Po tygodniu pobytu Alissy
u nas, przyszła w weekend pani z ogłoszenia do mycia okien (17 sztuk to nie
przelewki i nigdy się do tego nie garnęłam). Po zakończeniu pracy okazało się,
że najbliższy transport do domu ma za 15 minut pociągiem z Piaseczna do Góry
Kalwarii. Wskoczyłyśmy do samochodu, Piesio z nami, ruszyłyśmy. Po 100 metrach
zerknęłam w lusterko wsteczne i zobaczyłam, że Alissa, który miała zostać na podwórzu, kłusuje za nami. Nie było czasu na powrót; otworzyłam tylne drzwi i
sunia, cała ukontentowana, ulokowała się na kanapie. Przyszło mi do głowy, że
ma pewnie niemiłe wspomnienia takiego oddalającego się samochodu…
Wpadłyśmy na stację, gdy
pociąg już stał, pani Jola pofrunęła na peron, a Piesio rozsiadł się na jej
miejscu zostawiając dla Alissy całe tylne siedzenie.
W trakcie wizyty w
Lecznicy, pani Doktor poinformowała mnie, że Alissa ma czipa z Palucha. W
najbliższy poniedziałek zadzwoniłam tam, chcąc się dowiedzieć czegoś więcej o
suni. Okazało się, że przebywała w schronisku od lipca 2009; 31 marca 2010 ktoś
z Wołomina ją adoptował, (czyli przebywała tam 7 miesięcy). Czyli, zważywszy,
że pan leśniczy ją przygarnął po 20 kwietnia i sunia wyglądała jak szkielet,
nie za długo ten nowy właściciel nacieszył się swoim nabytkiem. Schronisko
skontaktowało się z tym jegomościem i on twierdził, że sunia mu uciekła, w co
nie wierzę, bo bardzo się pilnowała i reagowała na wołanie, czy gwizdek. Poza
tym, zgodnie z umową adopcyjną – w przypadku zaginięcia zwierzęcia, lub jego
śmierci powinien powiadomić o tym fakcie Schronisko. Nie zrobił tego, nie
zabiegał też o odzyskanie suni, więc sądzę, że ten skurwysyn dopatrzył się w
domu, że nie jest ona pełnej krwi owczarkiem, porzucił ją w lesie w Markach,
może jeszcze bił, bo jej strach przed mężczyznami musiał się skądś wziąć. W Schronisku
na pewno miała do czynienia również z mężczyznami, więc tam się urazu do nich
nie nabawiła.
Poinformowałam Schronisko,
że jestem zainteresowana zatrzymaniem suni. Chcieli, żebym ją przywiozła na Paluch
i tam uroczyście mi ją przekazać po podpisaniu umowy adopcyjnej. Przekonałam
ich, że powrót do Schroniska będzie stresem dla suni i udało się to załatwić
korespondencyjnie: przysłali mi umowę i ja po podpisaniu odesłałam jeden
egzemplarz.
Z umowy dowiedziałam się,
że sunia była nazywana na Paluchu Cytrą; nawet ładnie.
Tak, więc stałam się
pełnoprawną opiekunką Alissy.
W tym czasie wszyscy
w domu przechodziliśmy świerzb. Ceci się zaraziła w Szpitalu na Spartańskiej i
przekazała go mnie i mojemu kuzynowi Markizowi. Drapaliśmy się wszyscy i
przechodziliśmy różne kuracje. Markiz wynalazł wspaniałego dermatologa, byłego
lekarza więziennego, który rozpoznał chorobę i potrafił ja leczyć. Zapisał więc
nam jakąś maść siarkową, która pachniała stosownie do nazwy, ale była
skuteczna. Ja chyba trzykrotnie się nią smarowałam, nim się wyleczyłam.
W tym czasie i Alissa
zaczęła się drapać. Poszłam z nią do Lecznicy i pan Doktor ujrzawszy sunię po
raz pierwszy, stwierdził, że imię Alissa do niej nie pasuje, bo moja poprzednia
psica była dystyngowaną damą, a ta jest taka podfruwajka. Niemniej jednak
obejrzał dokładnie sunię i zapisał jakieś dwa lekarstwa, którymi na przemian
miałam ją smarować pod pachami, gdzie były czerwone ślady po drapaniu.
Smarowałam ja więc tymi
lekarstwami, a Alissa nadal się drapała. Przyszło mi więc do głowy, że biedna
psica zaraziła się od nas świerzbem i nie konsultując już tego z panem Doktorem
wysmarowałam biedne zwierzę novoscabiną, którą my też stosowaliśmy. Alissa
pokornie zniosła swój los. Po kilku
dniach okazało się, że psica miała po prostu pchły i obroża przeciwko kleszczom
i innym insektom rozwiązała problem nim zaczęłam dalsze eksperymenty medyczne na
żywym organizmie mojej suni.
Alissa miała ADHD, co do
tego nie było wątpliwości. Ile razy wychodziłyśmy na spacer dosłownie szalała
ze szczęścia: skakała, biegała, wracała, zachęcała Piesia do zabawy
przyskakując do niego, jakby strasząc. Pięknie biegała - jak sarna, dosłownie
płynęła w powietrzu. Nieraz ją obserwując myślałam sobie, jak wielką krzywdą
dla niej musiały być te 7 miesięcy w klatce na Paluchu i nawet, gdy czasem mnie
złościły jej ataki na Piesia, myślałam sobie, że w ten sposób odbija sobie te
miesiące niewoli, że musi się wyszaleć. Ale ADHD swoją drogą miała. Nie
potrafiła usiedzieć w jednym miejscu, ciągle ją coś nosiło.
Miała nadal ten zwyczaj
wspinania się na tylne łapy i opierania przednich na ramionach ludzkich. Ja starałam
się zawsze stanąć bokiem lub zdejmowałam jej łapy ze mnie. Ceci nie była taka
szybka i kilka dni po swoim przybyciu Alissa wspięła się na nią, ciocia
straciła równowagę i opadła na stół na werandzie. Bolały ją potem żebra i
obawialiśmy się, że sobie je połamała. Prześwietlenie wykluczyło taką
ewentualność, ale ból się utrzymywał przez kilka tygodni.
Przez pierwsze dni
starałam się odseparować mojego kota od Alissy. Zamykałam drzwi, gdy kot był w
domu, żeby go nie straszyła, ale i tak biedny kocina uciekał przed nią. Najgorsze,
że sunia była tak wielka (90 cm do czubków uszu), że bez trudu mogła go dosięgnąć na parapecie, czy to
wewnętrznym, czy zewnętrznym. W końcu mnie znudziła ta ciągła uwaga i
zdecydowałam się na konfrontację zwierząt: Alissę przywiązałam na smyczy do
poręczy na werandzie, a kota w kontenerku postawiłam po drugiej stronie. Na
początku obydwoje się miotali: Alissa – żeby dostać się do kota, a kot, żeby
uciec. Ale po pewnym czasie usiedli, każde w swoim miejscu i zaczęli się sobie
przyglądać. Gdy po 30 minutach otworzyłam drzwi kontenerka – kot z niego
wyszedł powolnym dystyngowanym krokiem, a nie czmychnął, jak to miał we
zwyczaju w obecności psicy. I od tej pory już żyli obok siebie, może nie w
wielkiej przyjaźni (nigdy np. nie widziałam Agisa śpiącego między łapami Alissy),
ale bez ucieczek kota i pogoni psicy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz