Jak
już pisałam, traktowałam Piesia jak spóźniona mateczka swoje najmłodsze dziecię
powite w okresie przekwitania. Piesio miał wielkie łapki, jak to szczeniaki,
ale mi się wydawały zbyt wielkie i trochę koślawe, więc podejrzewając, że
szczeniak ma krzywicę, zaczęłam go dokarmiać witaminą D3. Piesio był od
początku wszystkożerny, więc i witaminki zajadał.
Muszę
przyznać, że od początku był bardzo czysty.
Tylko 2 razy nasiusiał w przedpokoju na parterze, przy drzwiach i
podejrzewam, że sygnalizował w nocy, że chce wyjść, ale nikt nie słyszał. Bo
Piesio nie szczekał, a ni nie piszczał, gdy chciał wyjść tylko tak mruczał
gardłowo.
Z
Alissą się pięknie bawili, a ruch przy tej zabawie pomógł psicy wzmocnić
operowaną tylną łapę i stanąć wreszcie pewnie na niej. Tak więc pożytek z
malucha był duży.
Z
moimi kotami Piesio miał przykrą przygodę: któregoś pogodnego dnia, gdy okna
były pootwierane, a ja przebywałam na podwórzu, usłyszałam, dochodzące z
piętra, szczenięce szczekanie, które zdało mi się wołaniem o pomoc. Pognałam po
schodach do mojej wieży i zobaczyłam moje małe psiątko wciśnięte w kąt i moje
dwa drapieżniki zbliżające się do niego z obu stron. Popędziłam moje kociska i
uratowałam Piesia, który od tej pory z dość dużą rezerwą podchodził do kotów.
Nie wiem, co im odbiło; Misia z Alissą prawie się przyjaźniły. No, ale Alissa
była wielkim wilczurem, a Piesio tylko czteromiesięcznym małym szczeniakiem.
Jak
już wspomniałam Piesio był żarłokiem i zjadał wszystko: orzeszki, winogrona
(jeśli się nadgryzło i poczuł słodycz), ciasteczka i oczywiście wszelkie
wędliny i mięsa.
Wieczorem,
gdy nakładałam moim dziewczynkom kolację na miski, po pewnym czasie zamieniały
się i każda mogła sprawdzić, że ta druga nie dostała nic lepszego.
Chodziliśmy
w pola na spacery we czwórkę, razem z Kumplem, który bardzo dobrze odnosił się
do Piesia. Piesio wysforowywał się na ogół na przodownika stada i biegł jako
pierwszy; Alissie na tym zaszczycie zdawało się nie zależeć zupełnie.
Kilkakrotnie
spotykałam panie z pieskami, które na widok Piesia wołały jedna do drugiej: ‘
O, zobacz, to ten piesek. Dzieci go uwielbiały’. I dośpiewałam sobie resztę:
jakieś bachory się pobawiły ze znalezionym psiakiem, a potem wieczorem rodzice
wystawiali zwierzaka za ogrodzenie, żeby nie było problemu i maluch błąkał się
od chaty do chaty, dopóki pani Teresa nie przyprowadziła go do pani Zofii. Nie był dostatecznie rasowy dla śmietanki
konstancińskiej.
Piesio
był kundelkiem, ale pełnym uroku, jeśli nie porywającej urody. Aczkolwiek
szlachetność mojego serca została nagrodzona, bo jakiś czas później, przy
okazji wizyty w Lecznicy, Doktor Darek pokazał mi w dużym atlasie psów
podobiznę Piesia jako ‘basset bleu de Gascogne’, czyli niebieskiego psa gończego
z Gaskonii popularnego w XIV wieku, służącego do polowań myśliwym pieszym. Jeśli wygooglować sobie tę nazwę zobaczyć
można koloryt futerka wraz ze wszystkimi dokładnie plamkami czarnymi.
Oryginalny basset ma większą głowę i kłapiaste uszy. Mój Piesio ma mniejszą
główkę jamnika i takież uszka oraz jest wyższy i szczuplejszy od basseta. Zresztą, jak niedawno publikowała Gazeta
Wyborcza, rasy psów na przestrzeni ostatnich 100 lat się bardzo zmieniły i np.
bassety miały dawniej krótsze uszy i były wyższe. Może mój Piesio jest właśnie
bliższy swojemu gaskońskiemu protoplaście niż współczesne bassety. Trudno
zresztą sobie wyobrazić długouchego i ciężkiego basseta jako psa myśliwskiego;
te uszyska zaczepiałyby mu się o krzaki. Mój Piesio to co innego!!!
Ma
zresztą jakiś instynkt łowiecki, bo wytropi każdego bażanta w zaroślach, a gdy
poczuje grubszą zwierzynę, wydaje jakiś taki dziwny odgłos, jakby nawoływanie
do gonitwy i rzuca się w pościg. Uczciwie muszę jednak przyznać, że nigdy nic
nie upolował i chwalić Boga, bo nie wiedziałabym co mam robić z rannym łupem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz