piątek, 23 maja 2014

Piesio - c.d.








Wiele lat temu, kiedy Piesio był jeszcze szczeniakiem, pani Teresa – sąsiadka, która znalazła go błąkającego się przy pętli autobusowej, poinformowała mnie, że jeżdżąc rowerem do pracy, widziała na jednej z ulic konstancińskich bardzo podobnego psa. Zupełnie jak mój Piesio. Ponieważ zależało mi na dogrzebaniu się do korzeni Piesiowych, pojechaliśmy z moim skarbem w tamtą stronę. Rzeczywiście,  zobaczyłam dwie kobiety około półwieczne ze spasioną suką o maści bardzo zbliżonej do mojego Piesynka. Wysiadłam z limuzyny i zaczęłam przepytywać te panie. Nie wiem, czy sądziły, że chcę im szczeniaka wcisnąć z powrotem, czy z innych powodów, ale zarzekały się jak żaba błota, jakoby Piesio mógł mieć coś wspólnego z ich Sabiną. ‘Ona od lat nie miała szczeniaków’ – twierdziły. Na mój gust suka miała wyciągnięte sutki po niedawno wykarmionych potomkach. Ale skoro nie przyznawały się do Piesynka, to ich strata.
Może zresztą mieszkają jeszcze w pobliżu jacyś krewni Piesia, bo tuż po śmierci Alissy II widziałam w Lecznicy zdjęcie szczeniaka do adopcji o maści i łapkach zupełnie identycznych jak mojej małej suni. Łebka nie widziałam, bo zdjęcie nie było wyraźne; poza tym był na czyichś rękach, więc i nie był w całości widoczny. Chciałam go zobaczyć, ale przebywał z innymi szczeniakami w psiarni, a ja się w końcu przestraszyłam, że jak zobaczę małego Piesia, to zgłupieję i go wezmę…. A wtedy jeszcze byłam wykończona fizycznie, psychicznie i finansowo po Alissie. Teraz czasem nachodzi mnie chęć, żeby dowiedzieć się kto go adoptował i złożyć wizytę tym ludziom. Tak z ciekawości, bo przecież nie odbierałabym im pieska. Teraz już musi mieć ponad pół roku.

Pomimo, że już maj, jest zimno i deszczowo i Piesio nadal przebywa w domu, gdy jestem w pracy. Jeszcze w kwietniu, gdy było kilka ładnych, ciepłych dni, pani Henia kilkakrotnie wypuszczała małą, żeby sobie pobiegała po ogródku i poleżała na słoneczku. Może w końcu ta ciepła wiosna nadejdzie.
Póki co, Piesio wychodzi, po staremu, na poranne spacerki na jakieś 20 minut. Jeśli nie pada. W przeciwnym razie odmawia wyjścia nawet do ogródka. Chwalić Boga, ma mocne zawory i wytrzymuje do mojego powrotu.
Czasem wraca z porannego spaceru w towarzystwie Bariego. To taki husky wolno-chodzący, w rzeczywistości wabiący się Paco, ale dla mnie takie imię dla psa eskimoskiego to szczyt pretensjonalności. Jesienią i zimą, kiedy chodziłyśmy z Piesiem na wieczorne spacery po oświetlonych ulicach na pograniczu z Konstancinem, Bari do nas dołączał. Piesio się czuł z nim dobrze, ja też bezpieczniej. Kilka razy dzwoniłam do zajazdu, w którym Bari mieszka i prosiłam o zgodę na zabranie go na spacer. Potem się zorientowałam, że ten pies nawet zamknięty, gdy zechce wyjść, to wyjdzie. Nie wiem, czy przeskakuje przez ogrodzenie, czy ma jakąś dziurę w płocie, ale zawsze do nas potrafił dołączyć.
Kilkakrotnie Bari przychodził po spacerach do nas i dostawał kawałek kabanosa (byle czego nie jada). W największe mrozy zimy polegiwał czasem u nas ze dwie godziny (w salonie) i gdy pora było się zbierać spać, Piesio schodził z góry i ‘wyszczekiwał’ huskiego za drzwi.
Kiedyś wieczorem spotkałyśmy Bariego z jego panią. Taka młoda bezmyślna kobieta, która wzięła psa dla urody, bez zastanowienia się, czy będzie mogła sprostać oczekiwaniom tej rasy. Zaczęła mnie opieprzać, że wabię jej psa i zatrzymuję na noc. Wyjaśniłam jej, że jako samotne białogłowy, nie tolerujemy męskiego towarzystwa na noc, ale nie wiem, czy uwierzyła. Pospacerowała z huskim ze 20 minut i zaczęła gwizdać na niego do powrotu. Ja tam nie gwizdałam, tylko skręciłam w naszą uliczkę i się obejrzałam na psa. Poszedł za nami, a ja miałam wielką satysfakcję, że głupia pinda została z niczym. Powinna mi raczej podziękować, że zabieram jej psa na spacer, kiedy ona nie ma czasu.
Teraz Bari też czasem przychodzi. Jeśli jestem w domu i wybieramy się na spacer, to idziemy razem. Z przyjemnością go obserwuję jak biega po polach. Cudna rasa. Kiedyś bardzo chorowałam na huskiego, ale znajomy mi wyperswadował ten krok: ‘On będzie ci uciekał przez ogrodzenie, a ty będziesz traciła nerwy chodząc i szukając go’. Doradził mi wtedy łajkę, ale ta rasa nie jest chyba hodowana w Polsce. Ale tak, na dochodne, Bari jest wspaniałym kompanem.
Kilka dni temu znów zawitał do nas z rana. Dostał kabanosa i byłam pewna, że wyjdzie, gdy będę wyjeżdżać do pracy. Ale Bari ani myślał wyjść. Gdy chciałam go wypłoszyć mopem, zaczął bawić się ze mną i ganiać wokół samochodu Pawła. Stwierdziłam, że jak nie to nie i pojechałam. Piesio został na zewnątrz, bo zrobiło się już dostatecznie ciepło.
Byłam pewna, że Bari wyjdzie z Pawłem, nawet dzwoniłam, żeby się dopytać, czy wypuszczał huskiego. Zaprzeczył, żeby go widział, a ja się zaczęłam zastanawiać, czy Bari przesadził nasze ogrodzenie. Po powrocie ok. 17:00 Piesio i Bari powitali mnie w najlepszej komitywie u bramy. Bari  zjadł znów kawałek kabanosa, schłodził się nieco w salonie i odszedł huskim truchtem. Nawet już nie czekał na spacer z nami.  No cóż, pospał sobie psina u nas w spokoju i ciszy.

 
 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz