Jest
już marzec. Katia zaczęła miaukolić w końcu lutego i zadzwoniłam do ANDY, żeby
zapytać o sterylizację. Poinformowano mnie, że jak skończy ruikę, należy
odczekać 2 tygodnie i dopiero wtedy przyjść. Uprzedzono jednocześnie, że może
się zdarzyć, że kitulka pomiauczy, przestanie i znów zacznie i żeby wtedy ją wypuścić
‘na koty’. Jeśli znajdzie swoje szczęście, to najwyżej się wykona wczesną
aborcję.
Tak
też zrobiłam. Po którejś nocy Katia wróciła bardzo zadowolona. Rozłożyła się na
dywanie w salonie i przeciągała rozkosznie. Wyglądała zupełnie jak Scarlett z
‘Przeminęło z wiatrem’ po nocy spędzonej z Rettem. Moja mała kitulka.
Wychodziła
jeszcze na dwór i wracała nocą, po kilku godzinach. Lepiej stanowczo się czuła
po ciemku.
W
ubiegły czwartek, 12 marca, zawiozłam ją do Lecznicy. Zabieg miał być o 12:00,
ale pojechałam wcześniej, bo miałam sprawę w sądzie i nie wiedziałam, jak długo
potrwa. Odebrałam ok. 17:00 w ubranku zabezpieczającym brzuszek. Po powrocie z
rehabilitacji ok. 20:00 Katia powitała mnie golutka, jak ja Pan Bóg stworzył;
nawet opatrunek po wenflonie sobie zdjęła. Ubrałam ją znów na noc, chociaż nie
widziałam, żeby sobie brzuszek wylizywała.
Wychodziła
trochę na dwór – zawsze bez fartuszka, żeby jej było wygodniej, bo kitelek jest
jakby za mało wycięty na udka i ją krępuje. Może za mały kupiłam, ale chciałam,
żeby jej było ładnie i wybrałam malinowy w jakieś łapki.
W
poniedziałek miałam z nią jechać na oględziny do ANDY. Chciałam wtedy spytać,
czy miała w sobie jakieś maleństwa.
W
niedzielę wieczorem Katia i Niki wyszli na dwór. Myślałam, że chcą załatwić
swoje potrzeby, bo WC Kici nie bardzo im nadal pasuje. Niki wrócił w nocy;
wpuściłam go chyba ok. 4:00 nad ranem. A kitulki ani śladu.
Prosiłam
Nikiego, żeby poszedł poszukać Katii, jak kiedyś Misia Agisa, ale on mnie nie
rozumie.
Mam
grypę i dostałam zwolnienie. Pomimo tego, chodziłam po polach i nawoływałam
mojej Katii. Obeszłam wszystkie dziury i chaszcze. Po południu chodziłam po
uliczkach leśnych i nadal wołałam przy wszystkich opuszczonych działkach.
Miałam
nadzieję, że jak się ściemni, to kitulka się zjawi. Około 19:00 wyszłam z
Piesiem na spacer oświetlonymi uliczkami leśnymi i nadal się darłam. Przy
jednym z eleganckich domów przy Piaskowej, usłyszałam cichutki miaukot i gdy
poświeciłam latarką, zobaczyłam moją bidę na sośnie, ok. 10 m nad ziemią. Sosna
ma poobcinane wszystkie dolne gałęzie i nie ma jak się tam dostać. Zadzwoniłam
na posesję i wyjaśniłam, że moja kicia jest u nich na drzewie. Pan mnie wpuścił
do środka, ale Katia tylko się rozmiauczała i ani myślała zejść. Po jakimś
czasie przyjechała pani domu, dość oschła, jak mi się wydawało. Poradziła,
żebym kicię zostawiła, to sama zejdzie.
Opuściłam
posesję. Z ulicy zadzwoniłam na telefon ‘112’, ale mnie spławili, mówiąc, że są
od ratowania życia ludzkiego. Poradzili zadzwonić do Straży Miejskiej, co
uczyniłam. Tam mnie przesłali do Straży Pożarnej. Strażak poradził, żeby
postawić jakieś jedzenie pod drzewem, a jeśli kicia nie zejdzie, to jutro
przyjadą.
Może
i miał rację; zrobiło się już ciemno. Ale Katia ma takie cieniutkie łapki i nie
wiem jak długo siedzi już na tym drzewie, a noce są jeszcze chłodne. Do tego
ona ma gojącą się rankę po sterylizacji na brzuszku, więc może ją boleć, jak
taka przytulona do chropowatej kory sosnowej…
Chodziłam
do niej jeszcze kilka razy, w nadziei, że się odważy zejść. Boję się, że wtedy
może się znowu spłoszyć i uciec nie wiadomo gdzie.
Nastawiłam
budzik na 3:30 i poszłam do Katii. Ona nadal siedzi na tej przeklętej sośnie i
rozpaczliwie miauczy, gdy mnie zobaczy. OK. 6:00 zamierzam dzwonić do Straży
Pożarnej, bo obawiam się, że właściciele posesji wyjadą do pracy i nie będzie
się można dostać do środka. A małe łapeczki Katii w końcu nie wytrzymają i
zleci z drzewa. A koty nie zawsze spadają na cztery łapy.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz