niedziela, 9 lutego 2014

Piesio - c.d.







Jako się rzekło, mój Piesio jest w prostej linii potomkiem niebieskiego psa gończego z Gaskonii i ma nawyki psa myśliwskiego. Poza tropieniem bażantów w zaroślach, przepięknie nosi smycz w pysiu, jakby to była upolowana i wyłowiona z wody kuropatwa. Potrafi tak, z dumnie uniesionym łebkiem i łupem, tzn. smyczą, biec kilkadziesiąt metrów. Niestety, nie jest stały w swoich zamiarach i po pewnym czasie upuszcza łup i jego pańcia musi się schylić  i go podnieść.

Każdy ruch sygnalizujący perspektywę spaceru jest powodem do radosnego skowytu i poszczekiwania. Wszystkie moje psice tak reagowały, obie Alissy i Piesio także. Żeby móc się spokojnie ubrać w zimie, muszę Piesiowi założyć kolczatkę i dać mu w zęby smycz, którą natychmiast zaczyna gryźć. Nie wiem, ile smyczy pogryzł już od chwili, gdy zawitał w moje progi.
Nie tylko smycze; kiedyś Ceci tak mnie postraszyła, że wożę Piesia na tylnym siedzeniu bez zabezpieczenia, a w przypadku hamowania może mu się przytrafić nieszczęście, że kupiłam mu szeleczki, żeby go przymocowywać do kanapy. Nie pamiętam już ile razy miał je na sobie, nim je pogryzł; podejrzewam, że palców jednej ręki by mi starczyło do tych rachunków.

Z Piesiowych zniszczeń mogę wyliczyć: mój jeden but, kapcie Markiza, mój palcat (szpicruta, pamiątka po moich wyczynach jeździeckich), kilka egzemplarzy różnych złączek i szybko-złączek do węża ogrodowego i narożnik mojego dywanu we wschodnim pokoju (ale tylko 1 centymetr). Dodatkowo jeszcze kabel do ładowarki do telefonu, ale tutaj muszę go usprawiedliwić, że chyba mu się kabelki pomyliły, bo dałam mu do rozpracowania przepalone lampki choinkowe, a obok leżała na podłodze ładowarka; mógł się kilkumiesięczny psina pomylić, prawda?

W pierwszym roku pobytu Piesia u nas był on dużym łobuziakiem. Nudził się, więc kopał, gryzł i najwidoczniej oczekiwał pochwał, bo zawsze z niesłabnącym entuzjazmem witał się ze mną po moim powrocie z pracy. A ja tylko obchodziłam posesję i patrzyłam, co tego dnia narozrabiał. Z perspektywy czasu te wszystkie przewinienia nie wydają się takie wielkie, ale wówczas byłam zdesperowana wielokrotnie. Kiedyś zamknęłam Piesia na czas mojego pobytu w pracy w małej zagrodzie przy garażu (ok. 4 m2), wyposażając go w wodę do picia i jakiś chodniczek do leżenia.  Po powrocie przywitał mnie cały radosny, bo wyciągnął sobie ze stojącego tam regału kawałek pniaka do kominka i go obrabiał ząbkami cały dzień.
Najgorsze było to, że sama się uparłam na zaadoptowanie Piesia i nie wypadało się skarżyć. A Piesio był po prostu młodym, pełnym energii szczeniakiem i, skoro mu nie zapewniono bony do opieki, chciał sobie jakoś czas zorganizować.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz