Czas
leci jak z bicza strzelił. Był październik, teraz już styczeń 2015, a ja długie
miesiące nie pisałam nic o moich zwierzakach.
Moje
kotki już są duże – mają prawie 8 miesięcy.
Dopóki
było cieplej wypuszczałam je do ogrodu, ale niestety moi podopieczni nie
reagują na żadne wołania i kiciania. Katia, na ogół, wcześniej przychodziła, bo,
podejrzewam, było jej zimno. Ona jest nadal smukła i długonoga i nie ma
tłuszczyku za grosz. Niki jest bardziej korpulentny i - z uwagi na żarłoczność
– ma trochę naturalnego cieplika, więc potrafił mi zniknąć na ponad godzinę. Na
moje nawoływania tylko wzruszał ramionami i oddalał się w inną stronę. Kilka
razy zostawiłam go na zewnątrz i pojechałam na zakupy do Auchan; bardzo chętnie
wracał potem do domu, bo mu pewnie 4 litery zmarzły.
Zakupiłam
im piękne aksamitne obróżki z dzwoneczkami: czerwoną dla Katii i granatową dla
Nikiego; kicia wygląda w swojej po prostu prześlicznie. Kitulek zgubił swoją
gdzieś na spacerze. Zakupiłam mu nową, tym razem już czarną z brylantami w
supermarkecie i też ją zgubił. Potem się okazało, że obydwie zostały zaczepione
na sztachecie ogrodzenia, przy podmurówce; Niki - jako mały kotek - przechodził
na dalsze spacery tamtędy pod
ogrodzeniem i próbował się przecisnąć tą samą drogą jako podrostek.
Moje
kotki nabrały zwyczaju wchodzenia na moje łoże, gdy już umyta i odziana w
szlafrok się na nim usadowię. Niki pakuje mi się wtedy na nogi i zaczyna
ugniatać, po czym zwija się w kłębek i zasypia. Katia na początku bardzo się
wtedy nudziła i biegając po mojej sypialni,
pokwękiwała, szukając miejsca, gdzie jeszcze nie wskoczyła. Była już na szafie,
na moim lustrze od toaletki; spogląda tęsknie na lampę wiszącą. Ostatnio jednak układa się obok Nikity na
moich kolanach i albo zasypia, albo wylizuje karczek swojego brata.
Pod
koniec października – Niki zaczął wykazywać nadmierne zainteresowanie
podogoniem swojej siostry. Zadzwoniłam do Lecznicy, żeby się spytać, czy to
możliwe, żeby mój malutki Niki już dojrzał i kazano go przywieźć, celem
obejrzenia klejnotów. Wsadziłam więc kitulka do kontenerka i pojechaliśmy z
Piesiem (oczywiście). Konsylium Vetów obadawszy Nikitę – stwierdziło, że już
się nadaje. Nie ustalałam jeszcze terminu i wróciliśmy do domu.
Wieczorem,
kiedy Niki przyszedł jak zwykle na moje łóżko i położył się na moich
piernatach, stwierdziłam, że on jest jeszcze taki mały, ma dopiero 6 miesięcy i
szkoda go już kroić. Postanowiłam odłożyć sterylizację kitulka o kilka tygodni.
Aliści,
byłam kilka dni później w Lecznicy po karmę dla Piesia i postraszono mnie, że
Katia może mieć niezauważalną dla mnie ruję, którą Niki wyczuje i mogę się
dorobić niechcianych kociąt.
Więc
już odłożyłam moje sentymenty na bok i umówiłam się na operację na sobotni
poranek 8 listopada.
Zawiozłam
kotka na czczo tuż po 8:00 rano i poprosiłam, żeby go za długo nie trzymali w
oczekiwaniu, bo on zawsze był w Lecznicy z Katią i teraz pomiaukiwał żałośnie
samiutki w kontenerku.
Dali
mu więc od razu głupiego Jasia i obiecali zadzwonić, jak tylko Niki będzie do
odbioru.
Przywiozłam
go po 11:00, w kołnierzu hiszpańskim, bo bardzo sobie tą dupinę chciał
wylizywać.
Ten
pierwszy dzień był dla kitulka najgorszy, bo ciągle się o coś zawadzał tym chomontem.
Jeść mógł na szczęście, bo miseczka mieściła się w kołnierzu. Drugiego dnia
było lepiej, bo już nawet trochę się z Katią bawił. Na moment zresztą się
uwolnił z kołnierza, bo o coś zaczepił. W trzecim dniu pozbył się kołnierza,
więc zadzwoniłam do Lecznicy, żeby zapytać, czy mam go nadal ubierać w ten
rekwizyt. Poinformowano mnie, że jeśli nie będzie starał się wylizywać ranki,
to można go zostawić w spokoju. Niki nigdy nie był specjalnym czyściochem, a
ranka mu już nie dokuczała, więc do wizyty kontrolnej pozostawiłam go wolnego i
swobodnego. Na wizycie okazało się, że ranka dobrze się goi, więc oddałam
kołnierz i kitulek biegał sobie już luzem.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz