Wiele lat temu, kiedy Piesio był jeszcze
szczeniakiem, pani Teresa – sąsiadka, która znalazła go błąkającego się przy
pętli autobusowej, poinformowała mnie, że jeżdżąc rowerem do pracy, widziała na
jednej z ulic konstancińskich bardzo podobnego psa. Zupełnie jak mój Piesio.
Ponieważ zależało mi na dogrzebaniu się do korzeni Piesiowych, pojechaliśmy z
moim skarbem w tamtą stronę. Rzeczywiście,
zobaczyłam dwie kobiety około półwieczne ze spasioną suką o maści bardzo
zbliżonej do mojego Piesynka. Wysiadłam z limuzyny i zaczęłam przepytywać te
panie. Nie wiem, czy sądziły, że chcę im szczeniaka wcisnąć z powrotem, czy z
innych powodów, ale zarzekały się jak żaba błota, jakoby Piesio mógł mieć coś
wspólnego z ich Sabiną. ‘Ona od lat nie miała szczeniaków’ – twierdziły. Na mój
gust suka miała wyciągnięte sutki po niedawno wykarmionych potomkach. Ale skoro
nie przyznawały się do Piesynka, to ich strata.
Może zresztą mieszkają jeszcze w pobliżu jacyś
krewni Piesia, bo tuż po śmierci Alissy II widziałam w Lecznicy zdjęcie
szczeniaka do adopcji o maści i łapkach zupełnie identycznych jak mojej małej
suni. Łebka nie widziałam, bo zdjęcie nie było wyraźne; poza tym był na czyichś
rękach, więc i nie był w całości widoczny. Chciałam go zobaczyć, ale przebywał
z innymi szczeniakami w psiarni, a ja się w końcu przestraszyłam, że jak zobaczę
małego Piesia, to zgłupieję i go wezmę…. A wtedy jeszcze byłam wykończona
fizycznie, psychicznie i finansowo po Alissie. Teraz czasem nachodzi mnie chęć,
żeby dowiedzieć się kto go adoptował i złożyć wizytę tym ludziom. Tak z
ciekawości, bo przecież nie odbierałabym im pieska. Teraz już musi mieć ponad
pół roku.
Pomimo, że już maj, jest zimno i deszczowo i Piesio
nadal przebywa w domu, gdy jestem w pracy. Jeszcze w kwietniu, gdy było kilka
ładnych, ciepłych dni, pani Henia kilkakrotnie wypuszczała małą, żeby sobie
pobiegała po ogródku i poleżała na słoneczku. Może w końcu ta ciepła wiosna
nadejdzie.
Póki co, Piesio wychodzi, po staremu, na poranne
spacerki na jakieś 20 minut. Jeśli nie pada. W przeciwnym razie odmawia wyjścia
nawet do ogródka. Chwalić Boga, ma mocne zawory i wytrzymuje do mojego powrotu.
Czasem wraca z porannego spaceru w towarzystwie
Bariego. To taki husky wolno-chodzący, w rzeczywistości wabiący się Paco, ale
dla mnie takie imię dla psa eskimoskiego to szczyt pretensjonalności. Jesienią
i zimą, kiedy chodziłyśmy z Piesiem na wieczorne spacery po oświetlonych
ulicach na pograniczu z Konstancinem, Bari do nas dołączał. Piesio się czuł z
nim dobrze, ja też bezpieczniej. Kilka razy dzwoniłam do zajazdu, w którym Bari
mieszka i prosiłam o zgodę na zabranie go na spacer. Potem się zorientowałam,
że ten pies nawet zamknięty, gdy zechce wyjść, to wyjdzie. Nie wiem, czy
przeskakuje przez ogrodzenie, czy ma jakąś dziurę w płocie, ale zawsze do nas
potrafił dołączyć.
Kilkakrotnie Bari przychodził po spacerach do nas i
dostawał kawałek kabanosa (byle czego nie jada). W największe mrozy zimy
polegiwał czasem u nas ze dwie godziny (w salonie) i gdy pora było się zbierać
spać, Piesio schodził z góry i ‘wyszczekiwał’ huskiego za drzwi.
Kiedyś wieczorem spotkałyśmy Bariego z jego panią.
Taka młoda bezmyślna kobieta, która wzięła psa dla urody, bez zastanowienia
się, czy będzie mogła sprostać oczekiwaniom tej rasy. Zaczęła mnie opieprzać,
że wabię jej psa i zatrzymuję na noc. Wyjaśniłam jej, że jako samotne
białogłowy, nie tolerujemy męskiego towarzystwa na noc, ale nie wiem, czy
uwierzyła. Pospacerowała z huskim ze 20 minut i zaczęła gwizdać na niego do
powrotu. Ja tam nie gwizdałam, tylko skręciłam w naszą uliczkę i się obejrzałam
na psa. Poszedł za nami, a ja miałam wielką satysfakcję, że głupia pinda
została z niczym. Powinna mi raczej podziękować, że zabieram jej psa na spacer,
kiedy ona nie ma czasu.
Teraz Bari też czasem przychodzi. Jeśli jestem w
domu i wybieramy się na spacer, to idziemy razem. Z przyjemnością go obserwuję
jak biega po polach. Cudna rasa. Kiedyś bardzo chorowałam na huskiego, ale
znajomy mi wyperswadował ten krok: ‘On będzie ci uciekał przez ogrodzenie, a ty
będziesz traciła nerwy chodząc i szukając go’. Doradził mi wtedy łajkę, ale ta
rasa nie jest chyba hodowana w Polsce. Ale tak, na dochodne, Bari jest
wspaniałym kompanem.
Kilka dni temu znów zawitał do nas z rana. Dostał
kabanosa i byłam pewna, że wyjdzie, gdy będę wyjeżdżać do pracy. Ale Bari ani
myślał wyjść. Gdy chciałam go wypłoszyć mopem, zaczął bawić się ze mną i ganiać
wokół samochodu Pawła. Stwierdziłam, że jak nie to nie i pojechałam. Piesio
został na zewnątrz, bo zrobiło się już dostatecznie ciepło.
Byłam pewna, że Bari wyjdzie z Pawłem, nawet
dzwoniłam, żeby się dopytać, czy wypuszczał huskiego. Zaprzeczył, żeby go
widział, a ja się zaczęłam zastanawiać, czy Bari przesadził nasze ogrodzenie.
Po powrocie ok. 17:00 Piesio i Bari powitali mnie w najlepszej komitywie u
bramy. Bari zjadł znów kawałek kabanosa,
schłodził się nieco w salonie i odszedł huskim truchtem. Nawet już nie czekał
na spacer z nami. No cóż, pospał sobie
psina u nas w spokoju i ciszy.

