niedziela, 12 stycznia 2014

Piesio - c.d.





W nocy źle spałam, bo martwiłam się o Piesia. Ciągle widziałam te smutne ślepka, gdy odchodził. Do tego Ceci powiedziała, że słyszała przejeżdżający drogą samochód i pewnie ktoś zabrał Piesia.
Gdy rankiem następnego dnia otworzyłam drzwi, a na werandzie przywitał mnie mój malutki gość, prawie popłakałam się ze wzruszenia.
Potem się dowiedziałam od pana Stanisława, że Piesio zawędrował wieczorem do Lecznicy, którą sobie dobrze wspominał po zabawie z Kluską i ok. 22:00 przywiozła go samochodem jakaś pani. To dopiero włóczykij mały!
Chyba właściwie wtedy zdecydowałam, że chcę zatrzymać tego psiaka. I tak był prawie cały czas u nas i wyraźnie chciał tu zostać.  Alissa dobrze się z nim czuła i bawiła się nawet z maluchem kładąc się na ziemi, żeby się z nim zrównać wzrostem. Kotów nie ganiał. Słowem sielanka.
Zaczęłam przekonywać Ceci do mojego pomysłu, tłumacząc jej, że powinnyśmy czuć się uhonorowane, bo Piesio nas wybrał. Cóż, moja ciocia nie czuła się w najmniejszym stopniu uhonorowana i wręcz mi to oznajmiła. Więcej, dodała: ‘Albo pies, albo ja’. I zadzwoniła do mojej rodziny, aby pomogli jej mnie odwieść od głupiego pomysłu.
W najbliższy weekend przyjechał mój Tata z małżonką. Gdy znaleźli się na podwórzu, Piesio spał w najlepsze na materacyku na leżaku (jeszcze nie mieszkał w domu). Gdy Maryla się zbliżyła, piesek obudził się, ziewnął rozkosznie i wyciągnął do niej łapkę, jakby na powitanie. ‘Jaki śliczny ‘ – zakrzyknęła.
Potem przyjechał mój brat i stwierdził, że psiak jest bardzo fajny i mamy warunki, żeby jeszcze parę zwierzaków się zmieściło, więc nie widzi, w czym problem.
I tak Piesio został. A Ceci nie powtarzała swojego warunku, więc powoli sytuacja się unormowała. Psiak zaczął mieszkać w domu i spać na jednym z moich foteli w pokoiku wschodnim. Na ogół po kolacji udawał się już na piętro i układał w swoim łóżeczku. Gdy się zbliżałam do niego, odwracał się do góry brzuszkiem (jeszcze gołym), tak więc mogłam go całować w beżową w łatki skórkę. Do dziś lubię go w jego brzusio całować.
Zrobiłam kilka zdjęć Piesiowi i pokazywałam koleżankom w pracy. ‘Cóż, urodą nie poraża’ – stwierdziła jedna, ale dla mnie mój szczeniak był po prostu cudowny.
Czułam się trochę jak kobieta w okresie przekwitania, z dorastającymi dziećmi, której przytrafia się na skutek wpadki, małe dziecko. Dziecko to staje się beniaminkiem całej rodziny i jest paskudnie rozpieszczane przez wszystkich. Tak było i w przypadku Piesia; wszystkie moje zwierzaki miały ok. 6 lat i były już dorosłe, a nawet w średnim wieku. I naraz trafił nam się taki … Piesio.

Zabrałam Piesia do Lecznicy na obowiązkowe szczepienia i założyłam mu książeczkę zdrowia. Wiek Piesia oceniono na 4 miesiące i jako datę urodzenia wpisano mu 5 marca 2005. Jako imię wpisano ‘Piesio / Archie’ – zdrobnienie od archeologa, bo w międzyczasie psiak przekopywał działkę w poszukiwaniu kości zakopanych przez Alissę w trakcie jej 6-letniego pobytu w naszym domu, a ponieważ psicy załamywało się jedno ucho i ktoś nam polecił kości cielęce jako antidotum, trochę tych kości było na działce.
                                                                               
Po urlopie wróciłam do pracy i zostawiałam moją menażerię na 10 godzin.
Ceci korzystając z ładnej pogody, zaplanowała wypady do koleżanek w Warszawie.
Któregoś dnia po powrocie do domu nie zastałam Piesia. Moja zdenerwowana ciocia zaczęła opowiadać, że Piesio wyszedł za nią, swoim zwyczajem między sztachetami ogrodzenie, gdy szła do przystanku autobusowego. Zorientowawszy się, że ma ogon, zaczęła kluczyć, w nadziei, że Piesio się zmęczy i zawróci. I wydawało jej się, że ta taktyka dała rezultat, bo nie widziała go już za sobą. Gdy już była w odjeżdżającym autobusie i wyjrzała przez okno, serce jej zamarło, bo zobaczyła Piesia pod ławką na przystanku. Skróciła, jak mogła, swój pobyt w Warszawie i pospieszyła do domu, w nadziei, że tam zastanie Piesia. Ale Piesia nie było.  Zabrałam zdjęcie Piesiowe i pojechałam do piekarni przy przystanku, aby zapytać o Piesia.  Owszem, widziano takiego pieska koło 10:00 rano, a była 17:00. Jeździłam z pół godziny po uliczkach mojej części Konstancina, wydzierając się: ‘Piesioooo, Piesioooo’. I nic.
W końcu sobie przypomniałam, że wtedy w czerwcu pomaszerował sam do Lecznicy, więc może i tym razem tam poszedł. Gdy dotarłam do Lecznicy, przywitano mnie jak marnotrawną córkę, bo okazuje się, że dzwonili już do mnie. Ktoś znalazł Piesia, który zabłądził na czyjąś działkę i został pogoniony przez dużego psa. W Lecznicy nastąpiła konsternacja, bo psiak był identyczny z moim Piesiem, ale był suczką. Zastanawiali się, czy to może siostrzyczka i dzwonili do mnie, ale nie słyszałam telefonu. 
Wyjaśniłam, że mój Piesio jest dziewczynką i właśnie go szukam.
Piesio siedział w dużej klatce, biedna mała szara kuleczka, bez śladu zwykłej energii.
Gdy Doktor Darek otworzył klatkę i Piesio mnie zobaczył, dosłownie się do mnie przykleił. Przytuliłam go do siebie i ucałowałam w czarny łepek. Pan Doktor stwierdził, że jestem stworzona dla Piesia i beze mnie ten psiak nie ma chęci do życia.
Podziękowałam serdecznie Doktorostwu za moją zgubę i zabrałam Piesia do samochodu.
Gdy dotarłyśmy do domu, Ceci siedziała na werandzie niespokojna o rezultaty moich poszukiwań.
Piesio wyskoczył jak z procy z samochodu, znów pełen energii.
‘Nie udało Ci się’ – rzuciłam mojej cioci, która kiedyś żartowała, że wyprowadzi Piesia do autobusu i wsiądzie do niego, a gdy Piesio idący jej tropem, również się tam znajdzie, ona wysiądzie. Piesio pojedzie sam, a ponieważ jest taki uroczy, na pewno ktoś go przygarnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz