czwartek, 29 października 2015

Piesio i Katia & Niki









Pod koniec września gościła u mnie kuzynka z USA z mężem. Nie widziałam Anity ok. 10 lat, tylko konwersujemy przez telefon w niedzielne popołudnia.
Zabrałam moje koty z pokoju wschodniego i przeniosłam do mojej sypialni, żeby nie przeszkadzały gościom. Właziły czasem na ich łóżko, ale na noc zabierałam je do siebie.
Anita rozpieszczała Piesio, bo uwielbia psy. Josh woli koty, więc Katia mizdrzyła się do niego, a i Niki czasem zaszczycił towarzystwem.
W trakcie krótkiego wypadu do Zamościa, nieoceniona Pani Henia zaopiekowała się moimi czworonogami. Nakarmiła, ułożyła w łóżeczkach i zadzwoniła do mnie, żeby zdać relację.

Po wyjeździe Anity i Josha jesień już rozgościła się na dobre. Kilkanaście dni temu,  w końcu tygodnia,  były spore przymrozki w nocy (do minus 5 stopni) i wszystkie moje rośliny liściaste padły. Potem kilka opadów i zmarznięte liście dzikiego wina zamieniły się w mokre żaby.
Moim kotkom takie pogody zdają się nie przeszkadzać. Bywają w domu na zmianę: Niki w nocy, a Katia w dzień. Nie mam pojęcia, gdzie moja mała kitulka spędza noce, gdy nie przychodzi na moje wołanie. Rano, jeśli się zjawi przed moim wyjściem do pracy, nie wydaje się głodna. Pomamle trochę parówki z indyka, dystyngowanie pochłepce mleczka (koniecznie podgrzanego) i wrzucam ją z Piesiem na piętro. Chyba śpią przez cały dzień, a gdy wracam, szybką chcą wyjść z domu. Katia wpadnie jeszcze na chwilę wieczorem i potem znika.
Wołam i gwiżdżę przed 22:00 i pewnie sąsiedzi myślą, że zgłupiałam ze szczętem, ale szkoda mi mojej drobniutkiej kici.

Nikiego staram się nakarmić, nim wyjdzie rano. Potem się wałęsa po polach i wraca dopiero, gdy przyjeżdżam. To znaczy, pewnie w ciągu dnia przychodzi, ale mnie nie ma i biedak idzie znów w pola.

Moim biednym kotom zupełnie się wszystko myli. Rano jeszcze ciemno, po południu już też coraz ciemniej. Za tydzień, po zmianie czasu, będę wychodzić i wracać o ćmoku.
Martwię się o moje kotki, gdy nastaną mrozy i śniegi. Katia jest bystrzejsza i wie, że na werandzie jest budka i miseczka z suchą karmą, ale mój głupiutki Niki…
Pamiętam, że kilka lat temu, jeden z moich warszawskich kotów – Niuniko – zaginął mi właśnie po zmianie czasu, bo pewnie przychodził jeszcze za dnia, a mnie jeszcze nie było i poszedł sobie w świat.
Będę musiała popertraktować z sąsiadką, żeby je wpuszczała do domu, jeśli zobaczy, że się kręcą. Bo trzeba im pomóc przetrwać ten okres nocy i lodu.

Niki nadal jest żarłokiem, chociaż z drugiej strony, jeśli się wypości przez cały dzień, to trudno się dziwić, że rzuca się na jedzenie, gdy już mu je postawią. Niki potwierdza moją opinie o graniastych kotach mlekopijach. Bardzo lubi ciepłe mleczko. Tak głośno je chłepce swoim małym jęzorkiem.
Nadal jest KOTEM, to znaczy nie lubi karesów, mój dotyk znosi na zasadzie: ‘Daje mi jeść, to niech mnie pogłaszcze, jeśli chce’, ale widać, że przyjemności mu to nie sprawia.  Dobrze, że chociaż Katia jest przylepa, chociaż wolałabym, żeby trochę częściej sypiała w domu. Kto to słyszał, taka młoda panienka, żeby się tak szlajała !!!!!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz