niedziela, 31 lipca 2016

Piesio - post scriptum



Kilka dni przed pierwszą miesięcznicą od odejścia Piesia uczestniczyłam w ceremonii pogrzebowej koleżanki po profesji z innego banku. Nie wiem, czy poznałyśmy się osobiście; może kilka lat temu na jakimś spędzie bankowym organizowanym przez zagranicznego korespondenta. Wielokrotnie jednak korespondowałyśmy mailem i rozmawiałyśmy przez telefon. Miła i serdeczna pani. Jedna z nielicznych już dam bankowości korespondenckiej.
Po mszy, gdy zaintonowano ‘Anielski orszak’ wyobraziłam sobie anioły unoszące się po niebie na skrzydłach,  w swoich powiewnych szatach, przypominających nocne koszule i pośród nich ….. mojego Piesia, poruszającego łapkami, jak przy pływaniu, sterującego  swoim ogonkiem. Uszka powiewały mu delikatnie na wietrze….

Łzy zakręciły mi się w oczach i wiernym mogło się wydawać, że to zmarłą koleżankę opłakuję.
Pewnie będę się smażyć za to w piekle.
Brak mi mojego Piesynka. Mam go ciągle przed oczami wpatrującego się we mnie swoimi dużymi, poważnymi ślepkami, jak oczy ciemnoskórych dzieci.
I nie wiem, czy czegoś oczekuje ode mnie. A może tylko dotrzymuje mi towarzystwa….
I niech tak zostanie ze mną.



czwartek, 14 lipca 2016

Piesio - pożegnanie



Wczoraj minęło 2 tygodnie od śmierci Piesynka.
Trochę ochłonęłam i pora na pożegnanie.
Ogromnie odczuwam brak moich Śliczności Piesiowych, jak często nazywałam moją mała sunię. Pracując przy komputerze oglądam się przez ramie na fotel, na którym Piesio lubił się układać, żeby zobaczyć, czy śpi, czy też mnie obserwuje swoimi dużymi ślepkami. Gdy jestem w kuchni, ciągle mi się wydaje, że słyszę chrobot jej pazurków w wieży, bo akurat otwierałam lodówkę i może jakiś dobry kąsek będzie można dostać.
Gdy wracam z poczty do samochodu (a tam Piesio zawsze jeździł ze mną) wypatruję go na siedzeniu kierowcy, czekającego na mnie. A potem, gdy już siedział jako pasażer,  ten ruch łapki, żeby go pogłaskać po łepku lub posmyrać pod paszką.
Wieczorem, gdy już siedzę na łóżku, wydaje mi się, że leży na kołdrze na plecach, odsłaniając brzuszek, by go tam wycałować i wydrapać paszki….

Bardzo mi brakuje mojego Piesynka. Trafił do mnie, gdy miał około 4 miesięcy i był jak najmłodsze i najbardziej rozpieszczone dziecko (pozostałe zwierzęta miały ok. 5 – 6 lat). Pamiętam jak gryzł moją szpicrutę albo ją dumnie nosił na spacerach (tylko kawałek i później porzucał), zawsze jako przewodnik, bo dużej Alissie nie zależało na prowadzeniu.
Pamiętam ten okrzyk bojowy, gdy gonił bażanty lub inna ‘zwierzynę’ w czasie naszych włóczęg po polach.

Jaki dumny był Piesio, gdy odeszła Alissa I i został – na kilka miesięcy – jedynym psem w obejściu. Potem znów po śmierci Alissy II, na ponad 2 lata był królem i carem.
Na pewno bardzo był urażony i zazdrosny, gdy pojawiła się Soni - zupełnie nieoswojona suka, której trzeba było poświęcić więcej uwagi. Ciągle ‘Sonia i Sonia’… Piesynek mógł się czuć odepchnięty.
Do tego, po cyklinowaniu piętra, gdy zobaczyłam wielkie ilości futra Piesiowego na materacu – ogłosiłam separację od łoża i nie chciałam go pod kołdrą. Spał na swoim fotelu lub na małym chodniczku na łóżku. Pewnie czuł się dotknięty.

Gdy kasłał we wtorek i plamił mi podłogę śluzem z krwią, krzyknęłam wściekła: ‘ Zdechnij wreszcie, jeśli masz zamiar i nie męcz mnie’. Może posłuchał?
Zabrałam go potem do Andy i zostawiłam na kurację tlenową. Na godzinę, potem na cała noc. I już nigdy nie widziałam go przytomnego. Wydano mi mojego Piesynka otumanionego jakimś lekiem na trasę do Kliniki na Bemowie. Piesio jej nie przeżył.
W butli było mało tlenu. Czy go zabrakło i moja mała sunia się udusiła nie mogąc nawet zaskamleć, bo miała tą, zapchaną śluzem na 4 cm, rurę w pyszczku….. Czy nie mogli oczyścić tej rury przed podróżą lub wymienić na czystą?
Czy ten śluz uniemożliwiał jej oddychanie?
Nigdy się tego nie dowiem.

Ale gdybym wiedziała, że została mu niespełna godzina życia, nie ruszyłabym się z Andy, tylko siedziała z Piesiem w objęciach, żeby do końca czuł moją bliskość i miłość. Odeszłaby słysząc moje bicie serca oraz słowa pożegnania i czułości. Miałabym świadomość, że jej nie opuściłam do końca.

Czy gdybym nie zabłądziła na trasie ekspresowej, dowiozłabym ja jeszcze żywą do Kliniki? Czy mój kompletny brak orientacji na esce kosztował mojego Piesia życie?
Czy gdybym jej nie wykąpała w niedzielę, nie złapała by tej cholernej infekcji?
Pytania, pytania, pytania, które wciąż wracają do mnie jak bumerang….
Nigdy już nie poznam prawdy.

Odszedł na tylnej kanapie samochodu i niewielka to pociecha, że uwielbiał tam jeździć.

A tyle razy mówiłam mu, widząc siwe włoski na czarnym łepku i zdając sobie sprawę z upływającego czasu, żeby mnie nie opuszczał.
Ciągle się pocieszałam, że Piesio jest niewielkim kundelkiem i nie ma serca obciążonego dużą wagą, więc spokojnie może pożyć kilkanaście lat.
Miałam nadzieję, że będziemy spacerować jeszcze długo, gdy przejdę na emeryturę. Na wolniejszych obrotach, jako dwie starsze panie.
A tak tylko wspomnienia mi zostały:
Piesio wyjadający kotom z miseczki, gdy tego nie widzę (lub zachęcany do tego, gdy koty nie dojadły)…..
Piesio czekający z błyszczącymi oczami na dobry kąsek…..
Piesio wylegujący się na słońcu i tarzający na trawie….
Piesio biegający na spacerze i chłodno traktujący napotykane psy, które chciałyby się z nim pobawić….
Piesio rozłożony na dywanie, głaskany po brzuszku i Niki ocierający się o niego z zadowoloną miną…  
Piesio siedzący na kanapie w salonie i szturchający usadowionego obok sąsiada łapką, żeby go głaskał i drapał za uszkami; święcie przekonany, że to do niego goście przychodzą…
Piesio bawiący się z księdzem Ireneuszem, gdy nas wizytował podczas kolędy….
Piesio, ulokowany pod moją pachą, wpatrujący się mądrymi, łagodnymi ślepkami we mnie, gdy czytam książkę we wschodnim pokoju…….
Piesio siedzący mi na kolanach w Andzie w poniedziałek, wielce z siebie zadowolony i uśmiechnięty, którego państwo czekający z jakimś cielakiem nazwali ‘wesołym pieskiem’….

Jakże puste i długie będą jesienne i zimowe wieczory bez towarzystwa Piesia.
Jak zimne będą noce bez szarego, ciepłego futerka tulącego się do mnie (i pal licho okłaczony materac!)…

Wiem, że się jakoś uporam z moją żałobą, ale teraz mi naprawdę bardzo smutno. I to pomimo dużej uwagi, jaką muszę poświęcić Soni, której oko się nadal paprze.
Tęsknota przychodzi na ogół wieczorem, kiedy mam czas pomyśleć i wtedy wspominam i … chlipię.

Posadziłam Piesiowi na grobie mały płożący cis. Niewielki, ale się rozrośnie. Obok – trzy kremowe malwy; mam nadzieję, że przeżyją.
Po pensji zamówię tabliczkę, tak jak dla poprzednich zwierzaków.

I zawsze będę kochać mojego Piesia.
Był jak moje dziecko. I nie wstydzę się tego napisać, a tym bardziej pomyśleć.






Piesio – ostatnia podróż



25 czerwca miałam gości, a następnego dnia – korzystając z ładnej pogody postanowiłam wykąpać Piesia al fresco. Zagrzałam wodę, przygotowałam wszystko i udało się, bez większych protestów. Wytarłam Piesynka i wrzuciłam go na południową stronę, żeby wysechł.
Źle go wyczesałam i na grzbieciku zrobił mu się kundli ondul, a pachniał świeżością i byłam bardzo z siebie zadowolona.
Następnego dnia usłyszałam, że kwacze, tak, jak kilka miesięcy temu, gdy miał kaszel kanelowy, więc pojechałyśmy do Lecznicy. A tam, jak ręką odjął. Piesio rozsiadł mi się na kolanach, przyjmował karesy i zachwyty wszystkich, że już zaczęłam podejrzewać, że to nerwowy kaszel z zazdrości, że teraz zajmuję się też Sonią. Z całą atencją skierowaną na siebie mój Piesynek rozkwitł. Naczekałyśmy się jak w ZOZ-ie, ale gdy w końcu Doktor Dominika nas przyjęła i osłuchała Piesia, nie znalazła nic niepokojącego. Dała mu jakiś zastrzyk i jakieś badziewo stymulujące, które miało mu pomóc zwalczyć ewentualną infekcję.
Może powinnam podać ten środek już tego samego wieczoru, ale podałam dopiero następnego dnia rano.
Po powrocie z pracy usłyszałam silniejszy kaszel Piesia, więc z marszu zabrałam go do Andy. Doktor Małgosia zaaplikowała mu dwa zastrzyki i kazała zameldować po 19:00 jak się czuje. Sama szłam do lekarza na 19:00, ale przed wyjściem zauważyłam, że Piesio zwymiotował jakąś wodnistą wydzieliną z krwią i tak zameldowałam przez telefon. Doktor Małgosia poleciła obserwować Piesia, powiedziała niezobowiązująco o prześwietleniu i o tym, że gdyby się coś działo, to Doktorostwo są na miejscu całą dobę.
Po powrocie do domu zauważyłam jeszcze kilka krwawych plam na podłodze i  wrzasnęłam na Piesia, że jeśli ma zdychać, to żeby to zrobił już i mnie nie męczył. Po czym pojechałyśmy jeszcze raz do Andy. Zrobiono prześwietlenie i wyszło, że Piesio ma zapadniętą tchawicę i światło jej u wlotu do płuc jest niewielkie. Pani Doktor stwierdziła, że Piesynek jest blady i postanowiła podłączyć go pod tlen i zostawić go w Lecznicy na godzinę.  Potem okazało się, że zostanie tam na całą noc. Uprzedziłam, że go odbiorę dopiero po pracy, po południu. Spytałam się, co dalej, bo rozumiem, że namiot tlenowy to doraźne rozwiązanie. Zasugerowała endoskopię tchawicy u doktora Kowalczyka, po którym to badaniu się oceni, czy można robić operację, ale – jak stwierdziła – nie jest to konieczne już teraz.

Następnego dnia po 9:00 zadzwoniłam do Andy i rozmawiałam z Doktor Małgosią. Poinformowała mnie, że Piesio dobrze spędził noc, rano wyszedł z nią na spacer. Obiecałam zjawić się przed 14:00.
Udało mi się nawet wcześniej. Gdy dochodziłam do samochodu na Wilanowskiej, zauważyłam, że dzwoniono do mnie z Andy. Skontaktowałam się czym prędzej i dowiedziałam się, że po zastrzyku podanym ok. 10:00 Piesiowi się pogorszyło i endoskopia stała się bardzo pilna. Zarezerwowano już godzinę badania.
Zjawiłam się w Andzie ok. 12:30 i powiedziano mi, że badanie mam na 17:30, ale mogę już teraz zabrać Piesia z butlą tlenową i jechać. W końcu, czy będzie czekał tu, czy tam to obojętne.

Pognała do chaty, przebrałam się, włączyłam klimę i wróciłam do Lecznicy.
Załadowali mi Piesia po jakimś zastrzyku, wyglądającego na uśpionego. Wyjechaliśmy trochę po 13:00 i mieliśmy jechać do Kliniki na Bemowie. Doktor Danusia dzwoniła, żeby mieli gotowy tlen.
Jechałam tam z Alissą II od Górczewskiej, ale zasugerowano mi, że ekspresówką będzie szybciej i usłuchałam, na moje nieszczęście. Oczywiście pociągnęłam na autostradę i gdy znalazłam się w Brwinowie, zjechałam na parking przy stacji Lotosu i zadzwoniłam do znajomego taksówkarza, żeby przybył mi na odsiecz. Czekałam na niego ok. 20 minut. Gdy w międzyczasie patrzyłam na Piesia, wydawało mi się, że  nie oddycha, ale pomyślałam, że to ten zastrzyk tak go wyciszył.

Gdy przyjechał pan Krzysztof i zaczął mnie prowadzić na Bemowo, stwierdziłam, że nigdy bym  tam sama nie trafiła. Oznakowanie na eksperówce jest do bani.

Gdy zjawiłam się przed 15:00 na Bemowie i zameldowałam, że mam psa pod tlen, kazano mi go wnieść po rampie. Odłączyłam tlen od butli, jak mi pokazała Doktor Dominika, a następnie miałam jeszcze zakręcić drugi kranik. Tylko, że on chyba był zakręcony, a w każdym razie niewiele się poruszył. Rurka, którą Piesio miał w tchawicy była na około 3-4 cm zatkana śluzem z krwią.

Gdy wniosłam Piesia do Kliniki, lekarz spojrzał tylko na niego i powiedział: ‘Ten pies już nie żyje’. ‘To niemożliwe!’ – zawołałam, więc lekarz podłączył jakąś aparaturę. ‘Proszę zobaczyć, serce się nie porusza’. Zachciało mi się płakać. Przyszedł inny lekarz, chyba doktor Kowalczyk. ‘Ale on się rusza’ – powiedziałam. ‘To mięśnie – powiedział – one jeszcze przez jakiś czas będą się poruszały. Bardzo mi przykro. Jeśli pani chce to koleżanki mogą zrobić sekcję zwłok, żeby sprawdzić, dlaczego nie żyje’. ‘Psa mi to nie przywróci, więc jest mi obojętne, dlaczego nie żyje’ – odparłam.
Zadzwoniłam do Andy i poprosiłam o przekazanie Doktor Dominice, że Piesio odszedł w czasie drogi.

Zapakowałam Piesynka do samochodu, wypaliłam papierosa i ruszyłam w drogę powrotną. Jechaliśmy trochę ponad godzinę i to w prawie szczycie.
Wypaliłam dużo i kilkakrotnie musiałam ocierać oczy z nabiegających łez, więc rozmazałam mój makijaż i wyglądałam pewnie jak miś panda.
Wspomnienia przebiegały mi przez głowę i co pewien czas odwracałam się, pewna, że Piesio popatrzy na mnie swoimi mądrymi ślepkami i zamerda ogonkiem.
Ale wiozłam już tylko zimne ciałko.

Po drodze zajechałam do Andy i oddałam butle z tlenem i koce, którymi była zabezpieczona. Zatrzymałam narzutę, na której leżał Piesio; nie chciałam go ruszać.
Przed domem sąsiadów siedział pan Jurek. Zatrzymałam samochód i spytałam o samopoczucie, a następnie, czy wykopie grób dla Piesia. Odmówił, więc pojechałam do siebie.
Wypakowałam Piesia i zaniosłam do salonu.  Potem przyniosłam biała powłoczkę po prababce, rozszywana koronkami i zdobioną falbanami i ułożyłam w niej Piesynka. Pod łepek położyłam poduszeczkę, włożyłam mu Reksia i Łosia Leosia.
Ucałowałam zimny pyszczek i czarny łepek. Ucałowałam łapeczki z pięknymi pazurkami i mięciutkie uszka. Gładziłam pachnące futerko.
Przeprosiłam go za wszystko, co było moją winą. Za to, że zmyliłam drogę i za długo go wiozłam do Kliniki, co może dla niego było być albo nie być. Podziękowałam za to, że był ze mną przez te 11 lat. Obiecałam, że zawsze go będę kochać i pamiętać.
Czekałam, aż się ochłodzi, żeby sama wykopać grób dla Piesia.
W międzyczasie zadzwoniłam do Basi, żeby jej powiedzieć o Piesiu. Gdy z nią rozmawiałam do bramy zadzwonił sąsiad, którego ruszyło sumienie i postanowił jednak mi pomóc.

Piesio spoczywa niedaleko Alissy II, z łepkiem w kierunku południa; on tak lubił wygrzewać się na słoneczku. Na teraz zasadzę mu jakieś kwiatki, a na jesieni kupię jakiegoś iglaka, który nie ma za długich korzeni, żeby nie wrastały w mojego Piesynka.

niedziela, 3 lipca 2016

Piesio, Katia & Niki i Sonia



Wieki nie pisałam nic o moich zwierzakach, a wiele się wydarzyło.
Od 25 maja jest z nami Sonia. To ruda owczarkowata sunia, którą straż miejska złapała jakieś półtora roku temu na jakiejś opuszczonej działce i przywiozła do Andy. Tam ją wysterylizowano i przygotowywano do adopcji, ale Sonia uciekła i miesiące włóczyła się po polach w sąsiedztwie. W końcu ją przygarnęła sąsiadka – pani Teresa, która ma też innego psa. Sonia była trochę wolny strzelec; nie lubiła zamknięcia i ciągle się wymykała. Nie dała się zbliżyć, więc nie była zabezpieczona przed kleszczami i miała dwa razy babeszi z transfuzjami. Pani Teresa chciała sunię zatrzymać, jej małżonek mniej, gdyż przekopywała mu ogród.
Jakoś w marcu dowiedziałam się, że pani Teresa miała 2 udary i w trakcie badań wykryto u niej nowotwór mózgu. Szkoda mi było człowieka – dobrego i miłosiernego dla zwierząt, ale od razu pomyślałam, że gdyby coś się jej stało – małżonek raz dwa wyjedzie na Soni. Toteż przy najbliższej okazji powiedziałam mu dyplomatycznie, że jeśliby pani Teresa nie mogła się suczką opiekować, to ja się nią zaopiekuję. Wydawało się jasne. Potem Soni nie widziałam 2 weekendy (a zawsze dawałam jej parówkę i kawałki kabanosa przez ogrodzenie). W końcu kwietnia, w trakcie pobytu w Adzie po obróżkę przeciw-kleszczową dla Piesia, zobaczyłam na tablicy zwierząt do adopcji zdjęcie Soni. Nikt mi nie potrafił powiedzieć, jak tam trafiła, do tego pani, która wyprowadza psy schroniskowe na spacer, właśnie z nią wracała i suka nie chciała wejść do kojca, więc była ciągnięta po podłodze na smyczy.
Zdenerwowałam się i do północy nie spałam. Ciągle widziałam oczy tego zwierzaka i gdybym spotkała pana Stanisława, tobym mu zdrowo nawtykała.
Nazajutrz zadzwoniłam do Andy, do pani Agnieszki, która zajmuje się schroniskiem i zadeklarowałam, że wezmę Sonię. Uprzedziła mnie, że to trudny pies. Byłam tego świadoma, więc zaproponowałam, że będę ją przez miesiąc do 25 maja wyprowadzała na spacery, żeby się przyzwyczaiła. I tak było. Sonia gnała jak meteor, a ja za nią. Po chwili jakiś zapach ją interesował, więc go kontemplowała 2 minuty. I znowu galop….
Gdy chciałam ją pierwszego dnia pogłaskać po łepku, aż przypadła ze strachu do ziemi, a przecież mnie znała….
Nabawiłam się bólu kręgosłupa przez tą szarpaninę i w końcu kupiłam dławik. Trochę pomogło. Zawsze jej przynosiłam parówkę i kabanoski, więc oblizywała się już na mój widok. Ostatnie kilka dni zabierałam ją na kilka minut do nas, żeby poznała inne zwierzaki i zawsze dawałam coś do jedzenia. Piesio przywitał przybyszkę chłodno, koty uciekały, a Sonia chciała je gonić.
W końcu 25 maja, przed Bożym Ciałem, po którym miałam długi weekend przyprowadziłam Sonię do domu. Nakarmiłam przed domem i puściłam do tylnego ogrodu…. I na tym się nasza komitywa skończyła; Sonia nie dała się do siebie zbliżyć. Stwierdziłam, że bez smyczy nie wezmę jej na spacer, bo mi zwieje nie wiadomo gdzie, więc siedziała w swoim dużym kojcu. I zaczęła mi przekopywać moją dopiero wysianą łąkę. Zakopywała dziury i jej odchody i szlag mnie trafiał.  Sąsiad Mietek zrobił jej piękną ocieplaną budę, do której nie chce wchodzić. Wywlokła tylko z niej kołderkę. Wyżyła się też na materacyku w kocim domku i koleżanka zbierała kawałki pociętej gąbki z całej działki.

Gdy Piesio wchodził na jej teren, sunia bardzo się cieszyła; merdała ogonem i biegła polizać mniejszą koleżankę po łepku, ale mój mały egoista nie odpowiadał na te awanse. Chyba był obrażony, ze inny pies się pojawił w naszej rodzinie.

Któregoś dnia, po 10 dniach pobytu, zdecydowałam się zabrać Sonię z Piesiem na spacer. Piesio wyszedł pierwszy, a Sonię chciała złapać w furtce na smycz, ale okazała się szybsza. Towarzyszyła nam na spacerze, nawet mnie dotykała pyszczkiem, ale nie weszła na posesję i pobiegła na swoje dawne śmieci, przywitać się ze znajomymi. Trzy dni urzędowała na działce brata, przychodząc na posiłki i uważając, by brama była otwarta. Potem jakoś weszła do środka i bywało, że wchodziła bez problemu, a czasem trzeba się było postarać. Miała też zwyczaj wybiegania na zewnątrz, gdy ja wyjeżdżałam samochodem, ale najczęściej leżała wtedy pod bramą.

Tak dotrwałyśmy do mojego czerwcowego urlopu. Na spacery wychodziłyśmy razem, potem bywało różnie. W środę – 22 czerwca musiałam wyjechać do Warszawy załatwić kilka spraw i nie miałam czasu polować na Sonię po spacerze. Zostawiłam ją na zewnątrz, pewna, że ją zastanę pod bramą po powrocie. Ale nie zastałam. Wołałam i wołałam i wreszcie weszła i wtedy zauważyłam coś dziwnego na jej mordce. Gdy przyjrzałam się baczniej zobaczyłam, że jej lewe oko jest poza oczodołem… Aż mi się słabo zrobiło, tym bardzie, że Sonia nie jest psem, którego się weźmie do samochodu i zawiezie do Veta. Przypomniałam sobie, że mam jeszcze nasennik, który dostałam w Andzie na polowanie na Lusię. Zadzwoniłam do Lecznicy i spytałam, czy mogę jej podać. Jak najbardziej, a gdy już będzie trącona, to mam ją przywieźć – usłyszałam. Przygotowałam jedzenie z lekiem, dodałam jeszcze pół puszki gulaszu angielskiego na lepszy smak i zaczęłam przywoływać sukę. Nie wiem, gdzie była. Chodziłam i wołałam. Chyba dopiero po jakiejś godzinie przyszła, pojadła przy otwartej bramie, odeszła, znowu pojadła. Zaczęłam jej rzucać kawałki wędzonego boczku, byle ją wywabić od bramy i w końcu udało mi się zamknąć Sonię w środku. Gdy położyła się pod forsycją i nie usiłowała uciekać, gdy się zbliżyłam, załadowaliśmy ją z panem Adamem do samochodu i zawiozłam ją do Andy. Natychmiast trafiła na stół operacyjny. Było ok. 17:00. Odebrałam ją ok. 20:00 z kołnierzem hiszpańskim, porcją antybiotyków i zaszytym okiem, które ma się goić, bez gwarancji, że zostanie uratowane. Za jedyne 460 PLN.
Są upały więc rana się babrze, zmieniono jej antybiotyk, a teraz mam zaleconą konsultację u okulisty w Warszawie. Jedziemy jutro, więc dzisiaj wsadziłam sunię do dryndy i przewiozłam kawałek, żeby zobaczyć, czy na trzeźwo wytrzyma w samochodzie i wygląda, że jej się tam podoba, bo już ponad 4 godziny tam poleguje na tylnej kanapie.