piątek, 26 lutego 2016

Piesio i Katia & Niki



Już koniec lutego i Bogu dzięki.  Ta zima – poza jednym dużym opadem śniegu nie dała się szczególnie we znaki. Mrozów też za bardzo nie było. I mam nadzieję, ze będzie coraz cieplej.

Już jest widniej i po powrocie z pracy mogę, tak od razu z marszu, wyjść z Piesiem na krótki spacerek w pole. Po drodze zabieram worek chleba z ziarnem dla ptaków polnych i postruganą marchewkę dla sarenek. Marchew znika, więc mam nadzieję, że to sarenki, a nie dziki.
Sarenki wprawdzie gardzą sianem, zdobytym przez moją kuzynkę od sąsiada rolnika, ale może jeszcze później się skuszą. Na pewno polegiwały na nim trochę, bo jest lekko ugniecione. Teraz zresztą mają brzozowe gałązki z drzew ściętych przez syna sąsiadki pod budowę domu; było kilka dni ciepłych, więc drzewa już zaczęły puszczać młode listki i tak sarenki mają świeżą karmę.

Otwierając teraz bloga przeczytałam pierwsze strony i dobrze, bo bym przegapiła urodziny Piesia w dniu 5 marca. Mój Piesynek skończy 11 lat. Jest już stateczną panią, ale na szczęście nie widać tego po niej. Jest wariat i pieszczoch, jak zawsze. No i szczekacz straszny. Ale przede wszystkim jest moim kochanym Piesiem.
Któregoś dnia siedząc już w łożu głaskałam piesiowe łapki; jakie mięciutkie i delikatne futerko. Jak aksamit.

Jeśli chodzi o futra, to moje koty, mimo, że rodzeństwo, mają zupełnie różne okrycia. Katia ma krótsze i jakby ostrzejsze. Futerko Nikiego jest odrobinę dłuższe i mięciutkie, jak królicze.
Moje kitulki spędzają teraz dni na dworze i gdy wracam, zmarznięte wpadają do domu. Niki jest zawsze bardzo głodny, to znaczy, że nie idą mu specjalnie łowy. Katia jest wybredna; nie wszystkie saszetki lubi. Czasem coś poliże, ale jakby z łaski. Obydwoje lubią mleko; daję im skondensowane z gorącą wodą, bo łatwiejsze w obsłudze niż normalne do podgrzania.
Potem się układają obok siebie i śpią do wieczora. Często chowają sobie nawzajem nosy w futerku na brzuchu. Fajne są, chociaż Niki nadal jest kocim indywidualistą.

Od okresu sprzed Świąt po lesie obok Jasnej biega bezpańska suczka. Czarny kundelek. Na początku było widać jeszcze wyciągnięte po szczeniakach cycuszki.  Okazuje się, że to już druga sunia, o której mi wiadomo, uciekinierka z Andy. Te największe mrozy biedna psina przeżyła na świeżym powietrzu. A nie ma długiego futerka. Jest już zdziczała i nie daje się złapać; jakaś kobieta z Andy ponoć na nią polowała.  W Lecznicy nie kazali jej karmić, że może się połaszczy na jakieś ichnie jadło z usypiaczem.  Ale się nie połaszczyła i bez pomocy ludzi dawno by odwaliła kitę. Sama ją dokarmiam, bo ostatnio miała już brzuch pod krzyżem. Codziennie rano rzucam jej parówki lub kiełbasę. Przez dwa dni ją widziałam; wczoraj – gdy otwierałam puszkę z mielonką krakowską ażsię oblizywała. Dziś jej nie było, więc tylko jej rzuciłam kiełbasę pod drzewo. Ale nie mam pewności, czy to ona zjada, czy sroki, które urzędują w dzień na drzewach.
Chciałabym, żeby udało się ją złapać, bo może ktoś ją przygarnie, oswoi. Biedna Lusia, czy też Lassie (co za imię dla gładkowłosego kundelka z cienkim ogonkiem????).

Martwię się też o inną sunię – poprzednią uciekinierkę z Andy – Sonię, rudą w typie owczarka belgijskiego. Też wałęsała się miesiącami po polach, aż wreszcie sąsiadka – pani Teresa - ją przygarnęła. Tylko jej się pozwoli zbliżyć i vice versa. Mąż – nie bardzo był zachwycony, bo Sonia przekopuje ogródek, który on pielęgnuje. Z ichnim psem sunia ma dobre stosunki. Wydawałoby się, że wreszcie psina pożyje jak Pan Bóg przykazał. Ale nie! Okazuje się, że pani Teresa miała 2 udary, jest w szpitalu i podobno ma raka mózgu…  Pamiętam, że jej matka zmarła na raka i ona sama też chyba coś miała parę lat temu.
Jeśli coś się stanie z panią Teresą, to pewnie Sonia straci swój dom. Modlę się o zdrowie dla tej fajnej, dobrej istoty i dla niej samej i dla tej psiny.
Tak myślałam, że w razie czego może bym ją wzięła, chociaż Sonia warczała na Piesia w polu. Ach pieskie to życie!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz