Minęły
miesiące od ostatniego wpisu. Minęła wiosna i lato. Jest początek września.
W
międzyczasie – od końca kwietnia – przechodziłam z jednego remontu w drugi i
moje zwierzaki bardzo to przeżywały. Zwłaszcza kitulki.
W
trakcie pierwszego etapu – rozdzielenia systemu centralnego ogrzewania, gdy pan
Piotr i Tomek hałasowali wiertarkami i młotami w mojej części, kotki weszły do
którejś z szaf w pokoju brata w starej części i tam sobie smacznie spały.
Kurz
i pył dokuczał nam wszystkim, a dodatkowo Katia ma zwyczaj pchać się pod nogi
monterom i roznosi na łapkach wszystko, co tylko sypie się ze ścian.
Piesio
był szczęśliwy, bo pan Piotrek uwielbia psy i okazywał mojej suni całe swoje
uwielbienie; ze wzajemnością, jak to u Piesia.
Potem
wszedł pan Wiesław – malarz rodzinny i znowu był bałagan. Katia parę razy
pobrudziła sobie futerko farbą, bo ciągle się o jakieś ściany ocierała.
Potem
były porządki i poprawki, bo niestety, mój mistrz się posunął w latach i zrobił
na odpieprz się. Byłam wściekła, bo poza sufitem, to sama bym pomalowała nie
gorzej od niego.
W
tym całym bałaganie zawsze się starałam, żeby moje futrzaki miały jakieś
schludne posłania, żeby mogły się wyspać w czystych łóżeczkach i zawsze, ale to
zawsze, zaczynałam porządki we wschodnim pokoju, gdzie spędzają najwięcej
czasu.
Czerwiec
mieliśmy w miarę spokojny. Kotki – wykorzystując ładną pogodę – często znikały
na całe dni, a czasem i noce.
Trochę
się obawiałam i nadal obawiam, bo syn pana Adama, sąsiada na działce, nabrał
obyczaju przywożenia swoich wilczurów na wybieg. Ponieważ niszczą ich działkę,
zaczął je wyprowadzać w pole. Prosiłam go, aby psy biegały w kagańcach, z uwagi
na moje koty, które chodzą po naszych polach. Coś mętnie tłumaczył, że
niespełna roczny Haker zjadł kaganiec starego Carlosa, ale wydawało mi się, że
stać go na nowe akcesoria. Nic bardziej
mylnego. Ciągle słyszałam samochód (wypasiona bryka) wjeżdżający z piskiem opon
na naszą drogę i potem nawoływania trzech przygłuchych pokoleń rodziny P.: ‘Haker,
no chodź tutaj!’ ‘Carlos, nie ruszaj!’, ‘Haker do nogi!’. A psy niewyszkolone,
mają w poważaniu te pokrzykiwania. W końcu ostatniej soboty powiedziałam synowi
pana Adama, że nie życzę sobie, żeby jego psy biegały po moich działkach i mam
nadzieję, że poskutkuje.
Potem
moja ekipa hydrauliczna, w jeden z najupalniejszych dni robiła przyłącze do
gazu i na podwórzu był Sajgon. Tylko moje zwierzaki były zadowolone, bo koty w
świeżo skopanej ziemi zrobiły sobie kuwetę, a Piesio nabrał obyczaju wylegiwania
się na piasku i wygrzewania w słońcu.
W
najcieplejsze dni sierpniowe czasem nie widziałam moich kotów i 2 dni. Katia
zgubiła 3 obróżki i podejrzewam, że chyba robi to specjalnie, żeby nie płoszyć
myszek, na które poluje. Przynosi czasem takie małe myszonki, wielkości małego
palca. Żeby chociaż była głodna i je zjadała! Kiedyś przyniosła jakąś większą i
chyba chrupała głowę (nie jestem pewna, bo było już ciemno i paliłam papierosa
trochę dalej), po czym ‘pojechała do Rygi’, a ja musiałam to wszystko sprzątać.
Widać, że takie jadło jej nie służy, więc, po co te morderstwa?
Kilka
razy znalazłam w ogrodzeniu zamordowane ptaki; raz młodą srokę, potem młodego
bażanta. Ale w tym przypadku raczej nie podejrzewałam moich delikatnych
kitulków, tylko wielkie kociska pana Waldka. Zadzwoniłam do niego z apelem,
żeby zakupił obróżki z dzwoneczkami, bo mordują ptaki i zostawiają truchła na
mojej działce. Nie wiem, czy zakupił, ale następnych zwłok już nie widziałam.
To znaczy, był wróbel, ale to raczej dzieło moich drapieżników.
Pisałam,
że podejrzewam Katię o celowe gubienie obróżek, a moje podejrzenia bazują na
fakcie, że gdy kupuję jej następną (kupiłam w sobotę) i chcę jej założyć na
szyję, to ona na sam dźwięk dzwoneczka zaczyna uciekać. W końcu jakoś mi się
udaje ją udekorować, ale nie wiem na jak długo. Obróżki są też coraz brzydsze;
pierwsza była piękna wiśniowa i kitulka wyglądała w niej jak księżniczka. Potem
były dwie – powiedzmy – malinowe. Teraz jest różowa, bo była najmożliwsza. Jak
tak dalej pójdzie, to nie wiem, na jakim kolorze skończymy.
Od
sierpnia są nowi lokatorzy w części Marka i Julii. Adam – kolega syna pani Heni
i Oksana (Ukrainka). Chwalić Boga, lubią zwierzaki, a Piesio ma kogo
obszczekiwać, bo Adam jeździ na motorze, a Oksana samochodem.
Zrobiło
się chłodno i kotki ostatnie noce spędzają w domu, ale rano wybiegają na dwór i
to najczęściej o suchym pysku. Wczoraj Piesio i Niki zostały w domu, a Katia
pobiegła w świat, więc dzwoniłam do pani Heni, żeby ją wpuściła, jeśli będzie
się kręciła po podwórzu. I całe szczęście.
Piesio
wybrał wprawdzie wolność, ale ma trochę więcej cieplika od moich mizernych
kociąt.
Chociaż,
muszę pochwalić mojego Piesynka, że zeszczuplał przez lato i waży poniżej 14
kilogramów. Moim zdaniem jest w normie.
Wykorzystałam
poprzedni ciepły weekend i wykąpałam Piesia na świeżym powietrzu. To raczej
ostatnia kąpiel al fresco tego roku. Ewentualnie przed Świętami dokonamy Piesiowych
ablucji w brodziku i wysuszymy pod kocykiem, tak jak lubi.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz