Tak nadszedł maj, chłodny
i deszczowy. Gdy wróciłam do domu z
pracy w dniu 7 maja, Alissa wydawała mi się podniecona, taka rozdygotana, ale
wtedy jeszcze nie byłam tak wyczulona na te objawy. Napaliłam w kominku, żeby
trochę się osuszyło powietrze. Gdy ogień już buzował, Alissie rozpoczął się
atak padaczki. Biegała po salonie, a podane szybko leki nie skutkowały jeszcze.
Nakręcała się coraz bardziej. W pewnym momencie zaczęła wchodzić na schody i
spadła z nich. Aż się skurczyłam oczekując na trzask łamanych kości. Na
szczęście nic się jej nie stało i nadal biegała po pokoju. Kilka razy zbliżyła
się do kominka i obawiałam się, że poparzy się o rozgrzaną kratę. W końcu, po
4-tym ataku, zadzwoniłam do Lecznicy. Polecono mi przyjechać. Nim się
zebrałyśmy, nastąpił kolejny atak, a w Lecznicy jeszcze jeden w trakcie którego
się zmoczyła. Położono sunię pod kroplówkę z lekami uspokajającymi i tak ją
zostawiłam uśpioną na 3 godziny. Gdy odbierałam
ją przed 22:00 z Lecznicy była już spokojna. Przywiozłam tę moja bidę do domu i
położyłam spać.
Później dopiero
zaskoczyłam, że tego dnia musiała mieć wcześniej jakieś ataki, gdyż jej futro
było zmoczone gdy mnie witała, co oznaczało, że w tej swojej aurze biegała po
deszczu.
Następnego dnia była
trochę powolna, jakby otępiała, ale nie powtórzył się atak ‘sierocej histerii’
z poprzedniego ataku.
W dniu 27 maja pan Jurek,
który był w moim ogrodzie zadzwonił, że z suką coś złego się dzieje. Gdy opisał mi objawy, poznałam, że to kolejny
atak padaczki. Poprosiłam tylko, żeby miał ją na oku i rzeczywiście, cały dzień
moi kochani sąsiedzi czuwali nad panną psicą, żeby się nie pokaleczyła o jakieś
płoty i nie zaplątała w gałęzie.
Gdy przyjechałam do domu,
Alissa była już spokojniejsza. Tego dnia miała 6 ataków.
Moja sąsiadka bardzo była
przejęta widokiem suni w ataku, bo naprawdę nie jest to miły widok: z boku
wydaje się, że zwierzę ma drgawki agonalne i za chwilę wyzionie ducha. Po ataku ciężko dyszy, zrywa się do biegu, po
chwili znowu pada. I tak wiele, wiele razy. Serce się kraje…
Obawiając się, że suni
może się znowu przydarzyć atak, gdy mnie nie będzie w domu (11 godzin), dałam pani
Heni fiolkę luminalu, żeby mogła podać Alissie w razie czego.
Następny atak przyszedł w
dniu 10 czerwca ok. 5:00 nad ranem. Był to poniedziałek i byłam w domu na
urlopie. Poprzedniego dnia miałam gości: kuzynka Taty z Kanady z dziećmi, mój
brat z rodziną; w sumie 9 osób, w tym 3 obce i pozostałe nieczęsto widywane.
Sunia zawsze była nadpobudliwa i atak ten, tak niedługo po poprzednim,
przypisywałam nadmiarowi atrakcji, jakim dla niej był ten rodzinny spęd.
Tym razem skończyło się na
3 atakach, gdyż szybko podałam leki, a podenerwowanie suni udało mi się
zneutralizować podając jej wszystkie smaczne kąski, które zostały po uczcie z
poprzedniego dnia. Ja myłam talerze i układałam naczynia, a Alissa biegała po
salonie w swojej ‘aurze’, od czasu do czasu podjadając jakiś kawałek wędliny.
Gdy po porannej kawie
wyszłam z moimi psicami na spacer w pola, Alissa była lekko rozkojarzona i w
jakichś chaszczach zgubiła swoją kolczatkę z identyfikatorem i znaczkiem ze
szczepienia przeciw wściekliźnie.
Nadszedł gorący lipiec i w
nocy 3-go, Alissa o 24:00 obudziła mnie kolejnym atakiem. Ponieważ biegając po
moich małych klitkach na piętrze ciągle wpadała na jakiś mebel (w ataku
padaczki są zakłócenia zmysłu orientacji), zdecydowałam zejść z nią na parter i
wyjść na podwórze. Zaczęłam ją faszerować prochami, wlałam w zadek posiadane
wlewki relsedu.
Wtedy po raz pierwszy
miała ataki wielokrotne, to znaczy kolejny atak rozpoczynał się, nim skończył
poprzedni. Takich ataków wielokrotnych miała co najmniej 3. Chodziłam za nią, aby jej przytrzymać głowę w
trakcie ataku, żeby sobie krzywdy nie zrobiła, uderzając nią o kostkę brukową.
Komary mnie gryzły, gdyż zamiast założyć dres, pętałam się w długim szlafroku. Sunia zawsze wybierała sobie na atak jakąś
dziurę, w której ledwo mogłam się obok mnie zmieścić. Powieki mi opadały na
oczy, gdyż był to właśnie czas, kiedy moje nasenniki najbardziej działały.
Ok. 1:20 zadzwoniłam do
Lecznicy i zbudziłam Doktora Darka, żeby się spytać, ile pastylek luminalu mogę
Alissie podać, bez szkody dla jej zdrowia i jak szybko mogą zacząć
działać. Sunia była już wtedy po 11
atakach i 12 pastylkach.
Pan Doktor powiedział,
żeby przyjechać do Lecznicy, jeśli jeszcze będzie miała następny atak, a
luminal powinien zacząć działać po ok. 1 godzinie. Tak też i było - leki
zrobiły swoje, sunia zwalniała, aura ustępowała. Ok. 1:30 podpierając się
prawie nosem, zostawiłam Alissę na podwórzu podsypiającą i sama też poszłam
spać. Rano, widząc ją leżącą na podwórzu przestraszyłam się, że sunia nie żyje,
że jej przedawkowałam leki i nerwowo zaczęłam wołać: ‘Alissa! Alissa!’. Podniosła się ociężale i weszła do domu na
śniadanie.
Następnego dnia
zameldowałam się w Lecznicy, aby omówić stan zdrowia mojej psicy. Po raz
kolejny zwiększono dawkę luminalu.
Między atakami Alissa była
taka jak zawsze: łasucha, zazdrośnica o moje względy i odpychająca Piesia,
który też się garnął do mnie, chłopaciara adorująca każdego mężczyznę, który
pojawił się w naszym obejściu.
Zmieniła się trochę na
spacerach w stosunku do Piesia. Poprzednio zachęcała go do zabawy zatrzymując
się przed nim i przypadając na przednie łapy, merdała ogonem. Teraz
przechodziła po moim małym piesynku jak czołg.
Miała też większy apetyt,
co było normalne przy stosowanych lekach padaczkowych i musiałam pilnować, żeby
nie przybrała na wadze, bo przy jej wysokości byłaby naprawdę wielkim psem.
Rytm dnia wyznaczały nam porcje luminalu podawane co 12 godzin.
Ataki następowały mniej
więcej co 3 tygodnie i chodziło o dobranie dawki, która pozwalałaby na
wydłużenie okresu bez ataków do 2 miesięcy.
Któregoś dnia na spacerze
zauważyłam, że Alissa się zachwiała. Po kilku minutach znowu i wreszcie
siusiając, przewróciła się do tyłu. Były to momenty, ale przestraszyłam się, bo
ja suni bym nie uniosła (ważyła ponad 35 kg, a ja ok. 50 kg), w pole nie
podjechałabym po nią samochodem. Krzyknęłam: ‘Dziewczynki, do domu biegiem’ i
zaczęłyśmy biec. W biegu Alissa zachowywała swój rytm i tak dotarłyśmy do domu.
W dniu 23 lipca nastąpiły
kolejne ataki, jak zwykle zupełnie znienacka. Wydaje mi się, że panujące w
lipcu upały w niemały sposób przyczyniły się do cierpień mojej psicy. Tym razem
znów, po 8 atakach, pojechałyśmy do Lecznicy i sunia poleżała sobie pod
kroplówką kilka godzin. Tym razem Doktor Agatka do uspokajaczy dołączyła
również tlen, gdyż każdy taki atak powoduje odtlenienie mózgu.
Gdy przyjechałam po 21: 00
po sunię, rozmawiałam z panią Doktor na temat leczenia, możliwości zmiany leku
na bardziej skuteczny, jakiegoś badania, które pozwoliłoby postawić
dokładniejszą diagnozę. Pani Doktor obiecała skontaktować się ze swoim kolegą,
neurologiem i umówić nas z nim na wizytę.
Każdy taki pobyt panny
psicy w Lecznicy kosztował ok. 100,00 PLN. Jej leki anty padaczkowe tyleż, gdyż
sunia była dużym zwierzem i potrzebowała stosownych dawek. Przy jej normalnych
kosztach leczniczej karmy i mięsa do tejże karmy oraz różnych łakoci, dawało to
ok. 500,00 miesięcznie. A miałam jeszcze dwa inne czworonogi, wprawdzie trochę
mniejsze, ale też wymagające pożywienia. Kot Agis miał złośliwego guza, którego
mu operowałam w czerwcu i lipcu (PLN 800). Z moją pensją niezmienioną od roku
2000 zaczynałam się dławić finansowo i coraz częściej defraudowałam pieniądze
za czynsz należny Julii za wynajem mieszkania po Ceci, a potem – żeby wyrównać
zaległości – sprzedawałam jakąś błyskotkę. W tej sytuacji propozycja Julii i
Markiza, żebym zatrzymała sobie sierpniowy czynsz, była prawdziwym darem nieba.
Kiedy rozmawiałam przez
Skype z moją zagraniczną krewniaczką Liną i opowiadałam jej o moich problemach,
zapytała, dlaczego nie uśpię chorej Alissy? ‘Ona ma dopiero 3 lata!!! (często
zapominałam, że sunia przyszła do mnie jako dorosły już pies). Nie uśpię jej
tylko dlatego, że jest chora i mnie dużo kosztuje. Ty też masz starego pudla,
który już Ci sprawia kłopoty i nadal go trzymasz. Jakoś sobie muszę radzić’. I
tak ciągnęłyśmy, z nadzieją na poprawę i ustabilizowanie Alissy.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz