czwartek, 14 lipca 2016

Piesio – ostatnia podróż



25 czerwca miałam gości, a następnego dnia – korzystając z ładnej pogody postanowiłam wykąpać Piesia al fresco. Zagrzałam wodę, przygotowałam wszystko i udało się, bez większych protestów. Wytarłam Piesynka i wrzuciłam go na południową stronę, żeby wysechł.
Źle go wyczesałam i na grzbieciku zrobił mu się kundli ondul, a pachniał świeżością i byłam bardzo z siebie zadowolona.
Następnego dnia usłyszałam, że kwacze, tak, jak kilka miesięcy temu, gdy miał kaszel kanelowy, więc pojechałyśmy do Lecznicy. A tam, jak ręką odjął. Piesio rozsiadł mi się na kolanach, przyjmował karesy i zachwyty wszystkich, że już zaczęłam podejrzewać, że to nerwowy kaszel z zazdrości, że teraz zajmuję się też Sonią. Z całą atencją skierowaną na siebie mój Piesynek rozkwitł. Naczekałyśmy się jak w ZOZ-ie, ale gdy w końcu Doktor Dominika nas przyjęła i osłuchała Piesia, nie znalazła nic niepokojącego. Dała mu jakiś zastrzyk i jakieś badziewo stymulujące, które miało mu pomóc zwalczyć ewentualną infekcję.
Może powinnam podać ten środek już tego samego wieczoru, ale podałam dopiero następnego dnia rano.
Po powrocie z pracy usłyszałam silniejszy kaszel Piesia, więc z marszu zabrałam go do Andy. Doktor Małgosia zaaplikowała mu dwa zastrzyki i kazała zameldować po 19:00 jak się czuje. Sama szłam do lekarza na 19:00, ale przed wyjściem zauważyłam, że Piesio zwymiotował jakąś wodnistą wydzieliną z krwią i tak zameldowałam przez telefon. Doktor Małgosia poleciła obserwować Piesia, powiedziała niezobowiązująco o prześwietleniu i o tym, że gdyby się coś działo, to Doktorostwo są na miejscu całą dobę.
Po powrocie do domu zauważyłam jeszcze kilka krwawych plam na podłodze i  wrzasnęłam na Piesia, że jeśli ma zdychać, to żeby to zrobił już i mnie nie męczył. Po czym pojechałyśmy jeszcze raz do Andy. Zrobiono prześwietlenie i wyszło, że Piesio ma zapadniętą tchawicę i światło jej u wlotu do płuc jest niewielkie. Pani Doktor stwierdziła, że Piesynek jest blady i postanowiła podłączyć go pod tlen i zostawić go w Lecznicy na godzinę.  Potem okazało się, że zostanie tam na całą noc. Uprzedziłam, że go odbiorę dopiero po pracy, po południu. Spytałam się, co dalej, bo rozumiem, że namiot tlenowy to doraźne rozwiązanie. Zasugerowała endoskopię tchawicy u doktora Kowalczyka, po którym to badaniu się oceni, czy można robić operację, ale – jak stwierdziła – nie jest to konieczne już teraz.

Następnego dnia po 9:00 zadzwoniłam do Andy i rozmawiałam z Doktor Małgosią. Poinformowała mnie, że Piesio dobrze spędził noc, rano wyszedł z nią na spacer. Obiecałam zjawić się przed 14:00.
Udało mi się nawet wcześniej. Gdy dochodziłam do samochodu na Wilanowskiej, zauważyłam, że dzwoniono do mnie z Andy. Skontaktowałam się czym prędzej i dowiedziałam się, że po zastrzyku podanym ok. 10:00 Piesiowi się pogorszyło i endoskopia stała się bardzo pilna. Zarezerwowano już godzinę badania.
Zjawiłam się w Andzie ok. 12:30 i powiedziano mi, że badanie mam na 17:30, ale mogę już teraz zabrać Piesia z butlą tlenową i jechać. W końcu, czy będzie czekał tu, czy tam to obojętne.

Pognała do chaty, przebrałam się, włączyłam klimę i wróciłam do Lecznicy.
Załadowali mi Piesia po jakimś zastrzyku, wyglądającego na uśpionego. Wyjechaliśmy trochę po 13:00 i mieliśmy jechać do Kliniki na Bemowie. Doktor Danusia dzwoniła, żeby mieli gotowy tlen.
Jechałam tam z Alissą II od Górczewskiej, ale zasugerowano mi, że ekspresówką będzie szybciej i usłuchałam, na moje nieszczęście. Oczywiście pociągnęłam na autostradę i gdy znalazłam się w Brwinowie, zjechałam na parking przy stacji Lotosu i zadzwoniłam do znajomego taksówkarza, żeby przybył mi na odsiecz. Czekałam na niego ok. 20 minut. Gdy w międzyczasie patrzyłam na Piesia, wydawało mi się, że  nie oddycha, ale pomyślałam, że to ten zastrzyk tak go wyciszył.

Gdy przyjechał pan Krzysztof i zaczął mnie prowadzić na Bemowo, stwierdziłam, że nigdy bym  tam sama nie trafiła. Oznakowanie na eksperówce jest do bani.

Gdy zjawiłam się przed 15:00 na Bemowie i zameldowałam, że mam psa pod tlen, kazano mi go wnieść po rampie. Odłączyłam tlen od butli, jak mi pokazała Doktor Dominika, a następnie miałam jeszcze zakręcić drugi kranik. Tylko, że on chyba był zakręcony, a w każdym razie niewiele się poruszył. Rurka, którą Piesio miał w tchawicy była na około 3-4 cm zatkana śluzem z krwią.

Gdy wniosłam Piesia do Kliniki, lekarz spojrzał tylko na niego i powiedział: ‘Ten pies już nie żyje’. ‘To niemożliwe!’ – zawołałam, więc lekarz podłączył jakąś aparaturę. ‘Proszę zobaczyć, serce się nie porusza’. Zachciało mi się płakać. Przyszedł inny lekarz, chyba doktor Kowalczyk. ‘Ale on się rusza’ – powiedziałam. ‘To mięśnie – powiedział – one jeszcze przez jakiś czas będą się poruszały. Bardzo mi przykro. Jeśli pani chce to koleżanki mogą zrobić sekcję zwłok, żeby sprawdzić, dlaczego nie żyje’. ‘Psa mi to nie przywróci, więc jest mi obojętne, dlaczego nie żyje’ – odparłam.
Zadzwoniłam do Andy i poprosiłam o przekazanie Doktor Dominice, że Piesio odszedł w czasie drogi.

Zapakowałam Piesynka do samochodu, wypaliłam papierosa i ruszyłam w drogę powrotną. Jechaliśmy trochę ponad godzinę i to w prawie szczycie.
Wypaliłam dużo i kilkakrotnie musiałam ocierać oczy z nabiegających łez, więc rozmazałam mój makijaż i wyglądałam pewnie jak miś panda.
Wspomnienia przebiegały mi przez głowę i co pewien czas odwracałam się, pewna, że Piesio popatrzy na mnie swoimi mądrymi ślepkami i zamerda ogonkiem.
Ale wiozłam już tylko zimne ciałko.

Po drodze zajechałam do Andy i oddałam butle z tlenem i koce, którymi była zabezpieczona. Zatrzymałam narzutę, na której leżał Piesio; nie chciałam go ruszać.
Przed domem sąsiadów siedział pan Jurek. Zatrzymałam samochód i spytałam o samopoczucie, a następnie, czy wykopie grób dla Piesia. Odmówił, więc pojechałam do siebie.
Wypakowałam Piesia i zaniosłam do salonu.  Potem przyniosłam biała powłoczkę po prababce, rozszywana koronkami i zdobioną falbanami i ułożyłam w niej Piesynka. Pod łepek położyłam poduszeczkę, włożyłam mu Reksia i Łosia Leosia.
Ucałowałam zimny pyszczek i czarny łepek. Ucałowałam łapeczki z pięknymi pazurkami i mięciutkie uszka. Gładziłam pachnące futerko.
Przeprosiłam go za wszystko, co było moją winą. Za to, że zmyliłam drogę i za długo go wiozłam do Kliniki, co może dla niego było być albo nie być. Podziękowałam za to, że był ze mną przez te 11 lat. Obiecałam, że zawsze go będę kochać i pamiętać.
Czekałam, aż się ochłodzi, żeby sama wykopać grób dla Piesia.
W międzyczasie zadzwoniłam do Basi, żeby jej powiedzieć o Piesiu. Gdy z nią rozmawiałam do bramy zadzwonił sąsiad, którego ruszyło sumienie i postanowił jednak mi pomóc.

Piesio spoczywa niedaleko Alissy II, z łepkiem w kierunku południa; on tak lubił wygrzewać się na słoneczku. Na teraz zasadzę mu jakieś kwiatki, a na jesieni kupię jakiegoś iglaka, który nie ma za długich korzeni, żeby nie wrastały w mojego Piesynka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz