W grudniu 2010 zamówiłam
dla Alissy legowisko – ponton w kolorze brązowym, na którym sunia miała spać w
przedpokoju. Okazało się jednakowoż, że przedpokój był oddalony za bardzo od
miejsca spoczynku mojego i Piesia, więc Alissa odmówiła korzystania ze swojego
nowego legowiska; ponton więc wylądował w mojej sypialni, a psica na nim. Od tej pory wytworzył się nam pewien rytuał
wieczorny: gdy ja kierowałam się już po wieczornych ablucjach do sypialni,
Alissa szła za mną i układała się na swoim posłaniu, na lewym boku, a ja obok
na dywanie i gładziłam ja po łebku, mówiąc: ‘Śliczna Alisska, mądra Alisska,
pańcia kocha swoją sunię’ i takie tam inne czułości. Ona podnosiła trochę prawą
przednią łapę, żebym ją mogła podrapać pod paszką. Potem ją całowałam w jej
duży czarny nos i wchodziłam do mojego łóżka, które dzieliłam z Piesiem, o co sunia była trochę zazdrosna. W dni wolne od pracy, kiedy mogłam sobie poleżeć w łożu jak biały człowiek, pozwalałam Alissie do nas dołączyć, co przyjmowała z ukontentowaniem.
W trakcie tego półrocza, które Alissa spędziła u
mnie, jej wygląd bardzo się poprawił.
Przytyła ponad 7 kilo (bliżej 10 kg), co przy jej wzroście 90 cm na czubkach
uszu było prawidłową wagą. Nadal była smukła jak modelka, ale już nie
wychudzona. Futerko się wygładziło, nabrało połysku. Alissa była tzw. ‘czarna podpalana’,
tzn. jej podstawową barwą był beż, na grzbiecie była czarna, uszy jej wpadały w
rudy beż, brązowe łagodne oczy były otoczone czarnymi łatami i czarna łata była
wokół pyszczka i nosa. W sumie była bardzo przystojna. Generalnie miała smętne
spojrzenie, ale kiedy robiła psikusa jarzyły się w jej ślepiach diabelskie
ogniki.
Zimą 2011 zauważyłam
kilkakrotnie, że miejsce, na którym Alissa leżała jest zamoczone. Na początku
sądziłam, że może się przeziębiła; w końcu przebywała po wyjeździe Ludy i
Wołodia na zewnątrz przez 11 godzin. W Lecznicy ‘Anda’ przepisano jej jakieś
leki i polecono przynieść siuśki do zbadania.
Zabrałam więc pojemniczek na siuśki na spacer i wzięłam sunię na smycz,
żeby mi łatwiej było ‘złapać’ drogocenny płyn. Alissa normalnie przysiadała co
kilkanaście metrów, ale tym razem przeciągnęła mnie na smyczy z pół kilometra
nim udało mi się, padając z poświęceniem na kolana w śniegu, zebrać kilka
kropli.
Oddałam moje zbiory w
Lecznicy do zbadania i oczekiwałam na wyniki.
Okazało się, że psica
cierpi na jakąś chorobę (nazwy nie pamiętam), w wyniku której jej mocz zbija
się w kryształki i tamuje moczowody; gdy kryształek się przesunie, sunia się
moczy, nie czując tego.
Rozpoczęło się
zabezpieczanie kanap i foteli przed zamoczeniem. Na legowisku Alissy
rozkładałam podkłady, jakie stosuje się dla osób chorych. Pilnowałam też, aby
sunia wieczorem jeszcze wyszła załatwić swoje potrzeby, żeby w jej pęcherzu nie
było nadmiaru płynu.
Sunia miała też
zaordynowaną karmę specjalistyczną ‘urinary treatment’, w tańszej wersji Hillsa
kosztującą PLN 243,00 za 12 kilogramów, co dla mojej dużej suni nie starczało
nawet na miesiąc. Sunia nie jadała samej suchej karmy, tylko z dodatkiem
uduszonego we własnym sosie wołowego mielonego mięsa zakupionego w
hipermarkecie. Obie moje psice tak
jadały, tylko, że Piesio wymaga karmy dla piesków z nadwagą. Miesięczny koszt
utrzymania moich czworonogów wynosił ok. PLN 500,00, bo moje dziewczynki lubiły
kości cielęce, ciasteczka ze szpikiem i takie tam różności. W sobotę gotowałam
dla moich psic ryż na kościach cielęcych, a do tego dodawałam uduszonego
mielonego mięsa wołowego.
Zdaję sobie sprawę, że
moje psice jadały lepiej, niż niejeden człowiek w tym kraju, ale w końcu osoba
odpowiedzialna, a za taką się uważam, decydując się na posiadanie zwierzęcia,
powinna mieć świadomość, że zwierzę ma swoje potrzeby. Ja podchodzę do moich
obowiązków poważnie i traktuję moje zwierzaki jak członków rodziny. Prawdę powiedziawszy, są mi może bliższe niż
ludzie, bo z nimi przebywam codziennie; one znają moje radości i smutki i tulą
się do mnie, kiedy mi przykro i źle. Zdaje się, że Bernard Shaw powiedział: ‘
Im lepiej poznaję ludzi, tym bardziej kocham zwierzęta’ i … ja się z nim
zgadzam.
Codziennie od października
do kwietnia moje psice otrzymywały po jednej pastylce rutinoscorbinu lub
rutinacei, żeby je zabezpieczyć przed przeziębieniem. Tak było od czasu, gdy
moja Alissa I przeziębiła się w styczniu 2006 i był kłopot z dostaniem się do Veta,
bo ja miałam całą nogę w szynie gipsowej po operacji kolana i nie mogłam iść z
nią do Lecznicy (śniegi były głębokie tamtej zimy), a psica nie jeździła
samochodem. Od tamtej pory dbam o profilaktykę moich większych czworonogów;
Agis był zawsze bardzo trudny do łykania leków, więc jego pomijałam w moich
staraniach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz