Alissa uwielbiała wodę i
każda kałuża była dla niej wyzwaniem. Kiedy chodziłyśmy na spacery w pola i po
deszczu na ugorze kuzynki przeciętym jakby rowem utrzymywała się po deszczach
woda, Alissa potrafiła przemierzać te 50 metrów kilkakrotnie, rozkoszując się
rozbryzgującą się wodą. Jeśli nie było już wody na ugorze, zawsze mogłam mieć
pewność, że zażyje kąpieli w stawie (bajorze) na Niesieble. Wskakiwała do wody
i cieszyła się jak małe dziecko. Wychodziła w końcu, otrząsała się i ten jej
cienki kundli ogon był jeszcze bardziej cienki.
Wymyśliłam sobie, że skoro
Alissa tak lubi wodę, a Piesio też, jako szczeniak pływał w małym stawie,
zabiorę je na glinianki. Już widziałam oczami wyobraźni, jak moje suki
przemierzają ‘po piesku’ wodną przestrzeń. Nic podobnego; Piesio nie chciał
wcale wejść do wody, a Alissa wprawdzie weszła, ale nie wykazywała
zainteresowania pływaniem, tylko podskakiwała i moczyła się zachwycona.
Alissa też lubiła, kiedy
ją kąpałam. Jako, że nie mamy wanny, kąpiele odbywają się na zewnątrz, raz lub
dwa razy w roku, w ciepły letni dzień. Alissa I nie lubiła kąpieli i trzeba ją
było ubierać w kaganiec, żeby nie pogryzła. Piesio nie gryzie, ale ucieka do
budy i trzeba go na siłę wyciągać. Alissa II z przyjemnością się rozkładała na
grzbiecie, żeby jej wymyć brzuszek i paszki i nie trzeba było jej namawiać do
kąpieli. Ale wody ze szlaucha nie lubiła.
Lubiła też błoto zupełnie
jak małe dziecko. Niejednokrotnie rozkładała się w trakcie spaceru w
błotnistych kałużach i wiedziała, że robi źle, ale nie potrafiła się oprzeć.
Gdy się do niej zbliżałam (żeby dać po dupie), szybko uciekała, ale oglądała
się przez ramię i kpiła sobie ze mnie w najlepsze.
Uwielbiała też wszystkie
smrody, podobnie jak większość psów. Ile to razy wytytłała się w jakiejś
padlinie, lub odchodach (często tych najsmrodliwszych, bo ludzkich). W ostatnim
czasie znalazła sobie nowe miejsce do kąpieli: jakaś firma wywozi skoszoną
trawę i liście na czyjeś pole; jest tego już długi pagórek, a gdy wiosną padają
deszcze – obok pagórka tworzą się kałuże o zapachu gnojówki. O, to było to, co
sunia lubiła najbardziej. Wyprzedzała mnie i Piesia i gnała do tej gnojówki i
rozkładała się, jednym bokiem, potem drugim, a potem cała szczęśliwa i cuchnąca
kontynuowała spacer. Nawet domyć jej z tego smrodu nie można było. Pamiętam, że
po ostatniej kąpieli – z szamponem, skrapiałam ją jakimś olejkiem jaśminowym, żeby
trochę zmienić jej zapach, ale i tak przytłumiony zapaszek gnojówki przebijał
przez perfumy.
Przez pierwsze miesiące
Alissa mieszkała na zewnątrz. Uparcie spała na budzie Piesiowej, ale w domu
bywała. Czasem u mnie na pierwszym piętrze rozkładała się na wersalce. Ponieważ
wersalka stoi pod ukośnym dachem, a sunia wskakując na nią z rozpędu – odbijała
się jak na trampolinie i dotykała uszami do sufitu, niebawem nad tym
legowiskiem pojawiło się coś na kształt szarej aureoli od niezbyt czystych
słuchów psicy.
Ze swojej budy korzystała
czasem tylko; Markiz powiedział, że kiedyś tam się schroniła, gdy nakrzyczał na
nią, bo coś przeskrobała.
Ceci przez cały ten czas
chorowała i Markiz się do nas sprowadził, żeby pomagać przy opiece nad nią.
Potrzebny był też ktoś, kto się nią zajmie, gdy my będziemy w pracy. Przez
tydzień była to nasza kuzynka Ewa, potem pani Ula przysłana przez MOPS. Każda z
nich obawiała się na początku dużego psa. Pamiętam, że dla Ewy przygotowałam
łapówkę dla Alissy w postaci kiełbasek z grilla, które zawiesiłam torebce na
furtce. Alissa była zawsze żarłokiem i dała się przekupić, a potem, jak już
wpuściła Ewę do środka, nie przeszkadzała jej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz