sobota, 25 stycznia 2014

Piesio - c.d.




Jakoś tak w tym okresie prowadzona była w TV akcja ‘ Cała Polska czyta dzieciom’ i w reklamie telewizyjnej tata czytał dzieciom bajki, których słuchał również pies i piesynku oraz kot i kocinki.  Ceci stwierdziła, że nazwa ‘Piesynek’ pasuje do naszego Piesia i od tej pory często tak o naszym skarbie mówiłyśmy.
Ceci zawsze miała na swoim niskim stoliczku w pokoju miseczkę z nerkowcami, które podjadała.  Gdy Piesio skończył swoją kolację i przychodził na gościnne występy do jej pokoju, czasem go częstowała orzeszkami i w końcu zaczęła układać kilka orzeszków na brzegu stoliczka, a psiak sobie je mordką ładnie zbierał. Potem, pokrzepiony, rozkładał się na Ciocinych kowarach i tarzał, zostawiając swoją krótką sierść na dywanie.  Te krótkie włoski trudno było potem usunąć odkurzaczem, nawet, przy pomocy zakupionej przeze mnie specjalnie turbo-szczotki.

Gdy przechodziłyśmy wieczorem do kuchni na naszą kolację, Piesio szedł za nami, w nadziei na jakieś smaczne kąski. Znał przysłowie: ‘Umiesz liczyć, to licz na siebie’ i nie czekał na naszą łaskę, ale wspinał się na tylne łapki, przednie - z pięknymi czarnymi szponami – opierał na stole i badał, co tam podali. Często coś mu się dostało. Jeśli nie znalazł nic ciekawego, przechodził do pokoju mojego brata za kuchnia i kładł się spać na fotelu. Gdy już zbierałam się do siebie na górę, Ceci wołała: ‘Piesynku, pora spać’ i Piesio zeskakiwał z fotela i pół senny gramolił się po schodach na piętro, na swoje posłanie.

Nadeszła pierwsza zima w życiu Piesia i przyjął ją bez lęku. Nie miał długiego futerka, jak Alissa i nie mógł za długo przebywać na świeżym powietrzu, ale na spacery maszerował ze zwykłym zapałem. Nie był może wielkim fanem śniegu jak Alissa, która pewnej zimy wygrzebała sobie jamę w śniegu pod jałowcem, ale bez wstrętu biegał po białym puchu.
Nawet jeśli śnieg sięgał mu do brzuszka, parł zawsze jak mały czołg, to skacząc 70 centymetrowymi susami, to znów biegnąc dla odpoczynku. Zawsze co najmniej 20 metrów przed pozostałymi. Prawdziwy przodownik stada.

O ile Alissa bardzo się denerwowała grzmotami i fajerwerkami na Sylwestra, Piesio znosił te hałasy spokojnie. Może dlatego, że nie ma stojących uszu i mniej do niego dociera.

Piesio nie był posłusznym pieskiem, a w każdym razie ja nie potrafiłam nigdy wyegzekwować na nim posłuszeństwa. Kiedy oddalał się po angielsku w trakcie spaceru, mogłam wołać za nim do bólu gardła i prawie widziałam to jego wzruszenie ramion. Dostawał klapsa za nieposłuszeństwo, ale przecież nie będę karać zwierzaka za moją głupotę.  Teraz, z wiekiem, zrobił się bardziej karny, ale nadal do ideału mu brakuje. Zresztą nie wiem, czy chciałabym mieć psa, który by był automatem do wykonywania moich poleceń. Zwierzę, to przecież myśląca istota, o wiele mądrzejsza od wielu dwunogów.

W końcu zimy Piesio dostał cieczkę i zamartwiałyśmy się z Ceci, żeby jakiś pies się do niego nie przyplątał (przypominam: Piesio to dziewczynka). Kiedyś zniknął swoim zwyczajem w trakcie spaceru z Ceci i jakieś psy go musiały opaść, bo uciekał co sił w swoich krótkich nóżkach i strasznie szczekał przy bocznej furtce. Ceci czym prędzej otworzyła i Piesio stracił na pewien czas zapał do samotnych włóczęg.  Kilka razy wybrał się na romantyczne spacery z Kumplem, przy blasku księżyca. Kumpel, jak przystało na leciwego psa, nie napastował raczej Piesia. 
Jak tylko cieczka dobiegła końca, zdecydowałam się wysterylizować Piesia. Zawiozłam go do Lecznicy przed pracą i zostawiłam tam pod opieką Vetów.
Gdy przyjechałam po pracy, Piesio przywitał mnie wspinając się przednimi łapkami na moje nogi, bez śladu bólu, jaki powinien odczuwać po świeżej przecież ranie (tak sobie wyobrażałam). Jak zwykle wylizywał też Vetów, aż się Doktor Małgosia wzruszyła: ‘Myślałam, że przestanie nas lubić po tym zabiegu’.
Nic z tego. Piesio jest żywą reklamą Lecznicy ‘Anda’.  Nie trzeba go wciągać na smyczy na siłę, jak innych psów. Wbiega do Lecznicy, prawie, ze śpiewem na ustach, radośnie popiskuje lub poszczekuje, wspina się łapkami na Vetów i chce lizać.  Jest łasuchem i chce głaskania i karesów. Małe ciałko aż się skręca z radości, gdy ktoś się do niego odezwie lub przytuli.  Najczęściej za swój zapał jest nagradzany jakimś psim smakołykiem.
Za każdym razem, gdy udawałam się z jakimkolwiek moim zwierzakiem do Lecznicy, Piesio musiał tam się wybrać razem z nami i najczęściej przeszkadzał. Ale musiał przyjść z wizytą.

Piesio - c.d.



Piesio był włóczykijem i często się ‘urywał’ w trakcie spaceru z Ceci w ciągu dnia i wracał po godzinie lub dwóch szczekając ponaglająco pod furtką. Kumpel, pies pani Heni, był często inicjatorem tych wycieczek. Sąsiedzi nie kładli kostki na swoim podwórzu, żeby nie likwidować swobodnego przejścia dla Kumpla pod furtką; tym swoim korytarzem wchodził i wychodził kiedy wola. Kumpel był już leciwym psem i bardzo mądrym; jeśli gdzieś Piesia wyprowadził na wycieczkę w pole, to wiadomo było, że go również przyprowadzi zdrowego i całego.

Piesio uwielbiał jeździć samochodem i często na krótsza trasy zabierałam go ze sobą. Kiedyś w lecie kupowałam w Leroy Merlin jakieś wapno w dużej torbie na placu z materiałami budowlanymi i  chcąc zapłacić weszłam do sklepu, zostawiając Piesia w samochodzie. Okno było otwarte i przez nie zaczął się wydobywać żałosny skowyt. Wróciłam więc i wyjęłam szczeniaka z samochodu, posadziłam sobie na biodrze jak wytrawna matka i zawróciłam się do oczekujących w kolejce klientów z prośbą, by mnie przepuścili ‘bo mała się zapłacze’. Dobrzy ludziska popatrzyli na głupią babę ze współczuciem,  ale się zgodzili, a wdzięczny Piesio wylizywał mi twarz ze wszystkich stron.

Piesio do tej pory lubi jazdę samochodem, najczęściej na siedzeniu pasażera (jeśli już nie może za kierownicą) i wtedy siedzi spokojnie w czasie jazdy, ale gdy tylko stanę na światłach zaczyna mnie szturchać łapą, abym go głaskała po łebku. Gdy ruszamy dalej, znów jest spokojny.

Kupiłam dla Piesia budę. Jak przystało na dobrą panią – pojechaliśmy razem po nasz zakup. Piesio niewiele myśląc wybrał największą, chyba dla owczarka niemieckiego i rozsiadł się w niej wygodnie. Wyglądał bardzo dystyngowanie. Niestety, ja zaplanowałam umieszczenie Piesiowej budy na werandzie, za drzwiami, więc nie mogła być taka duża. Psiak nieprędko się przekonał do swojego domku i często zajmował dużą budę Alissy.
Na tej budzie Piesio wyczekiwał w pogodne dni mojego powrotu z pracy. Gdy podjeżdżałam i otwierałam bramę pilotem, podbiegał do samochodu i wspinał się na drzwi (miałam je bardzo podrapane i przed sprzedażą samochód musiał być polerowany, żeby te szramy polikwidować).  Szybko więc otwierałam i wtedy szczeniak wskakiwał do samochodu i w szale radości uruchamiał łapkami klakson i wycieraczki przez cały czas popiskując i mnie liżąc. Jak tu nie kochać takiego stworzenia !

We wrześniu 2005 wybrałyśmy się z koleżanką i Piesiem do pensjonatu wspólnego kolegi z okresu pilockiego nad jeziora.  Piesio bardzo źle zniósł podróż samochodem na tylnej kanapie; pewnie miał chorobę lokomocyjną. Koleżanka wyjechała po 3 dniach autobusem, a my z Piesiem jeszcze zostaliśmy 2 dni i łaziliśmy sobie po lasach. Piesio pływał w jakimś małym stawie i fajnie mu to wychodziło. Drogę powrotną, na przednim siedzeniu zniósł dużo lepiej. Stwierdziłam, że ma awersję do tylnej kanapy, bo najchętniej siedziałby za kierownicą.
W trakcie pobytu nad jeziorami lub tuż po powrocie do domu Piesio musiał złapać kleszcze, bo Ceci stwierdziła, że jest jakiś osowiały. Gdy jeszcze nie zjadł kolacji – on, żarłok pierwszej klasy, zapakowałam go do samochodu i zawiozłam do Lecznicy. Tam Doktor Małgosia znalazła mu jednego kleszcze na karku, takiego nakrapianego, więc wysłano nas na badanie do Przychodni w Piasecznie. Badanie krwi z ucha potwierdziło babeszi, ale na bolesny zastrzyk odesłano nas już do naszej Lecznicy. Doktor Małgosia, Doktor Darek i ja trzymaliśmy 6-miesięcznego szczeniaka w trakcie robienia tego zastrzyku i całe Chylice tudzież część Konstancina wiedziały, że Piesiowi dzieje się krzywda, tak głośno się skarżył. Doktor Darek stwierdził, że teoretycznie przez kilka dni powinnam przychodzić z Piesiem na kroplówkę, ale on sobie nie wyobraża leżenia na moim psiaku przez pół godziny, więc muszę dbać o pojenie szczeniaka i obserwowanie go. Udało się wyjść z babeszi obronną ręką i za dwa dni Piesio już miał swój normalny apetyt.

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Piesio - c.d.



Jak już pisałam, traktowałam Piesia jak spóźniona mateczka swoje najmłodsze dziecię powite w okresie przekwitania. Piesio miał wielkie łapki, jak to szczeniaki, ale mi się wydawały zbyt wielkie i trochę koślawe, więc podejrzewając, że szczeniak ma krzywicę, zaczęłam go dokarmiać witaminą D3. Piesio był od początku wszystkożerny, więc i witaminki zajadał.

Muszę przyznać, że od początku był bardzo czysty.  Tylko 2 razy nasiusiał w przedpokoju na parterze, przy drzwiach i podejrzewam, że sygnalizował w nocy, że chce wyjść, ale nikt nie słyszał. Bo Piesio nie szczekał, a ni nie piszczał, gdy chciał wyjść tylko tak mruczał gardłowo.

Z Alissą się pięknie bawili, a ruch przy tej zabawie pomógł psicy wzmocnić operowaną tylną łapę i stanąć wreszcie pewnie na niej. Tak więc pożytek z malucha był duży.
Z moimi kotami Piesio miał przykrą przygodę: któregoś pogodnego dnia, gdy okna były pootwierane, a ja przebywałam na podwórzu, usłyszałam, dochodzące z piętra, szczenięce szczekanie, które zdało mi się wołaniem o pomoc. Pognałam po schodach do mojej wieży i zobaczyłam moje małe psiątko wciśnięte w kąt i moje dwa drapieżniki zbliżające się do niego z obu stron. Popędziłam moje kociska i uratowałam Piesia, który od tej pory z dość dużą rezerwą podchodził do kotów. Nie wiem, co im odbiło; Misia z Alissą prawie się przyjaźniły. No, ale Alissa była wielkim wilczurem, a Piesio tylko czteromiesięcznym małym szczeniakiem.

Jak już wspomniałam Piesio był żarłokiem i zjadał wszystko: orzeszki, winogrona (jeśli się nadgryzło i poczuł słodycz), ciasteczka i oczywiście wszelkie wędliny i mięsa.
Wieczorem, gdy nakładałam moim dziewczynkom kolację na miski, po pewnym czasie zamieniały się i każda mogła sprawdzić, że ta druga nie dostała nic lepszego.

Chodziliśmy w pola na spacery we czwórkę, razem z Kumplem, który bardzo dobrze odnosił się do Piesia. Piesio wysforowywał się na ogół na przodownika stada i biegł jako pierwszy; Alissie na tym zaszczycie zdawało się nie zależeć zupełnie.
Kilkakrotnie spotykałam panie z pieskami, które na widok Piesia wołały jedna do drugiej: ‘ O, zobacz, to ten piesek. Dzieci go uwielbiały’. I dośpiewałam sobie resztę: jakieś bachory się pobawiły ze znalezionym psiakiem, a potem wieczorem rodzice wystawiali zwierzaka za ogrodzenie, żeby nie było problemu i maluch błąkał się od chaty do chaty, dopóki pani Teresa nie przyprowadziła go do pani Zofii.  Nie był dostatecznie rasowy dla śmietanki konstancińskiej.

Piesio był kundelkiem, ale pełnym uroku, jeśli nie porywającej urody. Aczkolwiek szlachetność mojego serca została nagrodzona, bo jakiś czas później, przy okazji wizyty w Lecznicy, Doktor Darek pokazał mi w dużym atlasie psów podobiznę Piesia jako ‘basset bleu de Gascogne’, czyli niebieskiego psa gończego z Gaskonii popularnego w XIV wieku, służącego do polowań myśliwym pieszym.  Jeśli wygooglować sobie tę nazwę zobaczyć można koloryt futerka wraz ze wszystkimi dokładnie plamkami czarnymi. Oryginalny basset ma większą głowę i kłapiaste uszy. Mój Piesio ma mniejszą główkę jamnika i takież uszka oraz jest wyższy i szczuplejszy od basseta.  Zresztą, jak niedawno publikowała Gazeta Wyborcza, rasy psów na przestrzeni ostatnich 100 lat się bardzo zmieniły i np. bassety miały dawniej krótsze uszy i były wyższe. Może mój Piesio jest właśnie bliższy swojemu gaskońskiemu protoplaście niż współczesne bassety. Trudno zresztą sobie wyobrazić długouchego i ciężkiego basseta jako psa myśliwskiego; te uszyska zaczepiałyby mu się o krzaki. Mój Piesio to co innego!!!
Ma zresztą jakiś instynkt łowiecki, bo wytropi każdego bażanta w zaroślach, a gdy poczuje grubszą zwierzynę, wydaje jakiś taki dziwny odgłos, jakby nawoływanie do gonitwy i rzuca się w pościg. Uczciwie muszę jednak przyznać, że nigdy nic nie upolował i chwalić Boga, bo nie wiedziałabym co mam robić z rannym łupem.

niedziela, 12 stycznia 2014

Piesio - c.d.





W nocy źle spałam, bo martwiłam się o Piesia. Ciągle widziałam te smutne ślepka, gdy odchodził. Do tego Ceci powiedziała, że słyszała przejeżdżający drogą samochód i pewnie ktoś zabrał Piesia.
Gdy rankiem następnego dnia otworzyłam drzwi, a na werandzie przywitał mnie mój malutki gość, prawie popłakałam się ze wzruszenia.
Potem się dowiedziałam od pana Stanisława, że Piesio zawędrował wieczorem do Lecznicy, którą sobie dobrze wspominał po zabawie z Kluską i ok. 22:00 przywiozła go samochodem jakaś pani. To dopiero włóczykij mały!
Chyba właściwie wtedy zdecydowałam, że chcę zatrzymać tego psiaka. I tak był prawie cały czas u nas i wyraźnie chciał tu zostać.  Alissa dobrze się z nim czuła i bawiła się nawet z maluchem kładąc się na ziemi, żeby się z nim zrównać wzrostem. Kotów nie ganiał. Słowem sielanka.
Zaczęłam przekonywać Ceci do mojego pomysłu, tłumacząc jej, że powinnyśmy czuć się uhonorowane, bo Piesio nas wybrał. Cóż, moja ciocia nie czuła się w najmniejszym stopniu uhonorowana i wręcz mi to oznajmiła. Więcej, dodała: ‘Albo pies, albo ja’. I zadzwoniła do mojej rodziny, aby pomogli jej mnie odwieść od głupiego pomysłu.
W najbliższy weekend przyjechał mój Tata z małżonką. Gdy znaleźli się na podwórzu, Piesio spał w najlepsze na materacyku na leżaku (jeszcze nie mieszkał w domu). Gdy Maryla się zbliżyła, piesek obudził się, ziewnął rozkosznie i wyciągnął do niej łapkę, jakby na powitanie. ‘Jaki śliczny ‘ – zakrzyknęła.
Potem przyjechał mój brat i stwierdził, że psiak jest bardzo fajny i mamy warunki, żeby jeszcze parę zwierzaków się zmieściło, więc nie widzi, w czym problem.
I tak Piesio został. A Ceci nie powtarzała swojego warunku, więc powoli sytuacja się unormowała. Psiak zaczął mieszkać w domu i spać na jednym z moich foteli w pokoiku wschodnim. Na ogół po kolacji udawał się już na piętro i układał w swoim łóżeczku. Gdy się zbliżałam do niego, odwracał się do góry brzuszkiem (jeszcze gołym), tak więc mogłam go całować w beżową w łatki skórkę. Do dziś lubię go w jego brzusio całować.
Zrobiłam kilka zdjęć Piesiowi i pokazywałam koleżankom w pracy. ‘Cóż, urodą nie poraża’ – stwierdziła jedna, ale dla mnie mój szczeniak był po prostu cudowny.
Czułam się trochę jak kobieta w okresie przekwitania, z dorastającymi dziećmi, której przytrafia się na skutek wpadki, małe dziecko. Dziecko to staje się beniaminkiem całej rodziny i jest paskudnie rozpieszczane przez wszystkich. Tak było i w przypadku Piesia; wszystkie moje zwierzaki miały ok. 6 lat i były już dorosłe, a nawet w średnim wieku. I naraz trafił nam się taki … Piesio.

Zabrałam Piesia do Lecznicy na obowiązkowe szczepienia i założyłam mu książeczkę zdrowia. Wiek Piesia oceniono na 4 miesiące i jako datę urodzenia wpisano mu 5 marca 2005. Jako imię wpisano ‘Piesio / Archie’ – zdrobnienie od archeologa, bo w międzyczasie psiak przekopywał działkę w poszukiwaniu kości zakopanych przez Alissę w trakcie jej 6-letniego pobytu w naszym domu, a ponieważ psicy załamywało się jedno ucho i ktoś nam polecił kości cielęce jako antidotum, trochę tych kości było na działce.
                                                                               
Po urlopie wróciłam do pracy i zostawiałam moją menażerię na 10 godzin.
Ceci korzystając z ładnej pogody, zaplanowała wypady do koleżanek w Warszawie.
Któregoś dnia po powrocie do domu nie zastałam Piesia. Moja zdenerwowana ciocia zaczęła opowiadać, że Piesio wyszedł za nią, swoim zwyczajem między sztachetami ogrodzenie, gdy szła do przystanku autobusowego. Zorientowawszy się, że ma ogon, zaczęła kluczyć, w nadziei, że Piesio się zmęczy i zawróci. I wydawało jej się, że ta taktyka dała rezultat, bo nie widziała go już za sobą. Gdy już była w odjeżdżającym autobusie i wyjrzała przez okno, serce jej zamarło, bo zobaczyła Piesia pod ławką na przystanku. Skróciła, jak mogła, swój pobyt w Warszawie i pospieszyła do domu, w nadziei, że tam zastanie Piesia. Ale Piesia nie było.  Zabrałam zdjęcie Piesiowe i pojechałam do piekarni przy przystanku, aby zapytać o Piesia.  Owszem, widziano takiego pieska koło 10:00 rano, a była 17:00. Jeździłam z pół godziny po uliczkach mojej części Konstancina, wydzierając się: ‘Piesioooo, Piesioooo’. I nic.
W końcu sobie przypomniałam, że wtedy w czerwcu pomaszerował sam do Lecznicy, więc może i tym razem tam poszedł. Gdy dotarłam do Lecznicy, przywitano mnie jak marnotrawną córkę, bo okazuje się, że dzwonili już do mnie. Ktoś znalazł Piesia, który zabłądził na czyjąś działkę i został pogoniony przez dużego psa. W Lecznicy nastąpiła konsternacja, bo psiak był identyczny z moim Piesiem, ale był suczką. Zastanawiali się, czy to może siostrzyczka i dzwonili do mnie, ale nie słyszałam telefonu. 
Wyjaśniłam, że mój Piesio jest dziewczynką i właśnie go szukam.
Piesio siedział w dużej klatce, biedna mała szara kuleczka, bez śladu zwykłej energii.
Gdy Doktor Darek otworzył klatkę i Piesio mnie zobaczył, dosłownie się do mnie przykleił. Przytuliłam go do siebie i ucałowałam w czarny łepek. Pan Doktor stwierdził, że jestem stworzona dla Piesia i beze mnie ten psiak nie ma chęci do życia.
Podziękowałam serdecznie Doktorostwu za moją zgubę i zabrałam Piesia do samochodu.
Gdy dotarłyśmy do domu, Ceci siedziała na werandzie niespokojna o rezultaty moich poszukiwań.
Piesio wyskoczył jak z procy z samochodu, znów pełen energii.
‘Nie udało Ci się’ – rzuciłam mojej cioci, która kiedyś żartowała, że wyprowadzi Piesia do autobusu i wsiądzie do niego, a gdy Piesio idący jej tropem, również się tam znajdzie, ona wysiądzie. Piesio pojedzie sam, a ponieważ jest taki uroczy, na pewno ktoś go przygarnie.

Piesio






Było popołudnie czerwcowe 2005 i wracałam ze spaceru z moją psicą Alissą I i psem sąsiadów Kumplem. Gdy mijaliśmy dom sąsiadów u wlotu na naszą uliczkę, zauważyłam na ich posesji szarego szczeniaka z czarnymi kropkami, który na nasz widok zaczął po szczenięcemu ujadać. Sąsiedzi mieli do tej pory wiekowego owczarka niemieckiego, który niedawno odszedł i trochę się zdziwiłam, że tak szybko weszli w posiadanie nowego pupila. Zagadałam do pieska przez ogrodzenie, a on niewiele myśląc przecisnął się między sztachetami ogrodzenie (ok. 15 cm) i podreptał za nami. Przez moje ogrodzenie też się przecisnął i znalazł się na naszym podwórzu.
Moja ciocia – Ceci, która właśnie wyszła na werandę zdziwiła się, co to za nowy nabytek, ale jej wyjaśniłam, że to piesek sąsiadów, a następnie wzięłam szczeniaczka na ręce i odniosłam do właścicieli. Pani Zofia wyjaśniła, że Kropkę, jak nazwano pieska, przyprowadziły jej sąsiadki, a znalazły go zagubionego przy pętli autobusowej.
Następnego dnia, gdy wyszłam z domu, znalazłam psiaka na werandzie, wijącego się z radości i merdającego energicznie ogonkiem.   Byłam na urlopie i nie było potrzeby się spieszyć, więc po porannej kawie zadzwoniłam do właściciela pieska, poinformowałam go, że dobytek jest u mnie i zaprosiłam na kawę. 
W trakcie kawy pan Stanisław wyjaśnił, że ma świadomość, że piesek przechodzi przez ogrodzenie, ale on nie chce poprawiać ogrodzenia, bo liczy, że jego żona podpasie malca i problem zniknie. Nie ukrywał w rozmowie, że osobiście wolałby jakiegoś większego psa, a nie takiego szkraba, który mógł wyrosnąć do wysokości jamnika, może niewiele więcej. Przed odejściem, sąsiad wziął szczeniaka na ręce, a ten – jakby się odpychał łapkami od niego.  Było mi trochę przykro; do mnie piesek się tulił.
W ciągu dnia piesek jeszcze nas parę razy odwiedził i za każdym razem go odnosiłam do jego domu, przerzucałam za ogrodzenie i jeśli kogoś widziałam na podwórzu, wołałam: ‘Odnoszę piesia’ i tak zostało. Piesio.
Któregoś dnia przy takiej okazji, pani Zofia spytała, czy nie chcę go zatrzymać. ‘Ależ ja mam dużą Alissę i 2 koty.  Nie potrzebuję jeszcze jednego psa’ – odparłam.

Alissa I była po operacji stawu biodrowego (miała ją w marcu) i następnego dnia wybierałyśmy się do Lecznicy na prześwietlenie.  Alissa po upływie ponad 2 miesięcy nadal nie chodziła na operowaną nogę i chciałam sprawdzić, czy wszystko z nią w porządku; miała być prześwietlona.
Następnego dnia rano zastałam naszego stałego gościa na werandzie całego w lansadach.  Ponieważ Alissa I nie jeździła samochodem, do Lecznicy szłyśmy na piechotę, a Piesio podreptał za nami.  Vetowie mają mini schronisko dla bezpańskich zwierząt przy Lecznicy i tam Piesio spotkał tłuściutkiego szczeniaka Kluskę, z którym zaczął się bawić. Trochę to trwało, bo Alissę trzeba było uśpić do prześwietlenia. Nim psica stanęła znowu pewnie na swoich łapach, Piesio szalał z Kluską wokół samochodu i pod samochodem Doktora Darka. Zabawa takich małych psiaków to czysta radość dla oczu. Zaśmiewaliśmy się w Lecznicy obserwując Piesia i Kluskę. Sądzę, że to były dla nich wspaniałe 2 godziny, albo i dłużej.

Po południu odniosłam Piesia do jego Państwa, ale nim zdołałam dotrzeć do mojego domostwa, szczeniak był już przy mnie. Zaczęłam mu tłumaczyć, że to nie jego domek, że ma swoich Państwa i tak dalej.  Na ten mój monolog na drodze wyszła ze swojej bramy moja najbliższa sąsiadka - pani Henia z miotłą w ręce i pogoniła Piesia w kierunku jego domu. Odchodził wolnym krokiem, właściwie wlókł się, ale co chwila oglądał się na mnie z ogromnym żalem w ślepkach, a mi się serce krajało.

Około 20:00 przyszedł pan Stanisław, pytając czy jest u nas jego piesek. Odpowiedziałam, że odszedł w kierunku ich domu. Chodziliśmy i wołaliśmy po drodze i polach, ale Piesia nie było.