać normalnie, ze zwykłym
łakomstwem połykał kąski Winstona. Moje kotki były zdrowe.
Piesio
jest – jak zwykle – strasznym pieszczochem, gdy tylko ktoś się objawi w domu.
Ostatnio była agentka od nieruchomości, więc mój suniczek garnął się do niej,
jak jakiś psina ze schroniska.
Kilka
dni później był ksiądz po Kolendzie. Przyszedł 3 dni później, niż się
zapowiadał, ale co tam.
Przygotowałam
wodę w miseczce, kropidło, krzyżyk.
Ksiądz
Irek lubi zwierzaki i zawsze się z moimi psicami bawił. Tak było i tym razem. Duchowny
usiadł na kanapie w salonie, a Piesio tuż obok i szturchał biedaka łapką, żeby
go głaskał. Ksiądz ciągnął Pannę Psicę
za łapki i pytał: ’Czyja to łapka’, a Piesio był rozanielony. Najgorliwszy
parafianin. Gdyby wszyscy ludzi tak witali księdza, jak mój suniczek, to chyba
nie mógłby sobie nic więcej życzyć.
Pod
koniec wizyty pomodliliśmy się i ksiądz poświęcił mieszkanie; uprzedziłam, że
mam kranówkę, więc odmówił stosowną modlitwę.
Gdy
poszedł, stwierdziłam, że woda wyparowała z miseczki. Ale obciach!













