sobota, 30 stycznia 2016

Piesio i Katia & Niki






No to już mamy kolejny rok 2016, a nawet już koniec stycznia.
Jest zima. Za nami mrozy i śniegi. Zamartwiałam się o moje koty w te zimne dni, czy aby zdążą wrócić rano przed moim wyjściem, żeby im kupry nie marzły przez 11 godzin, kiedy mnie nie ma. Generalnie się udawało. Niki jest bardziej skrupulatny i szybciutko wracał do domu. Katia raz się zawałensała i przetrzymałam ją na zewnątrz, tzn. nie zawracałam głowy sąsiadce, żeby ją wpuściła w ciągu dnia. Gdy wróciłam, aż popiskiwała żałośnie. Szkoda mi jej było, ale przez następne zimne dni już się pilnowała.
Podobnie po ostatnich śniegach. Koty nie mogły łowić myszek, bo wszystkie się skryły i karnie wracały do domu. Inna sprawa, że kiedy wracam i jest ciemno, biednym kotom mylą się pory dnia i chyba raz Niki został al fresco na cała noc, bo wybrał się na polowanie.
Pamiętam, aby zostawiać przymknięty garaż, w którym jest karton z wełnianym materacem po Alissach. Kilka razy widziałam, że Katia się wynurza stamtąd,  gdy słyszy mój samochód. Niki siaduje na werandzie, ale czy w budce Agisa, czy na wycieraczce sąsiadów, nie wiem.
W każdym razie mają jakieś schronienie i to mnie trochę uspokaja. Chociaż, przeciętnie raz w tygodniu, dzwonię do pani Heni, żeby któreś wpuściła do domu.

Piesio podłapał w połowie stycznia jakąś francę pod nazwą kaszel kenelowy. Trochę odchrząkiwała przy jedzeniu, ale myślałam, że chrupek jej podrażnił gardło. W najbliższy weekend jednak, w trakcie porannego spaceru, Piesio zaczął dosłownie kwakać, jak kaczka. Niewiele myśląc, zapakowałam mojego Piesynka do dryndy i pojechałyśmy do Lecznicy. Stwierdzono ten kaczel, na który podobno można zwierzaka zaszczepić, przy okazji wścieklizny, więc to zrobimy w czerwcu.
Piesio dostał leki, w tym olbrzymie pastylki, które mu palcem w gardle popychałam pojedynczo, żeby przeszły. Leczyliśmy się 5 dni i jest dobrze.

Ostatnio bywaliśmy z Piesiem często u Vetów; mój suniczek liże lewą łapkę nad stopą i dorobił się sporego guzika, jakby ziarnko większej fasoli. Pani Doktor Małgosia stwierdziła, że to może być z nudów; to lizanie oczywiście i spytała, czy Piesio się nudzi. No cóż, przez 11 godzin jest sama lub z kotami, których nie akceptuje do końca, więc ma prawo się nudzić. Maść plus skarpeta na łapę oklejona plastrem, żeby się trzymała. Założyłam i pojechałam na zakupy. Po 2 godzinach mokra skarpeta poniewierała się na podłożę, a Piesio cały uradowany lizał swoją fasolkę.
Zamówiłam Pannie Psicy zabawkę: piłeczkę na smakołyki i upycham tam jej chrupki i plasterki kabanosa. Trochę działa, więc skarpety już nie zakładam, bo psina ma za wiele stresów.

Piesio zawsze z radością chodzi do Lecznicy i wita wszystkich Vetów wspinaniem się na nogę. Kiedy byłyśmy u Doktor Małgosi za drugim razem i czekałyśmy w poczekalni, Piesio wskoczył mi na kolana i zaczął cały dygotać. Aż go przytuliłam do siebie. Po chwili z gabinetu wyszli dwaj panowie i zobaczyłam jakiegoś dużego psa leżącego na stole. Potem asystentka weszła do gabinetu z kocem i workiem i wyniosła za chwilę jakiś ciężar w worku. Domyśliłam się, że to ten psina, którego pewnie uśpili. Spytałam Doktor, czy Piesio mógł wyczuć, że tamten nieborak odchodzi i tak dygotać. Przypomniałam, że w dniu kiedy odeszła Alissa, po raz pierwszy od szczenięctwa, nabrudził w mojej sypialni. Pani Doktor potwierdziła, że na pewno zwierzęta wyczuwają takie rzeczy. Mój wrażliwy Piesynek!

Od tygodni dokarmiam ptaki w polu. Zwykle starym chlebem, który kupuję za pół ceny i kroję w kostkę. Ale ponieważ tak się krytykuje chleb, jako karmę dla ptaków, dzisiaj pojechałam na targ do Jeziorny i zakupiłam w sumie 4 rodzaje różnych ziaren po 5 kg każdego i ledwo żywa dociągnęłam się do dryndy. Ale ptaszki będą miały co jeść.

Dwa tygodnie temu zobaczyłam sarny na naszym polu i martwiąc się, co im dawać jeść zakupiłam u pani Ani 4 główki kapusty. Poszatkowałam i  wyniosłam w 2 rzutach na pole. Potem zadzwoniłam do nadleśnictwa i konsultowała z panem leśniczym, co można dawać jeść sarnom. Pan leśniczy twierdził, że teraz, to mają jagody i inne owoce w lesie (????), gorzej będzie na przednówku. I najlepiej skontaktować się z kołem łowieckim, to oni się zajmą. Odparłam, że wolę się tym sama zając, bo panowie myśliwi będą karmić albo i nie, a w maju, jak się sezon na rogacze rozpocznie, przyjdą z fuzjami i zabiją moje sarenki. Pan leśniczy przemilczał temat. Powtórzył o przednówku, więc zadzwoniłam do Ewki, żeby jakiegoś siana od swojego kolegi rolnika mi zdobyła. I zdobyła!!!
Mam torbę (więcej nie mógł dać, bo rok był suchy i nie ma za wiele), trochę już im rzuciłam, kilka dni później poprosiłam pana Jurka.  Za wiele nie znika tego sianka. Teraz śnieg stopniał, więc może mają inne jadło. To w takim razie na ten ciężki przednówek będzie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz