25
czerwca miałam gości, a następnego dnia – korzystając z ładnej pogody
postanowiłam wykąpać Piesia al fresco. Zagrzałam wodę, przygotowałam wszystko i
udało się, bez większych protestów. Wytarłam Piesynka i wrzuciłam go na
południową stronę, żeby wysechł.
Źle
go wyczesałam i na grzbieciku zrobił mu się kundli ondul, a pachniał świeżością
i byłam bardzo z siebie zadowolona.
Następnego
dnia usłyszałam, że kwacze, tak, jak kilka miesięcy temu, gdy miał kaszel
kanelowy, więc pojechałyśmy do Lecznicy. A tam, jak ręką odjął. Piesio rozsiadł
mi się na kolanach, przyjmował karesy i zachwyty wszystkich, że już zaczęłam
podejrzewać, że to nerwowy kaszel z zazdrości, że teraz zajmuję się też Sonią.
Z całą atencją skierowaną na siebie mój Piesynek rozkwitł. Naczekałyśmy się jak
w ZOZ-ie, ale gdy w końcu Doktor Dominika nas przyjęła i osłuchała Piesia, nie
znalazła nic niepokojącego. Dała mu jakiś zastrzyk i jakieś badziewo
stymulujące, które miało mu pomóc zwalczyć ewentualną infekcję.
Może
powinnam podać ten środek już tego samego wieczoru, ale podałam dopiero
następnego dnia rano.
Po
powrocie z pracy usłyszałam silniejszy kaszel Piesia, więc z marszu zabrałam go
do Andy. Doktor Małgosia zaaplikowała mu dwa zastrzyki i kazała zameldować po
19:00 jak się czuje. Sama szłam do lekarza na 19:00, ale przed wyjściem
zauważyłam, że Piesio zwymiotował jakąś wodnistą wydzieliną z krwią i tak
zameldowałam przez telefon. Doktor Małgosia poleciła obserwować Piesia,
powiedziała niezobowiązująco o prześwietleniu i o tym, że gdyby się coś działo,
to Doktorostwo są na miejscu całą dobę.
Po
powrocie do domu zauważyłam jeszcze kilka krwawych plam na podłodze i wrzasnęłam na Piesia, że jeśli ma zdychać, to
żeby to zrobił już i mnie nie męczył. Po czym pojechałyśmy jeszcze raz do Andy.
Zrobiono prześwietlenie i wyszło, że Piesio ma zapadniętą tchawicę i światło
jej u wlotu do płuc jest niewielkie. Pani Doktor stwierdziła, że Piesynek jest
blady i postanowiła podłączyć go pod tlen i zostawić go w Lecznicy na godzinę. Potem okazało się, że zostanie tam na całą
noc. Uprzedziłam, że go odbiorę dopiero po pracy, po południu. Spytałam się, co
dalej, bo rozumiem, że namiot tlenowy to doraźne rozwiązanie. Zasugerowała
endoskopię tchawicy u doktora Kowalczyka, po którym to badaniu się oceni, czy
można robić operację, ale – jak stwierdziła – nie jest to konieczne już teraz.
Następnego
dnia po 9:00 zadzwoniłam do Andy i rozmawiałam z Doktor Małgosią. Poinformowała
mnie, że Piesio dobrze spędził noc, rano wyszedł z nią na spacer. Obiecałam
zjawić się przed 14:00.
Udało
mi się nawet wcześniej. Gdy dochodziłam do samochodu na Wilanowskiej,
zauważyłam, że dzwoniono do mnie z Andy. Skontaktowałam się czym prędzej i
dowiedziałam się, że po zastrzyku podanym ok. 10:00 Piesiowi się pogorszyło i
endoskopia stała się bardzo pilna. Zarezerwowano już godzinę badania.
Zjawiłam
się w Andzie ok. 12:30 i powiedziano mi, że badanie mam na 17:30, ale mogę już
teraz zabrać Piesia z butlą tlenową i jechać. W końcu, czy będzie czekał tu,
czy tam to obojętne.
Pognała
do chaty, przebrałam się, włączyłam klimę i wróciłam do Lecznicy.
Załadowali
mi Piesia po jakimś zastrzyku, wyglądającego na uśpionego. Wyjechaliśmy trochę
po 13:00 i mieliśmy jechać do Kliniki na Bemowie. Doktor Danusia dzwoniła, żeby
mieli gotowy tlen.
Jechałam
tam z Alissą II od Górczewskiej, ale zasugerowano mi, że ekspresówką będzie
szybciej i usłuchałam, na moje nieszczęście. Oczywiście pociągnęłam na
autostradę i gdy znalazłam się w Brwinowie, zjechałam na parking przy stacji
Lotosu i zadzwoniłam do znajomego taksówkarza, żeby przybył mi na odsiecz.
Czekałam na niego ok. 20 minut. Gdy w międzyczasie patrzyłam na Piesia,
wydawało mi się, że nie oddycha, ale
pomyślałam, że to ten zastrzyk tak go wyciszył.
Gdy
przyjechał pan Krzysztof i zaczął mnie prowadzić na Bemowo, stwierdziłam, że
nigdy bym tam sama nie trafiła.
Oznakowanie na eksperówce jest do bani.
Gdy
zjawiłam się przed 15:00 na Bemowie i zameldowałam, że mam psa pod tlen, kazano
mi go wnieść po rampie. Odłączyłam tlen od butli, jak mi pokazała Doktor
Dominika, a następnie miałam jeszcze zakręcić drugi kranik. Tylko, że on chyba
był zakręcony, a w każdym razie niewiele się poruszył. Rurka, którą Piesio miał
w tchawicy była na około 3-4 cm zatkana śluzem z krwią.
Gdy
wniosłam Piesia do Kliniki, lekarz spojrzał tylko na niego i powiedział: ‘Ten
pies już nie żyje’. ‘To niemożliwe!’ – zawołałam, więc lekarz podłączył jakąś
aparaturę. ‘Proszę zobaczyć, serce się nie porusza’. Zachciało mi się płakać.
Przyszedł inny lekarz, chyba doktor Kowalczyk. ‘Ale on się rusza’ –
powiedziałam. ‘To mięśnie – powiedział – one jeszcze przez jakiś czas będą się
poruszały. Bardzo mi przykro. Jeśli pani chce to koleżanki mogą zrobić sekcję
zwłok, żeby sprawdzić, dlaczego nie żyje’. ‘Psa mi to nie przywróci, więc jest
mi obojętne, dlaczego nie żyje’ – odparłam.
Zadzwoniłam
do Andy i poprosiłam o przekazanie Doktor Dominice, że Piesio odszedł w czasie
drogi.
Zapakowałam
Piesynka do samochodu, wypaliłam papierosa i ruszyłam w drogę powrotną.
Jechaliśmy trochę ponad godzinę i to w prawie szczycie.
Wypaliłam
dużo i kilkakrotnie musiałam ocierać oczy z nabiegających łez, więc rozmazałam
mój makijaż i wyglądałam pewnie jak miś panda.
Wspomnienia
przebiegały mi przez głowę i co pewien czas odwracałam się, pewna, że Piesio
popatrzy na mnie swoimi mądrymi ślepkami i zamerda ogonkiem.
Ale
wiozłam już tylko zimne ciałko.
Po
drodze zajechałam do Andy i oddałam butle z tlenem i koce, którymi była
zabezpieczona. Zatrzymałam narzutę, na której leżał Piesio; nie chciałam go
ruszać.
Przed
domem sąsiadów siedział pan Jurek. Zatrzymałam samochód i spytałam o
samopoczucie, a następnie, czy wykopie grób dla Piesia. Odmówił, więc
pojechałam do siebie.
Wypakowałam
Piesia i zaniosłam do salonu. Potem
przyniosłam biała powłoczkę po prababce, rozszywana koronkami i zdobioną
falbanami i ułożyłam w niej Piesynka. Pod łepek położyłam poduszeczkę, włożyłam
mu Reksia i Łosia Leosia.
Ucałowałam
zimny pyszczek i czarny łepek. Ucałowałam łapeczki z pięknymi pazurkami i
mięciutkie uszka. Gładziłam pachnące futerko.
Przeprosiłam
go za wszystko, co było moją winą. Za to, że zmyliłam drogę i za długo go
wiozłam do Kliniki, co może dla niego było być albo nie być. Podziękowałam za
to, że był ze mną przez te 11 lat. Obiecałam, że zawsze go będę kochać i
pamiętać.
Czekałam,
aż się ochłodzi, żeby sama wykopać grób dla Piesia.
W
międzyczasie zadzwoniłam do Basi, żeby jej powiedzieć o Piesiu. Gdy z nią
rozmawiałam do bramy zadzwonił sąsiad, którego ruszyło sumienie i postanowił
jednak mi pomóc.
Piesio
spoczywa niedaleko Alissy II, z łepkiem w kierunku południa; on tak lubił
wygrzewać się na słoneczku. Na teraz zasadzę mu jakieś kwiatki, a na jesieni
kupię jakiegoś iglaka, który nie ma za długich korzeni, żeby nie wrastały w
mojego Piesynka.