Czas
leci. Już mamy drugą połowę stycznia.
W
ubiegłą sobotę było ładnie i słonecznie, więc wypuściłam moje kociaki na ogród.
Pobaraszkowały ok. pół godziny i zaczęły miaukolić pod drzwiami tarasowymi.
Generalnie
już nie pchają się tak do drzwi, jak dawniej, co mnie cieszy, bo nie muszę mieć
oczu dookoła głowy, żeby mi się któryś nie wymknął na zewnątrz. Jak się
wreszcie zrobi cieplej, to powrócimy do spacerów, ale to jeszcze nie prędko.
Katia
jest bardziej ruchliwa od Nikiego (od urodzenia), ale czasem je ogarnia głupawa
i wtedy obydwoje szaleją. Niki często wspina się na fotele i kanapy, zamiast
wskakiwać. Upatrzył sobie zwłaszcza jeden fotel w pokoju wschodnim, który stoi
na ścianie osłoniętej firanką i przyszytą od spodu zasłoną, żeby nie było widać
gniazdka telefonicznego i podwiązanego w pętelkę zbyt długiego kabla. Niedawno
zauważyłam, że zasłona trzyma się już tylko w dwóch miejscach, bo reszta się
oderwała pod ciężarem mojego klusia.
15
stycznia były urodziny mojej argentyńskiej kuzynki i dopiero wieczorem
przypomniałam sobie o życzeniach. Odpaliłam więc komputer i usiłowałam
uruchomić pocztę, ale bezskutecznie. Internet też nie działał. Na wifi migało
pomarańczowe światełko, ale nie byłam sobie w stanie przypomnieć, czy tak być
powinno. Zadzwoniłam na 801 505 505 i zgłosiłam miłej pani brak
połączenia. Pani wypytywała o różne rzeczy i w końcu spytała, czy mój telefon
działa. Sprawdziłam, nie działał. Pani
przyjęła zgłoszenie. Następnego dnia monterzy zadzwonili do mnie do pracy, pytając,
czy jestem w domu i czy mogą sprawdzić podłączenie, bo kable na zewnątrz są w
porządku. Poinformowałam, że będę ok. 17: 00 i chwilę później ogarnęły mnie
wątpliwości…. Po powrocie do domu zajrzałam za zasłonę …. Wtyczka telefonu była
wyciągnięta z gniazdka przez moje koty (pewnie bawiły się pętelką kabla). Po
podłączeniu Internet i e-mail zadziałały, co było do przewidzenia. Panowie
monterzy zadzwonili po 17:00, a ja poinformowałam ich, że wszystko działa i
podziękowałam im serdecznie za naprawienie usterki. Nie wchodziłam w szczegóły.
W najbliższy weekend przeniosłam gniazdko telefoniczne pod parapet, nad
grzejnikiem i mam nadzieję, że tam kocie łapki nie dosięgną.
Od
ubiegłej soboty testuję WCkici – zestaw do nauki kotów korzystania z ludzkiego
sedesu. Niki jest spokojnym kotkiem, więc załatwiając swoje potrzeby, tylko
kupki zagrzebuje. Katia ma ADHD, a na dodatek nawyk zagrzebywania swoich
odchodów; nawet głęboka kuweta nie chroniła mojej podłogi od zwałów bentonitu.
Teraz zaś, po każdym jej pobycie w toalecie mam całą łazienkę usypaną ekologicznym
żwirkiem. Zamiatam i zamiatam i końca
nie widać. Dzisiaj wycięłam im pierwszą ‘fajerkę’ w ich tacce i moja Panna
Kicia z zainteresowaniem oglądała, co jest pod spodem. Tak w ogóle, to liczę,
że ona się szybko nauczy, bo zawsze mnie podgląda w łazience. A Niki pójdzie w
jej ślady. Tylko ta wiara mnie podtrzymuje, gdy wymiatam drobiny tych
ekologicznych paprochów z różnych zakamarków mojej, niewielkiej przecież,
łazienki.
Zauważyłam,
że Piesio od jakiegoś czasu dużo pije. Dotychczas moja Sunia nie była fanką
wody; to Alissa żłopała duże ilości płynów. Pamiętam, że lata temu, stryjna
mojego Ojca w Londynie, w ten sposób wykryła cukrzycę stryja: Uncle M. zaczął
nagle dużo pić.
Ponadto,
mój ciepluszek, który od lat śpi ze mną pod kołdrą (nawet latem), co pewien
czas opuszcza moje łoże i idzie się chłodzić do drugiego pokoju. Wraca, gdy
zmarznie. Zaniepokoiło mnie to i już
parę dni temu miałam dzwonić do ANDY, ale zapominałam. W końcu dzisiaj
przypomniałam sobie na czas i umówiłam się na jutro na badania. Poza cukrzycą możliwa jest choroba tarczycy….
Zobaczymy. Trochę forsy pójdzie znów na badania.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz