Pod
koniec września gościła u mnie kuzynka z USA z mężem. Nie widziałam Anity ok.
10 lat, tylko konwersujemy przez telefon w niedzielne popołudnia.
Zabrałam
moje koty z pokoju wschodniego i przeniosłam do mojej sypialni, żeby nie
przeszkadzały gościom. Właziły czasem na ich łóżko, ale na noc zabierałam je do
siebie.
Anita
rozpieszczała Piesio, bo uwielbia psy. Josh woli koty, więc Katia mizdrzyła się
do niego, a i Niki czasem zaszczycił towarzystwem.
W
trakcie krótkiego wypadu do Zamościa, nieoceniona Pani Henia zaopiekowała się
moimi czworonogami. Nakarmiła, ułożyła w łóżeczkach i zadzwoniła do mnie, żeby
zdać relację.
Po
wyjeździe Anity i Josha jesień już rozgościła się na dobre. Kilkanaście dni
temu, w końcu tygodnia, były spore przymrozki w nocy (do minus 5
stopni) i wszystkie moje rośliny liściaste padły. Potem kilka opadów i
zmarznięte liście dzikiego wina zamieniły się w mokre żaby.
Moim
kotkom takie pogody zdają się nie przeszkadzać. Bywają w domu na zmianę: Niki w
nocy, a Katia w dzień. Nie mam pojęcia, gdzie moja mała kitulka spędza noce,
gdy nie przychodzi na moje wołanie. Rano, jeśli się zjawi przed moim wyjściem
do pracy, nie wydaje się głodna. Pomamle trochę parówki z indyka, dystyngowanie
pochłepce mleczka (koniecznie podgrzanego) i wrzucam ją z Piesiem na piętro.
Chyba śpią przez cały dzień, a gdy wracam, szybką chcą wyjść z domu. Katia
wpadnie jeszcze na chwilę wieczorem i potem znika.
Wołam
i gwiżdżę przed 22:00 i pewnie sąsiedzi myślą, że zgłupiałam ze szczętem, ale
szkoda mi mojej drobniutkiej kici.
Nikiego
staram się nakarmić, nim wyjdzie rano. Potem się wałęsa po polach i wraca
dopiero, gdy przyjeżdżam. To znaczy, pewnie w ciągu dnia przychodzi, ale mnie
nie ma i biedak idzie znów w pola.
Moim
biednym kotom zupełnie się wszystko myli. Rano jeszcze ciemno, po południu już
też coraz ciemniej. Za tydzień, po zmianie czasu, będę wychodzić i wracać o
ćmoku.
Martwię
się o moje kotki, gdy nastaną mrozy i śniegi. Katia jest bystrzejsza i wie, że
na werandzie jest budka i miseczka z suchą karmą, ale mój głupiutki Niki…
Pamiętam,
że kilka lat temu, jeden z moich warszawskich kotów – Niuniko – zaginął mi
właśnie po zmianie czasu, bo pewnie przychodził jeszcze za dnia, a mnie jeszcze
nie było i poszedł sobie w świat.
Będę
musiała popertraktować z sąsiadką, żeby je wpuszczała do domu, jeśli zobaczy,
że się kręcą. Bo trzeba im pomóc przetrwać ten okres nocy i lodu.
Niki
nadal jest żarłokiem, chociaż z drugiej strony, jeśli się wypości przez cały
dzień, to trudno się dziwić, że rzuca się na jedzenie, gdy już mu je postawią.
Niki potwierdza moją opinie o graniastych kotach mlekopijach. Bardzo lubi
ciepłe mleczko. Tak głośno je chłepce swoim małym jęzorkiem.
Nadal
jest KOTEM, to znaczy nie lubi karesów, mój dotyk znosi na zasadzie: ‘Daje mi
jeść, to niech mnie pogłaszcze, jeśli chce’, ale widać, że przyjemności mu to
nie sprawia. Dobrze, że chociaż Katia
jest przylepa, chociaż wolałabym, żeby trochę częściej sypiała w domu. Kto to
słyszał, taka młoda panienka, żeby się tak szlajała !!!!!


