Jesienią i zimą grasowały
w naszym sąsiedztwie dziki. Ryły ziemię
w poszukiwaniu, nie wiem czego, w odległości niecałych 10 m od naszego
ogrodzenia. W lutym 2012 podczas
popołudniowego spaceru z psicami w jakiś wolny od pracy dzień natknęłyśmy się
na samca z dwiema lochami (chyba, bo mniejsze były). Alissa biegnąc przodem,
jak zawsze, nagle się zatrzymała, za nią Piesio, więc zaczęłam się rozglądać i
zobaczyłam to stadko w odległości nie większej niż 15 m. Dziki też się
zatrzymały i obie nasze grupy mierzyły się wzrokiem. Przestraszyłam się, że
Piesio przypomni sobie, że pochodzi od psów myśliwskich z XV-wiecznej Gaskonii
i zacznie ujadać, więc zawróciłam z cichym nawoływaniem: ‘Wracamy dziewczynki,
do domu, do domu’. O dziwo, posłuchały. Nie oglądałam się przez ramię, żeby
zobaczyć, co zrobiły dziki, ale żadnego tupotu za nami nie słyszałam.
Kilka tygodni później znów
się spotkaliśmy. Tym razem Alissa wypatrzyła dziki (chyba tę samą rodzinę) za
drzewami na mojej polnej działce, trochę dalej niż poprzednio, ok. 30 m; tym razem również nie czekałam na
konfrontację, tylko zawróciłam moje sunie do domu. Muszę pochwalić moje psice,
że okazały rozsądek i nie usiłowały bawić się w polowanie. W stosunku do
mniejszej zwierzyny: bażantów, zajęcy i saren, które czasem spotykałyśmy w
polach, nie były takie oględne. One
gnały za szarakiem, czy sarenką i znikały mi z oczu, a ja obawiając się, że się
zagubią w nieznanym terenie, chodziłam potem po polach i darłam się: ‘Alissaaaa!!!,
Piesioooo!!!’ Po jakimś czasie wracały, całe zziajane. Nigdy mi nie przyniosły
żadnego trofeum.
Zimą 2012 zmieniałam firmę
monitorującą i byłam umówiona w tym samym dniu na wymianę licznika
elektrycznego oraz przeniesienie klawiatury systemu alarmowego i przełączenie
centralki. Pętając się po działce w oczekiwaniu na w/w służby zwróciłam uwagę
na zapach gazu przy gazomierzu i idąc za ciosem, zadzwoniłam na Pogotowie
Gazowe, żeby już zupełnie mieć dzień wykorzystany. Gdy przyjechali gazownicy w liczbie
3 chłopa, zamknęłam Alissę w małej zagrodzie, żeby się jej nie bali. Staliśmy przy gazomierzu i panowie coś mi
opowiadali, gdy naraz jeden z nich zawołał: ‘Ooo! ona wyszła!’ i rzeczywiście,
zobaczyłam moją dużą sunię, jak prawie tanecznym krokiem przemierza podwórze.
Gdy opowiadałam wieczorem bratu o przypadkach owego dnia, zapytał: ‘I co,
jeszcze pogotowie wzywałaś dla reanimacji gazowników???’.
Później zauważyłam, że
Alissa zamknięta w małej zagrodzie, dotąd manipulowała łapą przy skoblu, aż go
przesuwała i otwierała furtkę. Ciekawa byłam, czy nauczyła się tego na Paluchu
i w takim razie, jak ją tam zdołali przetrzymywać w kojcu.
Mała zagroda była jedynym
miejscem, w którym mogłam zamknąć sunię, gdy ktoś bał się wejść na działkę na
jej widok: ‘Wszyscy mówią, że ich piesek nie gryzie, a ja mam już całe nogi w
bliznach’. Alissa była wysokim zwierzęciem i dlatego wzbudzała strach, a
jednocześnie jej wzrost i talenty do skoków na wysokość do 1,40 m sprawiały, że
wewnętrzne płotki, stawiane pod kątem Alissy I, były zupełnie bezużyteczne.
Alissa była dość brudnym
psem, tzn. nie unikała błota, brudu. Nie potrafiła też zasygnalizować, że chce
wyjść, tylko załatwiała swoje potrzeby, gdzie popadnie.
W zimie 2012 w trakcie
dużych mrozów (ok. -20 stopni) zostawiłam ją któregoś dnia w domu, żeby nie zmarzła.
Wydawało mi się, że jeżeli Piesio wytrzymuje 11 godzin, to i ona wytrzyma.
Niestety, po powrocie zastałam zabrudzony w 3 miejscach dywan i trochę mnie
wysiłku kosztowało, nim go doczyściłam. Stwierdziłam więc ze złością, że
miejscem brudnej suki jest podwórze i od tej pory już urzędowała w ciągu dnia w
swojej jurcie.
W czerwcu 2012 wybierałam
się na pierwszy od 5 lat urlop i była potrzeba zabezpieczenia dobrostanu mojej
menażerii. Udało mi się zbajerować moją bratanicę, Asię, która w asyście
swojego chłopaka – Mateusza, miała czuwać nad moimi czworonogami. Wydaję mi
się, że zarówno ludzie, jak i zwierzaki były zadowolone ze swojego towarzystwa.
Asia i Matej jeździli rowerami po polach i zabierali ze sobą moje psice, tak,
więc miały więcej ruchu i zabawy, niż ze mną. Matej miał dobre podejście do
psów, bo wychowywał się z wyżłem; wolał stanowczo Alissę niż Piesia.
Tego samego lata sąsiad
poprawiał psi chodnik. Był to ok. 8-mio metrowy i szeroki na 30 cm łuk z kostki
ułożony przez Wołodię dla Alissy I, tam gdzie najczęściej biegała po trawie
przed swoją budą . Był ułożony tylko na piasku, jak to kostka i nie było
potrzeby zabezpieczać go cementem. Pamiętam, że wtedy Trybunał Konstytucyjny
wydał jakieś sensowne orzeczenie i Tata nazwał ten chodnik Aleją Trybunału Konstytucyjnego.
Alissa I doceniała zaszczyt biegania po takiej sławnej drodze i nie niszczyła
jej.
Wszystko się zmieniło, gdy
nastała Alissa II z ADHD. Sunia nie potrafiła chodzić, gdy można było biegać, a
biegała z takim wigorem, że Aleja Trybunału Konstytucyjnego poszła w rozsypkę.
Poprawiony łuk był juz przymocowany cementem do podłoża.
We wrześniu tamtego roku w
trakcie podłączania wody do mojego pawilonu, patałach koparkowy uszkodził
wodociąg i spowodował awarię. Po jej usunięciu wszystko tonęło w glinianej brei
i nie można było zakończyć prac. Wykop na drodze został zasypany po kilku dniach,
ale ten przy domu nadal był odkryty i ja miałam koszmarne sny, w których
widziałam moje psice wpadające do tej dziury w trakcie gonitwy, Alissę
usiłującą się wydostać i powodującą gwałtownymi ruchami swoich przednich łap
lawinę mokrej gliny, która przygniata je obydwie. Dotąd histeryzowałam, aż
sąsiad się ulitował i zasłonił wykop jakimiś płytami drewnianymi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz