Wczoraj
minęło 2 tygodnie od śmierci Piesynka.
Trochę
ochłonęłam i pora na pożegnanie.
Ogromnie
odczuwam brak moich Śliczności Piesiowych, jak często nazywałam moją mała
sunię. Pracując przy komputerze oglądam się przez ramie na fotel, na którym
Piesio lubił się układać, żeby zobaczyć, czy śpi, czy też mnie obserwuje swoimi
dużymi ślepkami. Gdy jestem w kuchni, ciągle mi się wydaje, że słyszę chrobot
jej pazurków w wieży, bo akurat otwierałam lodówkę i może jakiś dobry kąsek będzie
można dostać.
Gdy
wracam z poczty do samochodu (a tam Piesio zawsze jeździł ze mną) wypatruję go
na siedzeniu kierowcy, czekającego na mnie. A potem, gdy już siedział jako
pasażer, ten ruch łapki, żeby go
pogłaskać po łepku lub posmyrać pod paszką.
Wieczorem,
gdy już siedzę na łóżku, wydaje mi się, że leży na kołdrze na plecach,
odsłaniając brzuszek, by go tam wycałować i wydrapać paszki….
Bardzo
mi brakuje mojego Piesynka. Trafił do mnie, gdy miał około 4 miesięcy i był jak
najmłodsze i najbardziej rozpieszczone dziecko (pozostałe zwierzęta miały ok. 5
– 6 lat). Pamiętam jak gryzł moją szpicrutę albo ją dumnie nosił na spacerach
(tylko kawałek i później porzucał), zawsze jako przewodnik, bo dużej Alissie
nie zależało na prowadzeniu.
Pamiętam
ten okrzyk bojowy, gdy gonił bażanty lub inna ‘zwierzynę’ w czasie naszych włóczęg
po polach.
Jaki
dumny był Piesio, gdy odeszła Alissa I i został – na kilka miesięcy – jedynym psem
w obejściu. Potem znów po śmierci Alissy II, na ponad 2 lata był królem i
carem.
Na
pewno bardzo był urażony i zazdrosny, gdy pojawiła się Soni - zupełnie nieoswojona
suka, której trzeba było poświęcić więcej uwagi. Ciągle ‘Sonia i Sonia’…
Piesynek mógł się czuć odepchnięty.
Do
tego, po cyklinowaniu piętra, gdy zobaczyłam wielkie ilości futra Piesiowego na
materacu – ogłosiłam separację od łoża i nie chciałam go pod kołdrą. Spał na
swoim fotelu lub na małym chodniczku na łóżku. Pewnie czuł się dotknięty.
Gdy
kasłał we wtorek i plamił mi podłogę śluzem z krwią, krzyknęłam wściekła: ‘
Zdechnij wreszcie, jeśli masz zamiar i nie męcz mnie’. Może posłuchał?
Zabrałam
go potem do Andy i zostawiłam na kurację tlenową. Na godzinę, potem na cała noc.
I już nigdy nie widziałam go przytomnego. Wydano mi mojego Piesynka
otumanionego jakimś lekiem na trasę do Kliniki na Bemowie. Piesio jej nie
przeżył.
W
butli było mało tlenu. Czy go zabrakło i moja mała sunia się udusiła nie mogąc
nawet zaskamleć, bo miała tą, zapchaną śluzem na 4 cm, rurę w pyszczku….. Czy
nie mogli oczyścić tej rury przed podróżą lub wymienić na czystą?
Czy
ten śluz uniemożliwiał jej oddychanie?
Nigdy
się tego nie dowiem.
Ale
gdybym wiedziała, że została mu niespełna godzina życia, nie ruszyłabym się z
Andy, tylko siedziała z Piesiem w objęciach, żeby do końca czuł moją bliskość i
miłość. Odeszłaby słysząc moje bicie serca oraz słowa pożegnania i czułości.
Miałabym świadomość, że jej nie opuściłam do końca.
Czy
gdybym nie zabłądziła na trasie ekspresowej, dowiozłabym ja jeszcze żywą do Kliniki?
Czy mój kompletny brak orientacji na esce kosztował mojego Piesia życie?
Czy
gdybym jej nie wykąpała w niedzielę, nie złapała by tej cholernej infekcji?
Pytania,
pytania, pytania, które wciąż wracają do mnie jak bumerang….
Nigdy
już nie poznam prawdy.
Odszedł
na tylnej kanapie samochodu i niewielka to pociecha, że uwielbiał tam jeździć.
A
tyle razy mówiłam mu, widząc siwe włoski na czarnym łepku i zdając sobie sprawę
z upływającego czasu, żeby mnie nie opuszczał.
Ciągle
się pocieszałam, że Piesio jest niewielkim kundelkiem i nie ma serca
obciążonego dużą wagą, więc spokojnie może pożyć kilkanaście lat.
Miałam
nadzieję, że będziemy spacerować jeszcze długo, gdy przejdę na emeryturę. Na
wolniejszych obrotach, jako dwie starsze panie.
A
tak tylko wspomnienia mi zostały:
Piesio
wyjadający kotom z miseczki, gdy tego nie widzę (lub zachęcany do tego, gdy
koty nie dojadły)…..
Piesio
czekający z błyszczącymi oczami na dobry kąsek…..
Piesio
wylegujący się na słońcu i tarzający na trawie….
Piesio
biegający na spacerze i chłodno traktujący napotykane psy, które chciałyby się
z nim pobawić….
Piesio
rozłożony na dywanie, głaskany po brzuszku i Niki ocierający się o niego z
zadowoloną miną…
Piesio
siedzący na kanapie w salonie i szturchający usadowionego obok sąsiada łapką,
żeby go głaskał i drapał za uszkami; święcie przekonany, że to do niego goście
przychodzą…
Piesio
bawiący się z księdzem Ireneuszem, gdy nas wizytował podczas kolędy….
Piesio,
ulokowany pod moją pachą, wpatrujący się mądrymi, łagodnymi ślepkami we mnie,
gdy czytam książkę we wschodnim pokoju…….
Piesio
siedzący mi na kolanach w Andzie w poniedziałek, wielce z siebie zadowolony i uśmiechnięty,
którego państwo czekający z jakimś cielakiem nazwali ‘wesołym pieskiem’….
Jakże
puste i długie będą jesienne i zimowe wieczory bez towarzystwa Piesia.
Jak
zimne będą noce bez szarego, ciepłego futerka tulącego się do mnie (i pal licho
okłaczony materac!)…
Wiem,
że się jakoś uporam z moją żałobą, ale teraz mi naprawdę bardzo smutno. I to
pomimo dużej uwagi, jaką muszę poświęcić Soni, której oko się nadal paprze.
Tęsknota
przychodzi na ogół wieczorem, kiedy mam czas pomyśleć i wtedy wspominam i …
chlipię.
Posadziłam
Piesiowi na grobie mały płożący cis. Niewielki, ale się rozrośnie. Obok – trzy kremowe
malwy; mam nadzieję, że przeżyją.
Po
pensji zamówię tabliczkę, tak jak dla poprzednich zwierzaków.
I
zawsze będę kochać mojego Piesia.
Był
jak moje dziecko. I nie wstydzę się tego napisać, a tym bardziej pomyśleć.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz