wtorek, 10 grudnia 2013

Alissa II - c.d.



W grudniu 2010 zamówiłam dla Alissy legowisko – ponton w kolorze brązowym, na którym sunia miała spać w przedpokoju. Okazało się jednakowoż, że przedpokój był oddalony za bardzo od miejsca spoczynku mojego i Piesia, więc Alissa odmówiła korzystania ze swojego nowego legowiska; ponton więc wylądował w mojej sypialni, a psica na nim.  Od tej pory wytworzył się nam pewien rytuał wieczorny: gdy ja kierowałam się już po wieczornych ablucjach do sypialni, Alissa szła za mną i układała się na swoim posłaniu, na lewym boku, a ja obok na dywanie i gładziłam ja po łebku, mówiąc: ‘Śliczna Alisska, mądra Alisska, pańcia kocha swoją sunię’ i takie tam inne czułości. Ona podnosiła trochę prawą przednią łapę, żebym ją mogła podrapać pod paszką. Potem ją całowałam w jej duży czarny nos i wchodziłam do mojego łóżka, które dzieliłam z Piesiem, o co sunia była trochę zazdrosna. W dni wolne od pracy, kiedy mogłam sobie poleżeć w łożu jak biały człowiek, pozwalałam Alissie do nas dołączyć, co przyjmowała z ukontentowaniem.

W trakcie  tego półrocza, które Alissa spędziła u mnie,  jej wygląd bardzo się poprawił. Przytyła ponad 7 kilo (bliżej 10 kg), co przy jej wzroście 90 cm na czubkach uszu było prawidłową wagą. Nadal była smukła jak modelka, ale już nie wychudzona. Futerko się wygładziło, nabrało połysku. Alissa była tzw. ‘czarna podpalana’, tzn. jej podstawową barwą był beż, na grzbiecie była czarna, uszy jej wpadały w rudy beż, brązowe łagodne oczy były otoczone czarnymi łatami i czarna łata była wokół pyszczka i nosa. W sumie była bardzo przystojna. Generalnie miała smętne spojrzenie, ale kiedy robiła psikusa jarzyły się w jej ślepiach diabelskie ogniki.

Zimą 2011 zauważyłam kilkakrotnie, że miejsce, na którym Alissa leżała jest zamoczone. Na początku sądziłam, że może się przeziębiła; w końcu przebywała po wyjeździe Ludy i Wołodia na zewnątrz przez 11 godzin. W Lecznicy ‘Anda’ przepisano jej jakieś leki i polecono przynieść siuśki do zbadania.  Zabrałam więc pojemniczek na siuśki na spacer i wzięłam sunię na smycz, żeby mi łatwiej było ‘złapać’ drogocenny płyn. Alissa normalnie przysiadała co kilkanaście metrów, ale tym razem przeciągnęła mnie na smyczy z pół kilometra nim udało mi się, padając z poświęceniem na kolana w śniegu, zebrać kilka kropli.
Oddałam moje zbiory w Lecznicy do zbadania i oczekiwałam na wyniki.
Okazało się, że psica cierpi na jakąś chorobę (nazwy nie pamiętam), w wyniku której jej mocz zbija się w kryształki i tamuje moczowody; gdy kryształek się przesunie, sunia się moczy, nie czując tego.
Rozpoczęło się zabezpieczanie kanap i foteli przed zamoczeniem. Na legowisku Alissy rozkładałam podkłady, jakie stosuje się dla osób chorych. Pilnowałam też, aby sunia wieczorem jeszcze wyszła załatwić swoje potrzeby, żeby w jej pęcherzu nie było nadmiaru płynu.
Sunia miała też zaordynowaną karmę specjalistyczną ‘urinary treatment’, w tańszej wersji Hillsa kosztującą PLN 243,00 za 12 kilogramów, co dla mojej dużej suni nie starczało nawet na miesiąc. Sunia nie jadała samej suchej karmy, tylko z dodatkiem uduszonego we własnym sosie wołowego mielonego mięsa zakupionego w hipermarkecie.  Obie moje psice tak jadały, tylko, że Piesio wymaga karmy dla piesków z nadwagą. Miesięczny koszt utrzymania moich czworonogów wynosił ok. PLN 500,00, bo moje dziewczynki lubiły kości cielęce, ciasteczka ze szpikiem i takie tam różności. W sobotę gotowałam dla moich psic ryż na kościach cielęcych, a do tego dodawałam uduszonego mielonego mięsa wołowego.
Zdaję sobie sprawę, że moje psice jadały lepiej, niż niejeden człowiek w tym kraju, ale w końcu osoba odpowiedzialna, a za taką się uważam, decydując się na posiadanie zwierzęcia, powinna mieć świadomość, że zwierzę ma swoje potrzeby. Ja podchodzę do moich obowiązków poważnie i traktuję moje zwierzaki jak członków rodziny.  Prawdę powiedziawszy, są mi może bliższe niż ludzie, bo z nimi przebywam codziennie; one znają moje radości i smutki i tulą się do mnie, kiedy mi przykro i źle. Zdaje się, że Bernard Shaw powiedział: ‘ Im lepiej poznaję ludzi, tym bardziej kocham zwierzęta’ i … ja się z nim zgadzam.
Codziennie od października do kwietnia moje psice otrzymywały po jednej pastylce rutinoscorbinu lub rutinacei, żeby je zabezpieczyć przed przeziębieniem. Tak było od czasu, gdy moja Alissa I przeziębiła się w styczniu 2006 i był kłopot z dostaniem się do Veta, bo ja miałam całą nogę w szynie gipsowej po operacji kolana i nie mogłam iść z nią do Lecznicy (śniegi były głębokie tamtej zimy), a psica nie jeździła samochodem. Od tamtej pory dbam o profilaktykę moich większych czworonogów; Agis był zawsze bardzo trudny do łykania leków, więc jego pomijałam w moich staraniach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz