Wieki
nie pisałam nic o moich zwierzakach, a wiele się wydarzyło.
Od
25 maja jest z nami Sonia. To ruda owczarkowata sunia, którą straż miejska
złapała jakieś półtora roku temu na jakiejś opuszczonej działce i przywiozła do
Andy. Tam ją wysterylizowano i przygotowywano do adopcji, ale Sonia uciekła i
miesiące włóczyła się po polach w sąsiedztwie. W końcu ją przygarnęła sąsiadka –
pani Teresa, która ma też innego psa. Sonia była trochę wolny strzelec; nie
lubiła zamknięcia i ciągle się wymykała. Nie dała się zbliżyć, więc nie była
zabezpieczona przed kleszczami i miała dwa razy babeszi z transfuzjami. Pani
Teresa chciała sunię zatrzymać, jej małżonek mniej, gdyż przekopywała mu ogród.
Jakoś
w marcu dowiedziałam się, że pani Teresa miała 2 udary i w trakcie badań
wykryto u niej nowotwór mózgu. Szkoda mi było człowieka – dobrego i
miłosiernego dla zwierząt, ale od razu pomyślałam, że gdyby coś się jej stało –
małżonek raz dwa wyjedzie na Soni. Toteż przy najbliższej okazji powiedziałam
mu dyplomatycznie, że jeśliby pani Teresa nie mogła się suczką opiekować, to ja
się nią zaopiekuję. Wydawało się jasne. Potem Soni nie widziałam 2 weekendy (a
zawsze dawałam jej parówkę i kawałki kabanosa przez ogrodzenie). W końcu
kwietnia, w trakcie pobytu w Adzie po obróżkę przeciw-kleszczową dla Piesia,
zobaczyłam na tablicy zwierząt do adopcji zdjęcie Soni. Nikt mi nie potrafił
powiedzieć, jak tam trafiła, do tego pani, która wyprowadza psy schroniskowe na
spacer, właśnie z nią wracała i suka nie chciała wejść do kojca, więc była
ciągnięta po podłodze na smyczy.
Zdenerwowałam
się i do północy nie spałam. Ciągle widziałam oczy tego zwierzaka i gdybym
spotkała pana Stanisława, tobym mu zdrowo nawtykała.
Nazajutrz
zadzwoniłam do Andy, do pani Agnieszki, która zajmuje się schroniskiem i
zadeklarowałam, że wezmę Sonię. Uprzedziła mnie, że to trudny pies. Byłam tego
świadoma, więc zaproponowałam, że będę ją przez miesiąc do 25 maja wyprowadzała
na spacery, żeby się przyzwyczaiła. I tak było. Sonia gnała jak meteor, a ja za
nią. Po chwili jakiś zapach ją interesował, więc go kontemplowała 2 minuty. I
znowu galop….
Gdy
chciałam ją pierwszego dnia pogłaskać po łepku, aż przypadła ze strachu do
ziemi, a przecież mnie znała….
Nabawiłam
się bólu kręgosłupa przez tą szarpaninę i w końcu kupiłam dławik. Trochę pomogło.
Zawsze jej przynosiłam parówkę i kabanoski, więc oblizywała się już na mój
widok. Ostatnie kilka dni zabierałam ją na kilka minut do nas, żeby poznała
inne zwierzaki i zawsze dawałam coś do jedzenia. Piesio przywitał przybyszkę
chłodno, koty uciekały, a Sonia chciała je gonić.
W
końcu 25 maja, przed Bożym Ciałem, po którym miałam długi weekend
przyprowadziłam Sonię do domu. Nakarmiłam przed domem i puściłam do tylnego
ogrodu…. I na tym się nasza komitywa skończyła; Sonia nie dała się do siebie
zbliżyć. Stwierdziłam, że bez smyczy nie wezmę jej na spacer, bo mi zwieje nie
wiadomo gdzie, więc siedziała w swoim dużym kojcu. I zaczęła mi przekopywać
moją dopiero wysianą łąkę. Zakopywała dziury i jej odchody i szlag mnie
trafiał. Sąsiad Mietek zrobił jej piękną
ocieplaną budę, do której nie chce wchodzić. Wywlokła tylko z niej kołderkę.
Wyżyła się też na materacyku w kocim domku i koleżanka zbierała kawałki
pociętej gąbki z całej działki.
Gdy
Piesio wchodził na jej teren, sunia bardzo się cieszyła; merdała ogonem i
biegła polizać mniejszą koleżankę po łepku, ale mój mały egoista nie odpowiadał
na te awanse. Chyba był obrażony, ze inny pies się pojawił w naszej rodzinie.
Któregoś
dnia, po 10 dniach pobytu, zdecydowałam się zabrać Sonię z Piesiem na spacer.
Piesio wyszedł pierwszy, a Sonię chciała złapać w furtce na smycz, ale okazała
się szybsza. Towarzyszyła nam na spacerze, nawet mnie dotykała pyszczkiem, ale
nie weszła na posesję i pobiegła na swoje dawne śmieci, przywitać się ze
znajomymi. Trzy dni urzędowała na działce brata, przychodząc na posiłki i
uważając, by brama była otwarta. Potem jakoś weszła do środka i bywało, że
wchodziła bez problemu, a czasem trzeba się było postarać. Miała też zwyczaj
wybiegania na zewnątrz, gdy ja wyjeżdżałam samochodem, ale najczęściej leżała
wtedy pod bramą.
Tak
dotrwałyśmy do mojego czerwcowego urlopu. Na spacery wychodziłyśmy razem, potem
bywało różnie. W środę – 22 czerwca musiałam wyjechać do Warszawy załatwić kilka
spraw i nie miałam czasu polować na Sonię po spacerze. Zostawiłam ją na
zewnątrz, pewna, że ją zastanę pod bramą po powrocie. Ale nie zastałam. Wołałam
i wołałam i wreszcie weszła i wtedy zauważyłam coś dziwnego na jej mordce. Gdy
przyjrzałam się baczniej zobaczyłam, że jej lewe oko jest poza oczodołem… Aż mi
się słabo zrobiło, tym bardzie, że Sonia nie jest psem, którego się weźmie do
samochodu i zawiezie do Veta. Przypomniałam sobie, że mam jeszcze nasennik,
który dostałam w Andzie na polowanie na Lusię. Zadzwoniłam do Lecznicy i
spytałam, czy mogę jej podać. Jak najbardziej, a gdy już będzie trącona, to mam
ją przywieźć – usłyszałam. Przygotowałam jedzenie z lekiem, dodałam jeszcze pół
puszki gulaszu angielskiego na lepszy smak i zaczęłam przywoływać sukę. Nie wiem,
gdzie była. Chodziłam i wołałam. Chyba dopiero po jakiejś godzinie przyszła,
pojadła przy otwartej bramie, odeszła, znowu pojadła. Zaczęłam jej rzucać
kawałki wędzonego boczku, byle ją wywabić od bramy i w końcu udało mi się
zamknąć Sonię w środku. Gdy położyła się pod forsycją i nie usiłowała uciekać,
gdy się zbliżyłam, załadowaliśmy ją z panem Adamem do samochodu i zawiozłam ją
do Andy. Natychmiast trafiła na stół operacyjny. Było ok. 17:00. Odebrałam ją
ok. 20:00 z kołnierzem hiszpańskim, porcją antybiotyków i zaszytym okiem, które
ma się goić, bez gwarancji, że zostanie uratowane. Za jedyne 460 PLN.
Są
upały więc rana się babrze, zmieniono jej antybiotyk, a teraz mam zaleconą
konsultację u okulisty w Warszawie. Jedziemy jutro, więc dzisiaj wsadziłam
sunię do dryndy i przewiozłam kawałek, żeby zobaczyć, czy na trzeźwo wytrzyma w
samochodzie i wygląda, że jej się tam podoba, bo już ponad 4 godziny tam
poleguje na tylnej kanapie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz