Przy moich nasiennikach
dotychczas spałam tak mocno, że nie słyszałam nocnych grzmotów. Podczas choroby Alissy zaczęłam spać jak
przysłowiowy ‘zając pod miedzą’; wystarczyło, że się poruszyła spinając do
ataku padaczki, a ja się zrywałam na nogi i natychmiast aplikowałam jej leki. Byłam
non stop zmęczona, zasypiałam zmęczona i tak samo zmęczona i śpiąca się
budziłam rano.
W dniu 4 sierpnia
pojechałyśmy z Alissą do neurologa do Kliniki na Bemowie. Ponieważ nie znam
Warszawy poza moimi stałymi szlakami, ciągnęłyśmy się przez centrum i dalej ulicą
Górczewską. Było gorąco i sunia się bardzo niepokoiła. Już na Bemowie zaplątała
się nogami w smycz, którą była przymocowana do zagłówka i musiałam wysiąść z
samochodu, żeby ja uwolnić. Byłam zdenerwowana i dałam jej ze złości smyczą po
zadku.
Nie mogłam znaleźć tej
kliniki i parę razy zawracam, nim wreszcie ktoś mi wyjaśnił jak dojechać.
Opowiedziałam Panu
Doktorowi od początku o życiu Alissy u mnie, o atakach padaczki, zachwianiach
równowagi, dotychczasowym leczeniu.
Pan Doktor Sobczyński
obejrzał dokładnie Alissę, powiedział, że nie stwierdza żadnych zewnętrznych
deficytów, nienormalnych reakcji. Psica zachowywała normalną świadomość,
normalne ruchy. Weterynarz brał pod uwagę padaczkę idiomatyczną lekooporną,
ewentualnie inne zmiany na terenie mózgowia. Zasugerował badanie rezonansem
magnetycznym (PLN 900, których nie miałam).
Do aktualnie pobieranego luminalu kazał dołączyć gabapentynę i
ewentualnie kontrole po miesiącu i zmniejszanie luminalu.
W drodze powrotnej sunia
była już spokojniejsza.
Następnego dnia przepisano
mi nowy lek w Lecznicy. Moim utrapieniem był brak wlewek relsedu w hurtowniach.
Jakoś użebrałam kilka zdekompletowanych wlewek relanium i poczułam się
bezpieczniej.
8 sierpnia był ten
najgorętszy dzień lata i jadąc pociągiem niepokoiłam się o sunię. Ona źle
znosiła upały. Gdy przyjechałam do domu wszystko było w porządku. Zabrałam
natychmiast Alissę do wychłodzonego salonu, żeby odpoczęła. A potem nagle
rozpoczęły się ataki. Natychmiast
zaaplikowałam jej luminal i gabapentynę, ale nie działały od razu. Po 6-tym
ataku pojechałyśmy do Lecznicy i tam sunia sobie poleżała 3 godziny pod
kroplówką.
Wszyscy z nadzieją
oczekiwali na zapowiadane burze, a ja się trochę bałam, bo Alissa bardzo się
burz bała. Pamiętam, że stałyśmy 9
sierpnia na tarasie i patrzyłyśmy na błyskawice w oddali. Na ranem 10 sierpnia
Sunia miała kolejne ataki, które uznałam za rezultat burzy. Tym razem było ich
tylko 4 pojedyncze, a ponieważ była to sobota, mogłam ją mieć cały dzień na
oku.
Bardzo wierzyłam, że gabapentyna
pomoże Alissie i oczekiwałam jak zbawienia upływu tych 2 – 3 tygodni, kiedy nowy
lek zacznie działać. Wydawało się, że jest jakaś poprawa, bo minęły 3 tygodnie,
po których w miarę regularnie miewała ataki i żaden nowy atak się nie pojawiał.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz