Piesio
w okresie letnim cały czas wykopywał jakieś dołki. Pracowicie je zasypywałam,
ale z dołkami psimi jakoś tak bywa, że jakby człowiek się nie starał, nigdy w
całości go nie zakopie i zawsze ziemi zabraknie. W pewnym czasie uparł się na
kopanie jamek pod jałowcem przy studni. Alissa też czasem jamy kopała, ale ona
w celu ochłodzenia się w wilgotnej ziemi w upalne dnia. Jaki był cel Piesia, to
tylko on wiedział.
Zakupiłam
jakiś poradnik w Internecie zatytułowany ‘Posłuszny pies’, w którym była cała
masa mądrości na temat wychowywania psów i jeden fragment mi podpasował,
właśnie taki o kopaniu dołków. Poradnik radził, aby w dołku zakopać psie
odchody. Spróbowałam i poskutkowało.
Potem
poradnik przekazałam koleżance, której córka nabyła zwariowanego yorka. Nie
wiem, czy jakieś cenne rady wykorzystała. Zgodnie z ostatnimi wieściami, jaki
mam o Diego, jest on nieodmiennie zwariowany.
Nie
wiem, jak odczuwają psy. Nieraz czytałam, że pies tęsknił za zmarłym panem, czy
innym zwierzęciem.
Nie
wiem, jak to wygląda u Piesia, gdyż nie wydaje mi się specjalnie sentymentalny.
W
lutym 2008 odszedł mój Tata, którego Piesio bardzo lubił. Nieraz pakował się
Papie pod pachę na kanapie i wpatrywał w niego jak mała wnuczka zasłuchana w
opowiadającego bajkę dziadka; rzec by można, że spijał każde słowo z jego ust.
I naraz Tata przestał przyjeżdżać i Piesio ….nic. Pamiętam, jak wieczorem po
śmierci Taty siedziałam na werandzie i paląc papierosy płakałam i skarżyłam się
Piesiowi: ‘Papki już nie ma, już nie wróci’, a on tylko lizał mnie po twarzy,
ale nie sądzę, żeby rozumiał i podzielał moją stratę.
W
maju tego samego roku odeszła Misia. Miała FIV-a, koci odpowiednik HIV i po
półtora roku leczenia i walki o jej życie, musiałam skapitulować wobec
kompletnego braku odporności mojej kici, kiedy pięć kolejnych antybiotyków nie
pomagało jej. Nie chciała jeść ani pić. Nie było już możliwości dalej walczyć i
ją męczyć. Trzeba było podjąć decyzje o eutanazji.
Piesio
nie był specjalnym fanem moich kotów, więc zniknięcie Misi też go nie obeszło.
W
2008 co pewien czas wychodził Piesiowi na lewym oku tzw. gruczoł trzeciej
powieki; wychodziła mu w wewnętrznym kąciku oka taka różowa kula, która po
pewnym czasie się wchłaniała, ale dopóki to nie nastąpiła (kilka godzin),
ślepek nie wyglądał specjalnie ładnie. Przepisano Piesiowi krople Decortinef i
zapuszczałam mu codziennie. W grudniu 2008 gruczoł wyszedł znowu i nie chciał się
schować. Zatelefonowałam do ANDY i tam stwierdzono, że trzeba Piesiowe oczko zoperować. Wypadło na Wigilię;
zawiozłam sunię do Lecznicy przed pracą, a Agnieszka ją odebrała, gdy jechała
do nas. Do dziś czasem wychodzi gruczoł na drugim ślepku, ale na ogół szybko
się wchłania.
W
kolejnych latach straciliśmy Alissę I (luty 2010) i powiedziałabym, że Piesiowi
prawie skrzydła urosły. Jak dumnie paradował na spacerach przede mną. Jak
głośno szczekał, gdy wieczorem wychodziłam na werandę na papierosa. Wszyscy
musieli słyszeć, że dzielny Piesio czuwa.
Tylko
ja niewdzięczna, nie czułam się zbyt pewnie tylko z Piesiem, gdy Ceci coraz
częściej przebywała w szpitalu. Na
działce pojawił się więc maju nowy nabytek – Alissa II, dwuletnia mieszanka
owczarka niemieckiego z dogiem (chyba, bo była bardzo wysoka i smukła) po
przejściach, a Piesio uznał to za osobistą obrazę. Przywitał biedną sunię
szczekaniem i warczeniem. Z premedytacją
pokazywał, że on jest domowym pieskiem, podczas, gdy Alissa pozostawała na
zewnątrz. Gdy wychodziłyśmy na spacery, po staremu przejmował przywództwo
naszej grupy. Alissa na razie była zbyt niepewna, aby walczyć o palmę
pierwszeństwa; nawet nie szczekała przez pierwszy tydzień. Po tygodniu, czy
dwóch, sunia nabrała pewności i to ona biegała jako pierwsza, a mały Piesynek
musiał zadowolić się drugim miejscem, czasem tylko udawało mu się wysforować na
czoło.
W
trakcie pierwszych dni obie dziewczynki raz starły się ze sobą, bo Alissa
zazdrościła Piesiowi budy na werandzie i usiłowała się do niej dostać.
Skończyło się na warczeniu i szczekaniu; nie wiem, czy zęby też nie były w
robocie, ale krew się nie polała. Sunia była po prostu za duża na Piesiową budę
i tylko kawałek progu budy się odłamał.
Po
jakiś czasie Piesio uznał prymat Alissy i nawet fajnie się bawiły na werandzie,
tak jak poprzednio z jej poprzedniczką.
Gdy
rano wypuszczałam je o godz. 5-tej na samotny spacer, to Piesio przejmował
przywództwo, jako ten bardziej bywały, a Alissa podążała za nim. Ona też raczej zaganiała go powrotem do domu,
gdy je wołałam lub gwizdałam na nie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz