Kilka
dni przed pierwszą miesięcznicą od odejścia Piesia uczestniczyłam w ceremonii
pogrzebowej koleżanki po profesji z innego banku. Nie wiem, czy poznałyśmy się
osobiście; może kilka lat temu na jakimś spędzie bankowym organizowanym przez
zagranicznego korespondenta. Wielokrotnie jednak korespondowałyśmy mailem i
rozmawiałyśmy przez telefon. Miła i serdeczna pani. Jedna z nielicznych już dam
bankowości korespondenckiej.
Po
mszy, gdy zaintonowano ‘Anielski orszak’ wyobraziłam sobie anioły unoszące się
po niebie na skrzydłach, w swoich
powiewnych szatach, przypominających nocne koszule i pośród nich ….. mojego
Piesia, poruszającego łapkami, jak przy pływaniu, sterującego swoim ogonkiem. Uszka powiewały mu delikatnie
na wietrze….
Łzy
zakręciły mi się w oczach i wiernym mogło się wydawać, że to zmarłą koleżankę
opłakuję.
Pewnie
będę się smażyć za to w piekle.
Brak
mi mojego Piesynka. Mam go ciągle przed oczami wpatrującego się we mnie swoimi
dużymi, poważnymi ślepkami, jak oczy ciemnoskórych dzieci.
I
nie wiem, czy czegoś oczekuje ode mnie. A może tylko dotrzymuje mi towarzystwa….
I
niech tak zostanie ze mną.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz