niedziela, 4 stycznia 2015

Piesio i Katia & Niki









Czas leci jak z bicza strzelił. Był październik, teraz już styczeń 2015, a ja długie miesiące nie pisałam nic o moich zwierzakach.
Moje kotki już są duże – mają prawie 8 miesięcy.
Dopóki było cieplej wypuszczałam je do ogrodu, ale niestety moi podopieczni nie reagują na żadne wołania i kiciania. Katia, na ogół, wcześniej przychodziła, bo, podejrzewam, było jej zimno. Ona jest nadal smukła i długonoga i nie ma tłuszczyku za grosz. Niki jest bardziej korpulentny i - z uwagi na żarłoczność – ma trochę naturalnego cieplika, więc potrafił mi zniknąć na ponad godzinę. Na moje nawoływania tylko wzruszał ramionami i oddalał się w inną stronę. Kilka razy zostawiłam go na zewnątrz i pojechałam na zakupy do Auchan; bardzo chętnie wracał potem do domu, bo mu pewnie 4 litery zmarzły.
Zakupiłam im piękne aksamitne obróżki z dzwoneczkami: czerwoną dla Katii i granatową dla Nikiego; kicia wygląda w swojej po prostu prześlicznie. Kitulek zgubił swoją gdzieś na spacerze. Zakupiłam mu nową, tym razem już czarną z brylantami w supermarkecie i też ją zgubił. Potem się okazało, że obydwie zostały zaczepione na sztachecie ogrodzenia, przy podmurówce; Niki - jako mały kotek - przechodził na  dalsze spacery tamtędy pod ogrodzeniem i próbował się przecisnąć tą samą drogą jako podrostek.

Moje kotki nabrały zwyczaju wchodzenia na moje łoże, gdy już umyta i odziana w szlafrok się na nim usadowię. Niki pakuje mi się wtedy na nogi i zaczyna ugniatać, po czym zwija się w kłębek i zasypia. Katia na początku bardzo się wtedy nudziła i biegając po mojej sypialni,  pokwękiwała, szukając miejsca, gdzie jeszcze nie wskoczyła. Była już na szafie, na moim lustrze od toaletki; spogląda tęsknie na lampę wiszącą.  Ostatnio jednak układa się obok Nikity na moich kolanach i albo zasypia, albo wylizuje karczek swojego brata.

Pod koniec października – Niki zaczął wykazywać nadmierne zainteresowanie podogoniem swojej siostry. Zadzwoniłam do Lecznicy, żeby się spytać, czy to możliwe, żeby mój malutki Niki już dojrzał i kazano go przywieźć, celem obejrzenia klejnotów. Wsadziłam więc kitulka do kontenerka i pojechaliśmy z Piesiem (oczywiście). Konsylium Vetów obadawszy Nikitę – stwierdziło, że już się nadaje. Nie ustalałam jeszcze terminu i wróciliśmy do domu.
Wieczorem, kiedy Niki przyszedł jak zwykle na moje łóżko i położył się na moich piernatach, stwierdziłam, że on jest jeszcze taki mały, ma dopiero 6 miesięcy i szkoda go już kroić. Postanowiłam odłożyć sterylizację kitulka o kilka tygodni.
Aliści, byłam kilka dni później w Lecznicy po karmę dla Piesia i postraszono mnie, że Katia może mieć niezauważalną dla mnie ruję, którą Niki wyczuje i mogę się dorobić niechcianych kociąt.
Więc już odłożyłam moje sentymenty na bok i umówiłam się na operację na sobotni poranek 8 listopada.
Zawiozłam kotka na czczo tuż po 8:00 rano i poprosiłam, żeby go za długo nie trzymali w oczekiwaniu, bo on zawsze był w Lecznicy z Katią i teraz pomiaukiwał żałośnie samiutki w kontenerku.
Dali mu więc od razu głupiego Jasia i obiecali zadzwonić, jak tylko Niki będzie do odbioru.
Przywiozłam go po 11:00, w kołnierzu hiszpańskim, bo bardzo sobie tą dupinę chciał wylizywać.
Ten pierwszy dzień był dla kitulka najgorszy, bo ciągle się o coś zawadzał tym chomontem. Jeść mógł na szczęście, bo miseczka mieściła się w kołnierzu. Drugiego dnia było lepiej, bo już nawet trochę się z Katią bawił. Na moment zresztą się uwolnił z kołnierza, bo o coś zaczepił. W trzecim dniu pozbył się kołnierza, więc zadzwoniłam do Lecznicy, żeby zapytać, czy mam go nadal ubierać w ten rekwizyt. Poinformowano mnie, że jeśli nie będzie starał się wylizywać ranki, to można go zostawić w spokoju. Niki nigdy nie był specjalnym czyściochem, a ranka mu już nie dokuczała, więc do wizyty kontrolnej pozostawiłam go wolnego i swobodnego. Na wizycie okazało się, że ranka dobrze się goi, więc oddałam kołnierz i kitulek biegał sobie już luzem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz