czwartek, 13 lutego 2014

Piesio - c.d.









Piesio w okresie letnim cały czas wykopywał jakieś dołki. Pracowicie je zasypywałam, ale z dołkami psimi jakoś tak bywa, że jakby człowiek się nie starał, nigdy w całości go nie zakopie i zawsze ziemi zabraknie. W pewnym czasie uparł się na kopanie jamek pod jałowcem przy studni. Alissa też czasem jamy kopała, ale ona w celu ochłodzenia się w wilgotnej ziemi w upalne dnia. Jaki był cel Piesia, to tylko on wiedział.
Zakupiłam jakiś poradnik w Internecie zatytułowany ‘Posłuszny pies’, w którym była cała masa mądrości na temat wychowywania psów i jeden fragment mi podpasował, właśnie taki o kopaniu dołków. Poradnik radził, aby w dołku zakopać psie odchody. Spróbowałam i poskutkowało.
Potem poradnik przekazałam koleżance, której córka nabyła zwariowanego yorka. Nie wiem, czy jakieś cenne rady wykorzystała. Zgodnie z ostatnimi wieściami, jaki mam o Diego, jest on nieodmiennie zwariowany.

Nie wiem, jak odczuwają psy. Nieraz czytałam, że pies tęsknił za zmarłym panem, czy innym zwierzęciem.
Nie wiem, jak to wygląda u Piesia, gdyż nie wydaje mi się specjalnie sentymentalny.
W lutym 2008 odszedł mój Tata, którego Piesio bardzo lubił. Nieraz pakował się Papie pod pachę na kanapie i wpatrywał w niego jak mała wnuczka zasłuchana w opowiadającego bajkę dziadka; rzec by można, że spijał każde słowo z jego ust. I naraz Tata przestał przyjeżdżać i Piesio ….nic. Pamiętam, jak wieczorem po śmierci Taty siedziałam na werandzie i paląc papierosy płakałam i skarżyłam się Piesiowi: ‘Papki już nie ma, już nie wróci’, a on tylko lizał mnie po twarzy, ale nie sądzę, żeby rozumiał i podzielał moją stratę.
W maju tego samego roku odeszła Misia. Miała FIV-a, koci odpowiednik HIV i po półtora roku leczenia i walki o jej życie, musiałam skapitulować wobec kompletnego braku odporności mojej kici, kiedy pięć kolejnych antybiotyków nie pomagało jej. Nie chciała jeść ani pić. Nie było już możliwości dalej walczyć i ją męczyć. Trzeba było podjąć decyzje o eutanazji.
Piesio nie był specjalnym fanem moich kotów, więc zniknięcie Misi też go nie obeszło. 



W 2008 co pewien czas wychodził Piesiowi na lewym oku tzw. gruczoł trzeciej powieki; wychodziła mu w wewnętrznym kąciku oka taka różowa kula, która po pewnym czasie się wchłaniała, ale dopóki to nie nastąpiła (kilka godzin), ślepek nie wyglądał specjalnie ładnie. Przepisano Piesiowi krople Decortinef i zapuszczałam mu codziennie. W grudniu 2008 gruczoł wyszedł znowu i nie chciał się schować. Zatelefonowałam do ANDY i tam stwierdzono, że trzeba Piesiowe  oczko zoperować. Wypadło na Wigilię; zawiozłam sunię do Lecznicy przed pracą, a Agnieszka ją odebrała, gdy jechała do nas. Do dziś czasem wychodzi gruczoł na drugim ślepku, ale na ogół szybko się wchłania.
 
W kolejnych latach straciliśmy Alissę I (luty 2010) i powiedziałabym, że Piesiowi prawie skrzydła urosły. Jak dumnie paradował na spacerach przede mną. Jak głośno szczekał, gdy wieczorem wychodziłam na werandę na papierosa. Wszyscy musieli słyszeć, że dzielny Piesio czuwa.
Tylko ja niewdzięczna, nie czułam się zbyt pewnie tylko z Piesiem, gdy Ceci coraz częściej przebywała w szpitalu.  Na działce pojawił się więc maju nowy nabytek – Alissa II, dwuletnia mieszanka owczarka niemieckiego z dogiem (chyba, bo była bardzo wysoka i smukła) po przejściach, a Piesio uznał to za osobistą obrazę. Przywitał biedną sunię szczekaniem i warczeniem.  Z premedytacją pokazywał, że on jest domowym pieskiem, podczas, gdy Alissa pozostawała na zewnątrz. Gdy wychodziłyśmy na spacery, po staremu przejmował przywództwo naszej grupy. Alissa na razie była zbyt niepewna, aby walczyć o palmę pierwszeństwa; nawet nie szczekała przez pierwszy tydzień. Po tygodniu, czy dwóch, sunia nabrała pewności i to ona biegała jako pierwsza, a mały Piesynek musiał zadowolić się drugim miejscem, czasem tylko udawało mu się wysforować na czoło.
W trakcie pierwszych dni obie dziewczynki raz starły się ze sobą, bo Alissa zazdrościła Piesiowi budy na werandzie i usiłowała się do niej dostać. Skończyło się na warczeniu i szczekaniu; nie wiem, czy zęby też nie były w robocie, ale krew się nie polała. Sunia była po prostu za duża na Piesiową budę i tylko kawałek progu budy się odłamał.
Po jakiś czasie Piesio uznał prymat Alissy i nawet fajnie się bawiły na werandzie, tak jak poprzednio z jej poprzedniczką.
Gdy rano wypuszczałam je o godz. 5-tej na samotny spacer, to Piesio przejmował przywództwo, jako ten bardziej bywały, a Alissa podążała za nim.  Ona też raczej zaganiała go powrotem do domu, gdy je wołałam lub gwizdałam na nie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz