sobota, 5 grudnia 2015

Piesio i Katia & Niki



Parę dni temu moje kotki nie czuły się najlepiej. Niki był osowiały i nie jadł, pomimo swojego normalnego łakomstwa. Katię zaś coś bardzo bolało w okolicach ogona, bo gdy ją wieczorem przenosiłam z fotela w wieży do ich pokoiku i wzięłam ja pod kuper, zaczęła na mnie warczeć. Gdy następnego dnia też tak było, zapakowałam moje futrzaki do kontenera i pojechałam do Lecznicy. Nikiemu sprawdzono temperaturę i zbadano krew. Wyszło za mało płytek i Pani Doktor przypuszczała, przy braku apetytu, że mógł zjeść coś zatrutego. Kazała go obserwować.

Katia nie dała się nawet zbadać; szarpała się i warczała. Podano jej antybiotyk i środek przeciwbólowy i polecono się zjawić następnego dnia. To była sobota; kociczka była trochę mniej obolała, pozwoliła zbadać brzuszek, ale o podniesieniu ogona nie było nawet mowy. Następny antybiotyk i środek przeciwbólowy i wizyta w następnym dniu. Te dwa dni kosztowały mnie już ponad 200 PLN. Nic tylko leczyć zwierzaki, ale przecież wzięłam je na dobre i na złe.

W niedzielę Katia spędziła popołudnie w domu, więc sobie zaplanowałam, że po telefonie Anity pojedziemy do Lecznicy. Ale Panna Kicia bardzo chciała wyjść tuż przed planowanym wyjazdem, więc sądziłam, że musi się wysiusiać i wróci. Nie wróciła. Po 18:00 pojechałam po antybiotyk w syropie dla niej, żeby jej go podawać samodzielnie rano i wieczorem. Katia wróciła dopiero przed 22:00. Wlałam do dzioba antybiotyk i tyle.

Przez następne 5 dni polowałam na nią, żeby podać jej lek. Już się zmądrzyła i kryła się po kątach, gdy tylko widziała mnie z pipetką w dłoni. Uff… Podawanie lekarstw koto to istna katorga. Katia chociaż nie drapie, jak to miały we zwyczaju Agis i Misia. Już ostatnią dawkę w piątek rano jej darowałam. Czuła się widocznie lepiej, miała apetyt. Niki też zaczął się zachowywać normalnie, ze zwykłym łakomstwem połykał kąski Winstona. Moje kotki były zdrowe.

Piesio jest – jak zwykle – strasznym pieszczochem, gdy tylko ktoś się objawi w domu. Ostatnio była agentka od nieruchomości, więc mój suniczek garnął się do niej, jak jakiś psina ze schroniska.
Kilka dni później był ksiądz po Kolendzie. Przyszedł 3 dni później, niż się zapowiadał, ale co tam.
Przygotowałam wodę w miseczce, kropidło, krzyżyk.
Ksiądz Irek lubi zwierzaki i zawsze się z moimi psicami bawił. Tak było i tym razem. Duchowny usiadł na kanapie w salonie, a Piesio tuż obok i szturchał biedaka łapką, żeby go głaskał.  Ksiądz ciągnął Pannę Psicę za łapki i pytał: ’Czyja to łapka’, a Piesio był rozanielony. Najgorliwszy parafianin. Gdyby wszyscy ludzi tak witali księdza, jak mój suniczek, to chyba nie mógłby sobie nic więcej życzyć.
Pod koniec wizyty pomodliliśmy się i ksiądz poświęcił mieszkanie; uprzedziłam, że mam kranówkę, więc odmówił stosowną modlitwę.
Gdy poszedł, stwierdziłam, że woda wyparowała z miseczki. Ale obciach!



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz