Było popołudnie czerwcowe
2005 i wracałam ze spaceru z moją psicą Alissą I i psem sąsiadów Kumplem. Gdy
mijaliśmy dom sąsiadów u wlotu na naszą uliczkę, zauważyłam na ich posesji
szarego szczeniaka z czarnymi kropkami, który na nasz widok zaczął po szczenięcemu
ujadać. Sąsiedzi mieli do tej pory wiekowego owczarka niemieckiego, który
niedawno odszedł i trochę się zdziwiłam, że tak szybko weszli w posiadanie
nowego pupila. Zagadałam do pieska przez ogrodzenie, a on niewiele myśląc
przecisnął się między sztachetami ogrodzenie (ok. 15 cm) i podreptał za nami.
Przez moje ogrodzenie też się przecisnął i znalazł się na naszym podwórzu.
Moja ciocia – Ceci, która
właśnie wyszła na werandę zdziwiła się, co to za nowy nabytek, ale jej
wyjaśniłam, że to piesek sąsiadów, a następnie wzięłam szczeniaczka na ręce i
odniosłam do właścicieli. Pani Zofia wyjaśniła, że Kropkę, jak nazwano pieska,
przyprowadziły jej sąsiadki, a znalazły go zagubionego przy pętli autobusowej.
Następnego dnia, gdy
wyszłam z domu, znalazłam psiaka na werandzie, wijącego się z radości i
merdającego energicznie ogonkiem. Byłam
na urlopie i nie było potrzeby się spieszyć, więc po porannej kawie zadzwoniłam
do właściciela pieska, poinformowałam go, że dobytek jest u mnie i zaprosiłam
na kawę.
W trakcie kawy pan
Stanisław wyjaśnił, że ma świadomość, że piesek przechodzi przez ogrodzenie,
ale on nie chce poprawiać ogrodzenia, bo liczy, że jego żona podpasie malca i
problem zniknie. Nie ukrywał w rozmowie, że osobiście wolałby jakiegoś większego
psa, a nie takiego szkraba, który mógł wyrosnąć do wysokości jamnika, może
niewiele więcej. Przed odejściem, sąsiad wziął szczeniaka na ręce, a ten –
jakby się odpychał łapkami od niego. Było mi trochę przykro; do mnie piesek się
tulił.
W ciągu dnia piesek
jeszcze nas parę razy odwiedził i za każdym razem go odnosiłam do jego domu,
przerzucałam za ogrodzenie i jeśli kogoś widziałam na podwórzu, wołałam:
‘Odnoszę piesia’ i tak zostało. Piesio.
Któregoś dnia przy takiej
okazji, pani Zofia spytała, czy nie chcę go zatrzymać. ‘Ależ ja mam dużą Alissę
i 2 koty. Nie potrzebuję jeszcze jednego
psa’ – odparłam.
Alissa I była po operacji
stawu biodrowego (miała ją w marcu) i następnego dnia wybierałyśmy się do
Lecznicy na prześwietlenie. Alissa po
upływie ponad 2 miesięcy nadal nie chodziła na operowaną nogę i chciałam
sprawdzić, czy wszystko z nią w porządku; miała być prześwietlona.
Następnego dnia rano
zastałam naszego stałego gościa na werandzie całego w lansadach. Ponieważ Alissa I nie jeździła samochodem, do
Lecznicy szłyśmy na piechotę, a Piesio podreptał za nami. Vetowie mają mini schronisko dla bezpańskich
zwierząt przy Lecznicy i tam Piesio spotkał tłuściutkiego szczeniaka Kluskę, z
którym zaczął się bawić. Trochę to trwało, bo Alissę trzeba było uśpić do
prześwietlenia. Nim psica stanęła znowu pewnie na swoich łapach, Piesio szalał
z Kluską wokół samochodu i pod samochodem Doktora Darka. Zabawa takich małych
psiaków to czysta radość dla oczu. Zaśmiewaliśmy się w Lecznicy obserwując
Piesia i Kluskę. Sądzę, że to były dla nich wspaniałe 2 godziny, albo i dłużej.
Po południu odniosłam
Piesia do jego Państwa, ale nim zdołałam dotrzeć do mojego domostwa, szczeniak
był już przy mnie. Zaczęłam mu tłumaczyć, że to nie jego domek, że ma swoich Państwa
i tak dalej. Na ten mój monolog na
drodze wyszła ze swojej bramy moja najbliższa sąsiadka - pani Henia z miotłą w
ręce i pogoniła Piesia w kierunku jego domu. Odchodził wolnym krokiem,
właściwie wlókł się, ale co chwila oglądał się na mnie z ogromnym żalem w ślepkach,
a mi się serce krajało.
Około 20:00 przyszedł pan
Stanisław, pytając czy jest u nas jego piesek. Odpowiedziałam, że odszedł w
kierunku ich domu. Chodziliśmy i wołaliśmy po drodze i polach, ale Piesia nie
było.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz