Moja
mała kitulka jest uratowana.
Poszłam
do niej przed 6:00. Nadal siedziała na drzewie i miauczała na mój widok.
Zadzwoniłam
do Straży Pożarnej, zgłaszając, że kicia nadal jest na swoim miejscu. Pan
polecił zadzwonić ok. 8:00. Wróciłam do chaty, napiłam się czegoś ciepłego i
poszłam z Piesiem na spacer.
O
7:30 znów byłam na moim posterunku przy Katii. Tym razem pojechałam już moją
gablotą i zabrałam kontenerem.
Jakieś
wrony latały nad jej głową i bałam się, że ją skaleczą, lub – gdy będzie
chciała się obronić – spadnie z drzewa, a pod nim kostka granitowa. Zaczęłam
płoszyć ptaszydła. Katia miauczała żałośnie. Zauważyłam, że podpełzła trochę
wyżej i usadowiła się w rozgałęzieniu sosny, więc już chociaż nie wisiała.
Przed
8:00 zadzwoniłam do właścicieli posesji i spytałam, czy zezwolą Straży Pożarnej
zdjąć kicię z ich drzewa. Pan się zgodził i poinformował mnie, że są w domu do
9:00 – 9:30.
Zadzwoniłam
do Straży Pożarnej i przyjęto ode mnie zgłoszenie. Prosiłam, żeby byli do 9:00,
bo właściciele działki, na której urzęduje moja kicia, wyjadą potem do pracy.
Pan jakoś mnie spławił, ale po chwili zadzwonił i wypytał o imię, nazwisko oraz
numer posesji. Obiecał, że postarają się być do 9:00.
Trochę
spacerowałam, a jak zmarzłam, wchodziłam do samochodu.
Przez
poprzedni dzień i noc wypaliłam półtorej paczki papierosów i mnie mdliło.
Przed
9:00 przyjechał wóz strażacki. Młodzi chłopcy zaczęli żartować, że pewnie
podałam kotu kwaśne mleko, skoro uciekł tak wysoko. Poinformowali, że zaraz
przyjedzie podnośnik. I czekaliśmy.
Wreszcie
zjawił się podnośnik na sygnale. Trochę trwały przygotowania do operacji i
wreszcie 2 strażaków wsiadło do gondoli i ramię podnośnika zaczęło się unosić.
Nad
Katią było jeszcze parę metrów sosny i bałam się, że przerażone zwierzątko da
dyla w górę. Ale moja malutka, chyba zrozumiała, że chcemy jej pomóc, bo dała
się zdjąć z sosny bez walki. Gdy gondola była nad ziemią, podałam kontenerem i
strażak trzymający kicię, włożył ją do środka. Wtedy dopiero się rozdarła.
Zaniosłam
ją szybko do samochodu, a strażacy w międzyczasie odjechali i nawet nie
zdążyłam im podziękować. Zrobię to w piątek, gdy znów będą na dyżurze.
Podziękowałam tylko panom z podnośnika.
Zawiozłam
Katię do domu i dałam jeść. Była bardzo wygłodzona.
Niki
oszalał z radości na jej widok. Ona też była szczęśliwa, obwąchiwała wszystko.
Potem
wpakowałam znów do kontenerka i pojechaliśmy z nią i Piesiem (do towarzystwa)
do Lecznicy na oględziny.
Ranka
po sterylizacji goi się ładnie. Futerko już porasta na brzuszku. Gorączki nie stwierdzono, ale kazano ją obserwować.
Po
powrocie do domu Katia znów zjadła; tym razem pierś z kurczaka, której część
zjadł Niki w poniedziałek i która leżała w lodówce. Normalnie – nawet nie
ruszyłaby tak ‘starego’ mięsa.
Następnie
kotki ułożyłam we wschodnim pokoiku i dałam im pospać.
Katia
miała jeszcze w tym dniu jakby lekki strach przed zeskakiwaniem z kuchennego
blatu. Ona, która w wieku 2 miesięcy śmigała po szafkach.
Teraz
jest bardziej wyciszona i nie oddala się zanadto od domu. I niech tak
pozostanie.
Dla
Piesia – tytułem podziękowania za towarzystwo w poszukiwaniu Katii – zakupiłam
nową obróżkę przeciw-kleszczową. Szarą ‘Foresto’ – będzie pasować do szarego
futerka.






