No
to już mamy kolejny rok 2016, a nawet już koniec stycznia.
Jest
zima. Za nami mrozy i śniegi. Zamartwiałam się o moje koty w te zimne dni, czy
aby zdążą wrócić rano przed moim wyjściem, żeby im kupry nie marzły przez 11
godzin, kiedy mnie nie ma. Generalnie się udawało. Niki jest bardziej
skrupulatny i szybciutko wracał do domu. Katia raz się zawałensała i
przetrzymałam ją na zewnątrz, tzn. nie zawracałam głowy sąsiadce, żeby ją
wpuściła w ciągu dnia. Gdy wróciłam, aż popiskiwała żałośnie. Szkoda mi jej
było, ale przez następne zimne dni już się pilnowała.
Podobnie
po ostatnich śniegach. Koty nie mogły łowić myszek, bo wszystkie się skryły i
karnie wracały do domu. Inna sprawa, że kiedy wracam i jest ciemno, biednym
kotom mylą się pory dnia i chyba raz Niki został al fresco na cała noc, bo
wybrał się na polowanie.
Pamiętam,
aby zostawiać przymknięty garaż, w którym jest karton z wełnianym materacem po
Alissach. Kilka razy widziałam, że Katia się wynurza stamtąd, gdy słyszy mój samochód. Niki siaduje na
werandzie, ale czy w budce Agisa, czy na wycieraczce sąsiadów, nie wiem.
W
każdym razie mają jakieś schronienie i to mnie trochę uspokaja. Chociaż, przeciętnie
raz w tygodniu, dzwonię do pani Heni, żeby któreś wpuściła do domu.
Piesio
podłapał w połowie stycznia jakąś francę pod nazwą kaszel kenelowy. Trochę
odchrząkiwała przy jedzeniu, ale myślałam, że chrupek jej podrażnił gardło. W
najbliższy weekend jednak, w trakcie porannego spaceru, Piesio zaczął dosłownie
kwakać, jak kaczka. Niewiele myśląc, zapakowałam mojego Piesynka do dryndy i
pojechałyśmy do Lecznicy. Stwierdzono ten kaczel, na który podobno można
zwierzaka zaszczepić, przy okazji wścieklizny, więc to zrobimy w czerwcu.
Piesio
dostał leki, w tym olbrzymie pastylki, które mu palcem w gardle popychałam
pojedynczo, żeby przeszły. Leczyliśmy się 5 dni i jest dobrze.
Ostatnio
bywaliśmy z Piesiem często u Vetów; mój suniczek liże lewą łapkę nad stopą i
dorobił się sporego guzika, jakby ziarnko większej fasoli. Pani Doktor Małgosia
stwierdziła, że to może być z nudów; to lizanie oczywiście i spytała, czy
Piesio się nudzi. No cóż, przez 11 godzin jest sama lub z kotami, których nie
akceptuje do końca, więc ma prawo się nudzić. Maść plus skarpeta na łapę
oklejona plastrem, żeby się trzymała. Założyłam i pojechałam na zakupy. Po 2
godzinach mokra skarpeta poniewierała się na podłożę, a Piesio cały uradowany
lizał swoją fasolkę.
Zamówiłam
Pannie Psicy zabawkę: piłeczkę na smakołyki i upycham tam jej chrupki i
plasterki kabanosa. Trochę działa, więc skarpety już nie zakładam, bo psina ma
za wiele stresów.
Piesio
zawsze z radością chodzi do Lecznicy i wita wszystkich Vetów wspinaniem się na
nogę. Kiedy byłyśmy u Doktor Małgosi za drugim razem i czekałyśmy w poczekalni,
Piesio wskoczył mi na kolana i zaczął cały dygotać. Aż go przytuliłam do
siebie. Po chwili z gabinetu wyszli dwaj panowie i zobaczyłam jakiegoś dużego
psa leżącego na stole. Potem asystentka weszła do gabinetu z kocem i workiem i
wyniosła za chwilę jakiś ciężar w worku. Domyśliłam się, że to ten psina,
którego pewnie uśpili. Spytałam Doktor, czy Piesio mógł wyczuć, że tamten
nieborak odchodzi i tak dygotać. Przypomniałam, że w dniu kiedy odeszła Alissa,
po raz pierwszy od szczenięctwa, nabrudził w mojej sypialni. Pani Doktor
potwierdziła, że na pewno zwierzęta wyczuwają takie rzeczy. Mój wrażliwy
Piesynek!
Od
tygodni dokarmiam ptaki w polu. Zwykle starym chlebem, który kupuję za pół ceny
i kroję w kostkę. Ale ponieważ tak się krytykuje chleb, jako karmę dla ptaków,
dzisiaj pojechałam na targ do Jeziorny i zakupiłam w sumie 4 rodzaje różnych
ziaren po 5 kg każdego i ledwo żywa dociągnęłam się do dryndy. Ale ptaszki będą
miały co jeść.
Dwa
tygodnie temu zobaczyłam sarny na naszym polu i martwiąc się, co im dawać jeść
zakupiłam u pani Ani 4 główki kapusty. Poszatkowałam i wyniosłam w 2 rzutach na pole. Potem
zadzwoniłam do nadleśnictwa i konsultowała z panem leśniczym, co można dawać
jeść sarnom. Pan leśniczy twierdził, że teraz, to mają jagody i inne owoce w
lesie (????), gorzej będzie na przednówku. I najlepiej skontaktować się z kołem
łowieckim, to oni się zajmą. Odparłam, że wolę się tym sama zając, bo panowie
myśliwi będą karmić albo i nie, a w maju, jak się sezon na rogacze rozpocznie,
przyjdą z fuzjami i zabiją moje sarenki. Pan leśniczy przemilczał temat. Powtórzył
o przednówku, więc zadzwoniłam do Ewki, żeby jakiegoś siana od swojego kolegi
rolnika mi zdobyła. I zdobyła!!!
Mam
torbę (więcej nie mógł dać, bo rok był suchy i nie ma za wiele), trochę już im
rzuciłam, kilka dni później poprosiłam pana Jurka. Za wiele nie znika tego sianka. Teraz śnieg
stopniał, więc może mają inne jadło. To w takim razie na ten ciężki przednówek
będzie.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz