wtorek, 8 września 2015

Piesio i Katia & Niki



Minęły miesiące od ostatniego wpisu. Minęła wiosna i lato. Jest początek września.
W międzyczasie – od końca kwietnia – przechodziłam z jednego remontu w drugi i moje zwierzaki bardzo to przeżywały. Zwłaszcza kitulki.
W trakcie pierwszego etapu – rozdzielenia systemu centralnego ogrzewania, gdy pan Piotr i Tomek hałasowali wiertarkami i młotami w mojej części, kotki weszły do którejś z szaf w pokoju brata w starej części i tam sobie smacznie spały.
Kurz i pył dokuczał nam wszystkim, a dodatkowo Katia ma zwyczaj pchać się pod nogi monterom i roznosi na łapkach wszystko, co tylko sypie się ze ścian.
Piesio był szczęśliwy, bo pan Piotrek uwielbia psy i okazywał mojej suni całe swoje uwielbienie; ze wzajemnością, jak to u Piesia.
Potem wszedł pan Wiesław – malarz rodzinny i znowu był bałagan. Katia parę razy pobrudziła sobie futerko farbą, bo ciągle się o jakieś ściany ocierała.  
Potem były porządki i poprawki, bo niestety, mój mistrz się posunął w latach i zrobił na odpieprz się. Byłam wściekła, bo poza sufitem, to sama bym pomalowała nie gorzej od niego.

W tym całym bałaganie zawsze się starałam, żeby moje futrzaki miały jakieś schludne posłania, żeby mogły się wyspać w czystych łóżeczkach i zawsze, ale to zawsze, zaczynałam porządki we wschodnim pokoju, gdzie spędzają najwięcej czasu.

Czerwiec mieliśmy w miarę spokojny. Kotki – wykorzystując ładną pogodę – często znikały na całe dni, a czasem i noce.
Trochę się obawiałam i nadal obawiam, bo syn pana Adama, sąsiada na działce, nabrał obyczaju przywożenia swoich wilczurów na wybieg. Ponieważ niszczą ich działkę, zaczął je wyprowadzać w pole. Prosiłam go, aby psy biegały w kagańcach, z uwagi na moje koty, które chodzą po naszych polach. Coś mętnie tłumaczył, że niespełna roczny Haker zjadł kaganiec starego Carlosa, ale wydawało mi się, że stać go na nowe akcesoria.  Nic bardziej mylnego. Ciągle słyszałam samochód (wypasiona bryka) wjeżdżający z piskiem opon na naszą drogę i potem nawoływania trzech przygłuchych pokoleń rodziny P.: ‘Haker, no chodź tutaj!’ ‘Carlos, nie ruszaj!’, ‘Haker do nogi!’. A psy niewyszkolone, mają w poważaniu te pokrzykiwania. W końcu ostatniej soboty powiedziałam synowi pana Adama, że nie życzę sobie, żeby jego psy biegały po moich działkach i mam nadzieję, że poskutkuje.

Potem moja ekipa hydrauliczna, w jeden z najupalniejszych dni robiła przyłącze do gazu i na podwórzu był Sajgon. Tylko moje zwierzaki były zadowolone, bo koty w świeżo skopanej ziemi zrobiły sobie kuwetę, a Piesio nabrał obyczaju wylegiwania się na piasku i wygrzewania w słońcu.

W najcieplejsze dni sierpniowe czasem nie widziałam moich kotów i 2 dni. Katia zgubiła 3 obróżki i podejrzewam, że chyba robi to specjalnie, żeby nie płoszyć myszek, na które poluje. Przynosi czasem takie małe myszonki, wielkości małego palca. Żeby chociaż była głodna i je zjadała! Kiedyś przyniosła jakąś większą i chyba chrupała głowę (nie jestem pewna, bo było już ciemno i paliłam papierosa trochę dalej), po czym ‘pojechała do Rygi’, a ja musiałam to wszystko sprzątać. Widać, że takie jadło jej nie służy, więc, po co te morderstwa?

Kilka razy znalazłam w ogrodzeniu zamordowane ptaki; raz młodą srokę, potem młodego bażanta. Ale w tym przypadku raczej nie podejrzewałam moich delikatnych kitulków, tylko wielkie kociska pana Waldka. Zadzwoniłam do niego z apelem, żeby zakupił obróżki z dzwoneczkami, bo mordują ptaki i zostawiają truchła na mojej działce. Nie wiem, czy zakupił, ale następnych zwłok już nie widziałam. To znaczy, był wróbel, ale to raczej dzieło moich drapieżników.

Pisałam, że podejrzewam Katię o celowe gubienie obróżek, a moje podejrzenia bazują na fakcie, że gdy kupuję jej następną (kupiłam w sobotę) i chcę jej założyć na szyję, to ona na sam dźwięk dzwoneczka zaczyna uciekać. W końcu jakoś mi się udaje ją udekorować, ale nie wiem na jak długo. Obróżki są też coraz brzydsze; pierwsza była piękna wiśniowa i kitulka wyglądała w niej jak księżniczka. Potem były dwie – powiedzmy – malinowe. Teraz jest różowa, bo była najmożliwsza. Jak tak dalej pójdzie, to nie wiem, na jakim kolorze skończymy.

Od sierpnia są nowi lokatorzy w części Marka i Julii. Adam – kolega syna pani Heni i Oksana (Ukrainka). Chwalić Boga, lubią zwierzaki, a Piesio ma kogo obszczekiwać, bo Adam jeździ na motorze, a Oksana samochodem.

Zrobiło się chłodno i kotki ostatnie noce spędzają w domu, ale rano wybiegają na dwór i to najczęściej o suchym pysku. Wczoraj Piesio i Niki zostały w domu, a Katia pobiegła w świat, więc dzwoniłam do pani Heni, żeby ją wpuściła, jeśli będzie się kręciła po podwórzu. I całe szczęście.
Piesio wybrał wprawdzie wolność, ale ma trochę więcej cieplika od moich mizernych kociąt.
Chociaż, muszę pochwalić mojego Piesynka, że zeszczuplał przez lato i waży poniżej 14 kilogramów. Moim zdaniem jest w normie.
Wykorzystałam poprzedni ciepły weekend i wykąpałam Piesia na świeżym powietrzu. To raczej ostatnia kąpiel al fresco tego roku. Ewentualnie przed Świętami dokonamy Piesiowych ablucji w brodziku i wysuszymy pod kocykiem, tak jak lubi.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz