sobota, 7 grudnia 2013

Alissa II - c.d.



Po tygodniu pobytu Alissy u nas, przyszła w weekend pani z ogłoszenia do mycia okien (17 sztuk to nie przelewki i nigdy się do tego nie garnęłam). Po zakończeniu pracy okazało się, że najbliższy transport do domu ma za 15 minut pociągiem z Piaseczna do Góry Kalwarii. Wskoczyłyśmy do samochodu, Piesio z nami, ruszyłyśmy. Po 100 metrach zerknęłam w lusterko wsteczne i zobaczyłam, że Alissa, który miała zostać na podwórzu, kłusuje za nami. Nie było czasu na powrót; otworzyłam tylne drzwi i sunia, cała ukontentowana, ulokowała się na kanapie. Przyszło mi do głowy, że ma pewnie niemiłe wspomnienia takiego oddalającego się samochodu…
Wpadłyśmy na stację, gdy pociąg już stał, pani Jola pofrunęła na peron, a Piesio rozsiadł się na jej miejscu zostawiając dla Alissy całe tylne siedzenie.

W trakcie wizyty w Lecznicy, pani Doktor poinformowała mnie, że Alissa ma czipa z Palucha. W najbliższy poniedziałek zadzwoniłam tam, chcąc się dowiedzieć czegoś więcej o suni. Okazało się, że przebywała w schronisku od lipca 2009; 31 marca 2010 ktoś z Wołomina ją adoptował, (czyli przebywała tam 7 miesięcy). Czyli, zważywszy, że pan leśniczy ją przygarnął po 20 kwietnia i sunia wyglądała jak szkielet, nie za długo ten nowy właściciel nacieszył się swoim nabytkiem. Schronisko skontaktowało się z tym jegomościem i on twierdził, że sunia mu uciekła, w co nie wierzę, bo bardzo się pilnowała i reagowała na wołanie, czy gwizdek. Poza tym, zgodnie z umową adopcyjną – w przypadku zaginięcia zwierzęcia, lub jego śmierci powinien powiadomić o tym fakcie Schronisko. Nie zrobił tego, nie zabiegał też o odzyskanie suni, więc sądzę, że ten skurwysyn dopatrzył się w domu, że nie jest ona pełnej krwi owczarkiem, porzucił ją w lesie w Markach, może jeszcze bił, bo jej strach przed mężczyznami musiał się skądś wziąć. W Schronisku na pewno miała do czynienia również z mężczyznami, więc tam się urazu do nich nie nabawiła.
Poinformowałam Schronisko, że jestem zainteresowana zatrzymaniem suni. Chcieli, żebym ją przywiozła na Paluch i tam uroczyście mi ją przekazać po podpisaniu umowy adopcyjnej. Przekonałam ich, że powrót do Schroniska będzie stresem dla suni i udało się to załatwić korespondencyjnie: przysłali mi umowę i ja po podpisaniu odesłałam jeden egzemplarz.
Z umowy dowiedziałam się, że sunia była nazywana na Paluchu Cytrą; nawet ładnie.
Tak, więc stałam się pełnoprawną opiekunką Alissy.

W tym czasie wszyscy w domu przechodziliśmy świerzb. Ceci się zaraziła w Szpitalu na Spartańskiej i przekazała go mnie i mojemu kuzynowi Markizowi. Drapaliśmy się wszyscy i przechodziliśmy różne kuracje. Markiz wynalazł wspaniałego dermatologa, byłego lekarza więziennego, który rozpoznał chorobę i potrafił ja leczyć. Zapisał więc nam jakąś maść siarkową, która pachniała stosownie do nazwy, ale była skuteczna. Ja chyba trzykrotnie się nią smarowałam, nim się wyleczyłam.
W tym czasie i Alissa zaczęła się drapać. Poszłam z nią do Lecznicy i pan Doktor ujrzawszy sunię po raz pierwszy, stwierdził, że imię Alissa do niej nie pasuje, bo moja poprzednia psica była dystyngowaną damą, a ta jest taka podfruwajka. Niemniej jednak obejrzał dokładnie sunię i zapisał jakieś dwa lekarstwa, którymi na przemian miałam ją smarować pod pachami, gdzie były czerwone ślady po drapaniu.
Smarowałam ja więc tymi lekarstwami, a Alissa nadal się drapała. Przyszło mi więc do głowy, że biedna psica zaraziła się od nas świerzbem i nie konsultując już tego z panem Doktorem wysmarowałam biedne zwierzę novoscabiną, którą my też stosowaliśmy. Alissa pokornie zniosła swój los.  Po kilku dniach okazało się, że psica miała po prostu pchły i obroża przeciwko kleszczom i innym insektom rozwiązała problem nim zaczęłam dalsze eksperymenty medyczne na żywym organizmie mojej suni.

Alissa miała ADHD, co do tego nie było wątpliwości. Ile razy wychodziłyśmy na spacer dosłownie szalała ze szczęścia: skakała, biegała, wracała, zachęcała Piesia do zabawy przyskakując do niego, jakby strasząc. Pięknie biegała - jak sarna, dosłownie płynęła w powietrzu. Nieraz ją obserwując myślałam sobie, jak wielką krzywdą dla niej musiały być te 7 miesięcy w klatce na Paluchu i nawet, gdy czasem mnie złościły jej ataki na Piesia, myślałam sobie, że w ten sposób odbija sobie te miesiące niewoli, że musi się wyszaleć. Ale ADHD swoją drogą miała. Nie potrafiła usiedzieć w jednym miejscu, ciągle ją coś nosiło.

Miała nadal ten zwyczaj wspinania się na tylne łapy i opierania przednich na ramionach ludzkich. Ja starałam się zawsze stanąć bokiem lub zdejmowałam jej łapy ze mnie. Ceci nie była taka szybka i kilka dni po swoim przybyciu Alissa wspięła się na nią, ciocia straciła równowagę i opadła na stół na werandzie. Bolały ją potem żebra i obawialiśmy się, że sobie je połamała. Prześwietlenie wykluczyło taką ewentualność, ale ból się utrzymywał przez kilka tygodni.

Przez pierwsze dni starałam się odseparować mojego kota od Alissy. Zamykałam drzwi, gdy kot był w domu, żeby go nie straszyła, ale i tak biedny kocina uciekał przed nią. Najgorsze, że sunia była tak wielka (90 cm do czubków uszu), że bez trudu mogła go dosięgnąć na parapecie, czy to wewnętrznym, czy zewnętrznym. W końcu mnie znudziła ta ciągła uwaga i zdecydowałam się na konfrontację zwierząt: Alissę przywiązałam na smyczy do poręczy na werandzie, a kota w kontenerku postawiłam po drugiej stronie. Na początku obydwoje się miotali: Alissa – żeby dostać się do kota, a kot, żeby uciec. Ale po pewnym czasie usiedli, każde w swoim miejscu i zaczęli się sobie przyglądać. Gdy po 30 minutach otworzyłam drzwi kontenerka – kot z niego wyszedł powolnym dystyngowanym krokiem, a nie czmychnął, jak to miał we zwyczaju w obecności psicy. I od tej pory już żyli obok siebie, może nie w wielkiej przyjaźni (nigdy np. nie widziałam Agisa śpiącego między łapami Alissy), ale bez ucieczek kota i pogoni psicy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz