W nocy źle spałam, bo martwiłam
się o Piesia. Ciągle widziałam te smutne ślepka, gdy odchodził. Do tego Ceci
powiedziała, że słyszała przejeżdżający drogą samochód i pewnie ktoś zabrał
Piesia.
Gdy rankiem następnego
dnia otworzyłam drzwi, a na werandzie przywitał mnie mój malutki gość, prawie
popłakałam się ze wzruszenia.
Potem się dowiedziałam od
pana Stanisława, że Piesio zawędrował wieczorem do Lecznicy, którą sobie dobrze
wspominał po zabawie z Kluską i ok. 22:00 przywiozła go samochodem jakaś pani.
To dopiero włóczykij mały!
Chyba właściwie wtedy
zdecydowałam, że chcę zatrzymać tego psiaka. I tak był prawie cały czas u nas i
wyraźnie chciał tu zostać. Alissa dobrze
się z nim czuła i bawiła się nawet z maluchem kładąc się na ziemi, żeby się z
nim zrównać wzrostem. Kotów nie ganiał. Słowem sielanka.
Zaczęłam przekonywać Ceci
do mojego pomysłu, tłumacząc jej, że powinnyśmy czuć się uhonorowane, bo Piesio
nas wybrał. Cóż, moja ciocia nie czuła się w najmniejszym stopniu uhonorowana i
wręcz mi to oznajmiła. Więcej, dodała: ‘Albo pies, albo ja’. I zadzwoniła do
mojej rodziny, aby pomogli jej mnie odwieść od głupiego pomysłu.
W najbliższy weekend
przyjechał mój Tata z małżonką. Gdy znaleźli się na podwórzu, Piesio spał w
najlepsze na materacyku na leżaku (jeszcze nie mieszkał w domu). Gdy Maryla się
zbliżyła, piesek obudził się, ziewnął rozkosznie i wyciągnął do niej łapkę,
jakby na powitanie. ‘Jaki śliczny ‘ – zakrzyknęła.
Potem przyjechał mój brat
i stwierdził, że psiak jest bardzo fajny i mamy warunki, żeby jeszcze parę
zwierzaków się zmieściło, więc nie widzi, w czym problem.
I tak Piesio został. A
Ceci nie powtarzała swojego warunku, więc powoli sytuacja się unormowała. Psiak
zaczął mieszkać w domu i spać na jednym z moich foteli w pokoiku wschodnim. Na
ogół po kolacji udawał się już na piętro i układał w swoim łóżeczku. Gdy się
zbliżałam do niego, odwracał się do góry brzuszkiem (jeszcze gołym), tak więc
mogłam go całować w beżową w łatki skórkę. Do dziś lubię go w jego brzusio
całować.
Zrobiłam kilka zdjęć
Piesiowi i pokazywałam koleżankom w pracy. ‘Cóż, urodą nie poraża’ –
stwierdziła jedna, ale dla mnie mój szczeniak był po prostu cudowny.
Czułam się trochę jak
kobieta w okresie przekwitania, z dorastającymi dziećmi, której przytrafia się
na skutek wpadki, małe dziecko. Dziecko to staje się beniaminkiem całej rodziny
i jest paskudnie rozpieszczane przez wszystkich. Tak było i w przypadku Piesia;
wszystkie moje zwierzaki miały ok. 6 lat i były już dorosłe, a nawet w średnim
wieku. I naraz trafił nam się taki … Piesio.
Zabrałam Piesia do Lecznicy na obowiązkowe szczepienia i założyłam mu
książeczkę zdrowia. Wiek Piesia oceniono na 4 miesiące i jako datę urodzenia wpisano mu 5 marca 2005. Jako imię wpisano ‘Piesio / Archie’ – zdrobnienie od
archeologa, bo w międzyczasie psiak przekopywał działkę w poszukiwaniu kości
zakopanych przez Alissę w trakcie jej 6-letniego pobytu w naszym domu, a
ponieważ psicy załamywało się jedno ucho i ktoś nam polecił kości cielęce jako
antidotum, trochę tych kości było na działce.
Po
urlopie wróciłam do pracy i zostawiałam moją menażerię na 10 godzin.
Ceci
korzystając z ładnej pogody, zaplanowała wypady do koleżanek w Warszawie.
Któregoś
dnia po powrocie do domu nie zastałam Piesia. Moja zdenerwowana ciocia zaczęła
opowiadać, że Piesio wyszedł za nią, swoim zwyczajem między sztachetami
ogrodzenie, gdy szła do przystanku autobusowego. Zorientowawszy się, że ma
ogon, zaczęła kluczyć, w nadziei, że Piesio się zmęczy i zawróci. I wydawało
jej się, że ta taktyka dała rezultat, bo nie widziała go już za sobą. Gdy już
była w odjeżdżającym autobusie i wyjrzała przez okno, serce jej zamarło, bo
zobaczyła Piesia pod ławką na przystanku. Skróciła, jak mogła, swój pobyt w
Warszawie i pospieszyła do domu, w nadziei, że tam zastanie Piesia. Ale Piesia
nie było. Zabrałam zdjęcie Piesiowe i
pojechałam do piekarni przy przystanku, aby zapytać o Piesia. Owszem, widziano takiego pieska koło 10:00
rano, a była 17:00. Jeździłam z pół godziny po uliczkach mojej części
Konstancina, wydzierając się: ‘Piesioooo, Piesioooo’. I nic.
W
końcu sobie przypomniałam, że wtedy w czerwcu pomaszerował sam do Lecznicy,
więc może i tym razem tam poszedł. Gdy dotarłam do Lecznicy, przywitano mnie
jak marnotrawną córkę, bo okazuje się, że dzwonili już do mnie. Ktoś znalazł
Piesia, który zabłądził na czyjąś działkę i został pogoniony przez dużego psa.
W Lecznicy nastąpiła konsternacja, bo psiak był identyczny z moim Piesiem, ale
był suczką. Zastanawiali się, czy to może siostrzyczka i dzwonili do mnie, ale
nie słyszałam telefonu.
Wyjaśniłam,
że mój Piesio jest dziewczynką i właśnie go szukam.
Piesio
siedział w dużej klatce, biedna mała szara kuleczka, bez śladu zwykłej energii.
Gdy
Doktor Darek otworzył klatkę i Piesio mnie zobaczył, dosłownie się do mnie
przykleił. Przytuliłam go do siebie i ucałowałam w czarny łepek. Pan Doktor
stwierdził, że jestem stworzona dla Piesia i beze mnie ten psiak nie ma chęci
do życia.
Podziękowałam
serdecznie Doktorostwu za moją zgubę i zabrałam Piesia do samochodu.
Gdy
dotarłyśmy do domu, Ceci siedziała na werandzie niespokojna o rezultaty moich
poszukiwań.
Piesio
wyskoczył jak z procy z samochodu, znów pełen energii.
‘Nie
udało Ci się’ – rzuciłam mojej cioci, która kiedyś żartowała, że wyprowadzi
Piesia do autobusu i wsiądzie do niego, a gdy Piesio idący jej tropem, również
się tam znajdzie, ona wysiądzie. Piesio pojedzie sam, a ponieważ jest taki
uroczy, na pewno ktoś go przygarnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz