niedziela, 29 grudnia 2013

Alissa I - przez tęczowy most





Kochany Markiz pocieszył mnie, że pokryje koszty rezonansu mojej suni, więc trochę odetchnęłam.

Po powrocie z Bemowa spytałam pana Jurka, czy gdyby Alissie wykryto nieoperowalnego guza i trzeba będzie ją uśpić, czy pomoże mi ja pochować. ‘Tamtą pochowałem to i tą pochowam’ – odparł.

Jeszcze w niedzielę rozmawiałam z Panią Doktor Danutą na temat planowanego rezonansu. Sunia miała być przygotowana w Lecznicy do transportu (dozwolone leki miały być uzgodnione z Doktorem Sobczyńskim) i po badaniu miała trafić z powrotem do Lecznicy na wybudzenie z narkozy.
We wtorek chciałam ją zabrać do domu. Wymyśliłam sobie, że jeśli ją zamknę w garażu i usunę stamtąd wszystko, o co mogłaby się uderzyć błądząc na ślepo, będzie miała ponad 20 m2 do swojej dyspozycji, spokój, gdyż nasza droga nie jest specjalnie uczęszczana. A jeśli jeszcze zamknę Piesia w domu, nie będzie jej dziamał nad głową. Liczyłam, że w ten sposób sunia wydobrzeje w ciągu tygodnia.

W poniedziałek po pracy zawiozłam Alissie kolację i umówiłam się na 20:30 na jej odbiór na badanie. Byłam nawet wcześniej. Alissa była podsypiająca. Zapakowaliśmy ją do samochodu na kocu, przymocowałam ją pasami, żeby mi nie spadła. Zamykając tylne drzwi przycięłam sobie palec; do dzisiaj mam bordowo-brązową plamę pod paznokciem kciuka.
Przed samym odjazdem spod Lecznicy, zadzwonił Doktor Sobczyński, że się spóźni trochę, więc nie spieszyłam się, jechałam 40 km/godz., żeby nie budzić śpiącej psicy.

Do przychodni wnieśliśmy Alissę na kocu. Została zbadana i podano jej kolejnego głupiego Jasia, żeby się nie ruszała w trakcie rezonansu. Gdy oczekiwałyśmy na korytarzu na działanie nasennika, sunia chodziła trochę, wprawdzie chwiejnie i opierając się na mojej nodze, ale chodziła. I widać było teraz wyraźnie, że nie widzi. Jej oczy były wielkie i głębokie, ale ślepe.
Badanie rozpoczęło się ok. 22:00. Po badaniu, gdy sunia sobie jeszcze spała, zaproszono mnie do środka, żeby pokazać zawartość klisz. Nie było guza, dzięki Bogu.
Pan Doktor pokazał mi opuchniętą część mózgu suni, która odpowiadała za jej przejściową ślepotę i niezborne ruchy i potwierdził, że po tygodniu objawy te powinny ustąpić, jeśli zapewni się psicy spokój i ciszę. Poinformowałam go o moich planach względem Alissy na najbliższe dni i on je zaaprobował.
Zapakowaliśmy sunię do samochodu i ruszyłam do Lecznicy. Byłyśmy prawie o północku, aż mi było głupio wobec Pani Doktor Danuty. Wypakowałyśmy sunię we dwie i ułożyłyśmy w sali operacyjnej, gdzie do tej pory polegiwała. Nadal spała.

Następnego dnia miałam jakieś spotkanie i nie zabrałam mojej komórki ze sobą. Wracając do domu, odebrałam zamówiony brom dla Alissy z apteki.
Po drodze zadzwonił telefon; zdenerwowana Pani Doktor Agatka informowała, że ma taka nieprzyjemną wiadomość, że Alissa dostała ataku padaczki i go nie przeżyła. Jakoś nie zaskoczyłam. Powiedziałam, że będę za chwilę u nich i porozmawiamy. Gdy dojechałam, Pani Doktor wyszła do mnie i łamiącym się głosem zaczęła opowiadać, że rano Alissa dobrze się czuła, trochę chodziła, a potem dostała silnego ataku i mimo, że ją ratowano… odeszła.
Nadal nie bardzo pojmując, zaczęłam ją gładzić po ręce i uspokajać, mówiąc: ‘Pani Doktor, ja wiem, że zrobiliście wszystko, co można było. Proszę się uspokoić…’
Pani Doktor spytała, czy chcę sunię teraz zobaczyć, ale nie wiem, dlaczego (!!!), odparłam, że przyjadę po nią później.
Dopiero, gdy ujechałam kilkadziesiąt metrów od Lecznicy dotarło do mnie, że mojej suni już nie ma i zaczęłam płakać jadąc do domu.

Po kilku papierosach, gdy doszłam do siebie zaczęłam przygotowywać grób dla Alissy. Sąsiedzi wyjechali na działkę i trzeba było się tym zająć osobiście.
Wykopałam dół, który moim zdaniem mógł ją pomieścić i poszłam na spacer z Piesiem. W drodze powrotnej spotkałam syna sąsiadów i powiedziałam o śmierci Alissy. Spytałam, czy mógłby pomóc mi ja przenieść do grobu, jak ją przywiozę, gdyż nie chciałam jej ciągnąć po kostce brukowej i trawie za łapy. Odpowiedział, że nie ma sprawy i umówiliśmy się za pół godziny.

Zabrałam dla suni czysty koc bawełniany i czyste prześcieradło.
Nie wiem, czy Pani Doktor Agatka sądziła, że nie chcę jej martwej oglądać, że chcę ją zapamiętać żywą, bo owinęła Alissę w koc jak pakunek i nawet zabezpieczyła taśma klejącą, tak, że tylko jej kształt widziałam. I tak psicę zapakowałyśmy do samochodu na kołderce z Lecznicy.
Zawiozłam Alissę do domu. W chwilę później zjawił się Mariusz z żoną i razem przenieśliśmy sunię nad wykopany grób. Miała wyciągnięte łapy i Mariusz musiał poszerzyć wykop, żeby się zmieściła. Na moment podbiegł do nas Piesio, obwąchał pakunek i kilka razy szczeknął; nie wiem, czy to było psie pożegnanie. Kilka razy przymierzaliśmy, aż wreszcie wysłałam grób czystym białym, pogłaskałam ją po zawiniętym kocem łebku, wyszeptałam kilka słów pożegnania i złożyliśmy Alissę na jej wieczny spoczynek. Postaliśmy chwilę nad otwartym grobem; byłam wdzięczna moim towarzyszom za ich zrozumienie i współczucie. Wrzuciłam suni do grobu jej smycz i obrożę. Był już półmrok, gdy zakopywaliśmy mogiłę.
Następnego dnia przypomniałam sobie o jej ulubionej zabawce i zrobiłam dziurę w mogile, aby wrzucić jej tam jeszcze Łosia Leosia.

Przez pierwsze dni ciągle mi się wydawało, że Alissa nadal jest: słyszałam ją jak biega po schodach, słyszałam, jak pije wodę; gdy wieczorem siadałam czytać książkę, wydawało mi się, że leży obok mnie.

Nie jestem specjalnie pobożna. Wierzę w Istotę Najwyższą, ale nie kościół.  Po wielu latach zaczęłam się modlić po śmierci Ceci o wieczny odpoczynek dla niej, potem dołączyłam do moich modłów moich Rodziców, krewnych Taty i Mamy.
W ostatnich miesiącach modliłam się, żeby moje zwierzęta były zachowane w zdrowiu i żeby nigdy nie zabrakło mi środków na opiekę nad nimi i ich utrzymanie.
Pan Bóg ma przewrotne nieco poczucie humoru – zabrał mi Alissę, żeby mi było łatwiej finansowo.
Może to pogaństwo, ale teraz modlę się również o moją sunie, żeby pozwolono jej biegać po ogrodach i łąkach niebieskich, ścigać się z wiatrem, rozbryzgiwać wodę w strumykach, stawach i kałużach, taplać w wodzie i błocie, tarzać po trawie i wygrzewać na słońcu. I żeby nie gniewano się, że kopie dołki, wykopuje i niszczy rośliny i brudzi trawę.
Żeby moja Alissa przebywała tam w zaświatach pod opieką moich Rodziców, chodziła na spacery z Tatą, żeby Mama gładziła ją po łebku i obdarzała karesami.
Żeby sunia wiedziała, że jest pańskim psem i jest zawsze mile widziana, kochana i potrzebna.
Żeby miała to wszystko, czym mogła tak krótko cieszyć się tutaj na ziemi.

*******************************************************************************




11 września 2014.
Wczoraj minął rok od odejścia Alissy.
To sporo czasu, a ja nadal nie mogę się pogodzić z moją stratą.
Ktoś powie: to tylko pies, ale ja zawsze uważałam, że zwierzęta są dużo więcej warte od ludzi, a moja sunia była po prostu wyjątkowa.
Już nie słyszę jej kroków na schodach, jak w tych pierwszych dniach i tygodniach, ale często spacerując z Piesiem po polach, mam wrażenie, że Alissa nam towarzyszy. Widzę ją biegnącą kłusem przed nami (jak zwykle) z falującym ogonem.
Gdy padał deszcz i na ugorze kuzynki jest ta długa kałuża – sunia wpada w nią z wysokimi bryzgami wody i przemierza kilkakrotnie, ciesząc się pędem i spadającymi kroplami.
Gdy zbliżamy się do Niesiebła – Alissa biegnie do bajora i stojąc w nim na tylnych łapach, wali przednimi o wodę, zupełnie jak małe dziecko cieszące się morskimi falami.
Moja kochana, niezapomniana Alissa….. Tak bardzo chciałabym, żeby mi się przyśniła szczęśliwa i radosna, tyle razy ją prosiłam, żeby odwiedziła mnie we śnie....
Była mi kumpelą i towarzyszyła przy wszystkich pracach, pchając swój ciekawski nos gdzie popadnie.  I teraz bardzo mi jej brakuje, chociaż mam Piesia i małe kotki.

 

2 tygodnie temu odebrałam tabliczkę na grób Alissy, zwykłą brązowo-czarną:

Alissa II
2008 – 2013
i postawiłam pod krzewiastym cisem, który posadziłam kilka miesięcy temu. Gdy cis się rozrośnie, sunia powinna mieć tam ładnie. Niestety, żadne kwiatki nie chcą rosnąc pod iglakami.


Wczoraj zapaliłam świecę zapachową w salonie dla uczczenia pamięci mojej suni. Paliła się całą noc i zgasła ok. 5:30 rano.

1 listopada zapaliłam, jak zawsze, lampki na grobach wszystkich moich zwierzaków. Może to głupie, ale dla mnie moje czworonogi zawsze były jak rodzina, a może i bardziej.
 



 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz