W marcu 2013 u Alissy II pojawił się pierwszy atak
padaczki. Choroba była od początku pod kontrolą VET-ów i leczona, ale ataki
pojawiały się mniej więcej co 3 tygodnie i były to tzw. ataki gromadne. Moim zdaniem były zbyt częste i
takiegoż zdania byli weterynarze. Ciągle pracowaliśmy nad wydłużeniem czasu
między atakami zwiększając dawki leku i wprowadzając nowe leki.
W trakcie pierwszego ataku Piesio był przerażony i
najwidoczniej szukał mojej pomocy, bo przybiegł po mnie. Z czasem jednak ataki
mu spowszedniały, a nawet zaczęły budzić w mojej łagodnej psinie jakieś wrogie
uczucia, bo jakoś w czerwcu, gdy duża sunia leżała w drgawkach na ziemi, Piesio
rzucił się na jedną z jej tylnych nóg i zaczął gryźć. Dostał klapsa, ale po
chwili ponowił akcję. W trakcie następnego ataku, w lipcu, sytuacja się
powtórzyła.
Pytałam VET-ów, co taka reakcja może oznaczać, ale nie potrafili mi odpowiedzieć. Usiłowałam
sobie tłumaczyć, że może nie rozumiejąc powodu drgawek Alissy, chciał ją
obudzić z jej transu….
Po dziś dzień nie wiem, co to miało znaczyć.
Gdy ataki się powtarzały, a ja ruszałam na ratunek
Alissy i faszerowałam ją lekami i aplikowałam wlewki z relsedu, Piesio nauczył
się już nie pętać mi pod nogami i często się zwijał w kłębek i spał.
Lato 2013 upłynęło nam w cieniu ataków padaczki i
operacji Agisa (mojego rudego kota), u którego stwierdzono złośliwego guza pod
łopatką. Biedny kocina był krojony 2 razy i to kurewstwo za każdym razem
odrastało; w końcu lipca miał już nacieki na płucach.
Jedyny Piesio, który trzymał mi się zdrowo i cało i
niech tak pozostanie.
Piesio urodził się w 2005, więc żyje na świecie już
kilka lat, ale ponieważ jest bardzo żywy i zachowuje się jak szczeniak, często
zapominam, że jest on już stateczną panią. Tylko po ślepkach widać, że nie są
już oczkami młodego psiaka. Często, gdy układamy się do snu i patrzę na tą
szaro-czarną mordkę, mówię do mojego Piesynka: ’Nie zostawiaj mnie Piesiu, bo
mi serce pęknie, gdyby miało ciebie zabraknąć’.
I naprawdę tak myślę, bo bardzo kocham mojego Piesia.
Któregoś letniego poranku, gdy wypuściłam moje dziewczynki na samotny spacer, Alissa wróciła po pewnym czasie na moje wołanie, a Piesia nie było widać, ani słychać. Zdenerwowana, nawoływałam coraz głośniej. W końcu Piesio wrócił, ale wlokąc za sobą tylne łapki. Serce mi stanęło w piersi z przerażenia. Złapałam go na ręce (pomimo 15 kilogramów wagi) i zaniosłam do domu. Tam zaczęłam go oglądać. Nic nie zauważyłam, żadnego skaleczenia. Pomimo 5:30 rano zadzwoniłam do Lecznicy i sumitując się Doktor Danucie, wyjaśniłam, co się dzieje. Spytałam o całodobową klinikę dla zwierzaków. Pani Doktor podała adres na Puławskiej, ale niezbyt dokładny. Wsadziłam Piesia do dryndy i pojechałyśmy. Nie bardzo wiedziałam, gdzie tej kliniki mam szukać, więc parę razy zawracałam. Zadzwoniłam jeszcze raz do Doktor Danuty i prawie ją opieprzyłam, że nie zna dokładnego adresu... Mam fatalne maniery i w zdenerwowaniu schodzi ze mnie ta lekka politura ogłady, jaką udało się moim rodzicom mi zaszczepić.
W końcu znalazłam poszukiwaną klinikę. W międzyczasie zadzwoniłam do szefowej w pracy i poinformowałam, że 'mojej małej coś się stało i jadę z nią do lekarza'. Spoglądając na tylne siedzenia na Piesia, zauważyłam, że może już poruszać tylnymi łapkami, ale chciałam, żeby go przebadał lekarz. Zasapałam się niosąc mój ciężki skarb do kliniki. Pani doktor obejrzała Piesynka i stwierdziła, że przypuszczalnie go coś ukąsiło i jad spowodował chwilowy paraliż tylnych łapek. Teraz już nie było żadnych oznak niedowładu.
Tytułem przeprosin dla Doktor Danuty za moje grubiaństwo zaniosłam małą bombonierkę.
Któregoś letniego poranku, gdy wypuściłam moje dziewczynki na samotny spacer, Alissa wróciła po pewnym czasie na moje wołanie, a Piesia nie było widać, ani słychać. Zdenerwowana, nawoływałam coraz głośniej. W końcu Piesio wrócił, ale wlokąc za sobą tylne łapki. Serce mi stanęło w piersi z przerażenia. Złapałam go na ręce (pomimo 15 kilogramów wagi) i zaniosłam do domu. Tam zaczęłam go oglądać. Nic nie zauważyłam, żadnego skaleczenia. Pomimo 5:30 rano zadzwoniłam do Lecznicy i sumitując się Doktor Danucie, wyjaśniłam, co się dzieje. Spytałam o całodobową klinikę dla zwierzaków. Pani Doktor podała adres na Puławskiej, ale niezbyt dokładny. Wsadziłam Piesia do dryndy i pojechałyśmy. Nie bardzo wiedziałam, gdzie tej kliniki mam szukać, więc parę razy zawracałam. Zadzwoniłam jeszcze raz do Doktor Danuty i prawie ją opieprzyłam, że nie zna dokładnego adresu... Mam fatalne maniery i w zdenerwowaniu schodzi ze mnie ta lekka politura ogłady, jaką udało się moim rodzicom mi zaszczepić.
W końcu znalazłam poszukiwaną klinikę. W międzyczasie zadzwoniłam do szefowej w pracy i poinformowałam, że 'mojej małej coś się stało i jadę z nią do lekarza'. Spoglądając na tylne siedzenia na Piesia, zauważyłam, że może już poruszać tylnymi łapkami, ale chciałam, żeby go przebadał lekarz. Zasapałam się niosąc mój ciężki skarb do kliniki. Pani doktor obejrzała Piesynka i stwierdziła, że przypuszczalnie go coś ukąsiło i jad spowodował chwilowy paraliż tylnych łapek. Teraz już nie było żadnych oznak niedowładu.
Tytułem przeprosin dla Doktor Danuty za moje grubiaństwo zaniosłam małą bombonierkę.
Dekolt miał Piesio zawsze jakiś taki pomarszczony i
często żartowałyśmy z Ceci, że powinien używać dobrych kosmetyków.
Gdy siedzi, np. w samochodzie, dumnie wyprostowany
z klatką piersiową wysuniętą do przodu, wygląda trochę jak WC Peaker. Piesio
jest w ogóle rasistą i uważa kundle za gatunek gorszy od niego, niewart nawet
spojrzenia. Kiedyś dokarmiałam takiego opuszczonego przez pana psiaka na
Piaskowej; pan zjawiał się raz w tygodniu i zostawiał jakieś byle żarcie, a
wszyscy sąsiedzi z całej ulicy utrzymywali Miśka w międzyczasie. Kiedyś tam pojechałam z Piesiem, biedny Misiek machał ogonem i okazywał zainteresowanie
moim pasażerem, a ten siedział, właśnie jak WC Peaker i nawet wzrok mu nie
powędrował w stronę zabiedzonego kundla zza bramy.
Taki to mały szowinista.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz