
Jako
się rzekło, mój Piesio jest w prostej linii potomkiem niebieskiego psa gończego
z Gaskonii i ma nawyki psa myśliwskiego. Poza tropieniem bażantów w zaroślach,
przepięknie nosi smycz w pysiu, jakby to była upolowana i wyłowiona z wody
kuropatwa. Potrafi tak, z dumnie uniesionym łebkiem i łupem, tzn. smyczą, biec
kilkadziesiąt metrów. Niestety, nie jest stały w swoich zamiarach i po pewnym
czasie upuszcza łup i jego pańcia musi się schylić i go podnieść.
Każdy
ruch sygnalizujący perspektywę spaceru jest powodem do radosnego skowytu i
poszczekiwania. Wszystkie moje psice tak reagowały, obie Alissy i Piesio także.
Żeby móc się spokojnie ubrać w zimie, muszę Piesiowi założyć kolczatkę i dać mu
w zęby smycz, którą natychmiast zaczyna gryźć. Nie wiem, ile smyczy pogryzł już
od chwili, gdy zawitał w moje progi.
Nie
tylko smycze; kiedyś Ceci tak mnie postraszyła, że wożę Piesia na tylnym
siedzeniu bez zabezpieczenia, a w przypadku hamowania może mu się przytrafić
nieszczęście, że kupiłam mu szeleczki, żeby go przymocowywać do kanapy. Nie
pamiętam już ile razy miał je na sobie, nim je pogryzł; podejrzewam, że palców
jednej ręki by mi starczyło do tych rachunków.
Z
Piesiowych zniszczeń mogę wyliczyć: mój jeden but, kapcie Markiza, mój palcat
(szpicruta, pamiątka po moich wyczynach jeździeckich), kilka egzemplarzy
różnych złączek i szybko-złączek do węża ogrodowego i narożnik mojego dywanu we
wschodnim pokoju (ale tylko 1 centymetr). Dodatkowo jeszcze kabel do ładowarki
do telefonu, ale tutaj muszę go usprawiedliwić, że chyba mu się kabelki
pomyliły, bo dałam mu do rozpracowania przepalone lampki choinkowe, a obok leżała
na podłodze ładowarka; mógł się kilkumiesięczny psina pomylić, prawda?
W
pierwszym roku pobytu Piesia u nas był on dużym łobuziakiem. Nudził się, więc
kopał, gryzł i najwidoczniej oczekiwał pochwał, bo zawsze z niesłabnącym entuzjazmem
witał się ze mną po moim powrocie z pracy. A ja tylko obchodziłam posesję i
patrzyłam, co tego dnia narozrabiał. Z perspektywy czasu te wszystkie przewinienia
nie wydają się takie wielkie, ale wówczas byłam zdesperowana wielokrotnie.
Kiedyś zamknęłam Piesia na czas mojego pobytu w pracy w małej zagrodzie przy
garażu (ok. 4 m2), wyposażając go w wodę do picia i jakiś chodniczek do leżenia. Po powrocie przywitał mnie cały radosny, bo
wyciągnął sobie ze stojącego tam regału kawałek pniaka do kominka i go obrabiał
ząbkami cały dzień.
Najgorsze
było to, że sama się uparłam na zaadoptowanie Piesia i nie wypadało się
skarżyć. A Piesio był po prostu młodym, pełnym energii szczeniakiem i, skoro mu
nie zapewniono bony do opieki, chciał sobie jakoś czas zorganizować.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz